fot. materiały prasowe

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #92

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku Jessica Kelly, MojaPołowa i Poskrom.

JESSICA KELLY
Dalmatian
wydanie własne, 2025

Jessica Kelly to poznańsko-dubliński projekt oparty na spotkaniu dwóch przedziwnych wrażliwości, które na pierwszy rzut oka wcale nie musiały się ze sobą spotkać – a już na pewno nie współpracować.

 

Rosiński pracuje z dźwiękiem intuicyjnie i cieleśnie, traktując muzykę jak proces fizyczny: coś, co się miesza, redukuje, doprawia i czasem bezlitośnie przypala. Simon Kelly myśli obrazem – interesuje go gest, kontrast, faktura oraz napięcie między formą a jej stopniowym rozpadem.

„Dalmatian”, wydany ponownie po kilku latach od pierwszego ukazania się tej płyty, lokuje się dokładnie w miejscu, w którym te dwa sposoby pracy zaczynają się zazębiać, a momentami wręcz wzajemnie podgryzać. Część materiału była wielokrotnie przepisywana, rozbierana na elementy i składana od nowa, aż do momentu, w którym proces sam zaczął wyznaczać granice ingerencji.

Rosiński odpowiada za fundament dźwiękowy: elektronikę wykorzystującą zapętlenia, drony i nerwowe pulsy, które rzadko kiedy osiągają stabilność. To brzmienie bliskie surowym formom post-noise’u i dubwave’u, gdzie rytm częściej się czuje, niż słyszy wprost. Kelly dokłada do tego warstwę wizualno-emocjonalną – jego gitary funkcjonują jak ślady gestów, a sprzężenia rysują linie napięcia, z których wyłania się coś na wskroś mrocznego.

 

Istotną rolę odgrywa także głos: raz wysunięty na pierwszy plan, innym razem wtopiony w szum. Frazy są krótkie, urwane, powracające, jakby ktoś sprawdzał ich nośność i odporność na zniekształcenie.

W tym sensie „Dalmatian” wpisuje się w tradycję projektów traktujących wokal jako materię dźwiękową – bliżej mu do praktyk Throbbing Gristle czy wczesnych nagrań The Fall niż do klasycznej formy piosenki. To album krążący wokół napięcia, rozdrażnienia i pozbawiony jednego, wyraźnego punktu kulminacyjnego.

Motywy wracają, pojawiają się refrenowe cienie, melodie próbują przebić się spod warstw szumu. Za każdym razem zostają jednak przesunięte, złamane i poddane dalszej obróbce. Bo czasem od deklaracji estetycznej ważniejszy jest sam akt tworzenia.

Dialog nie musi prowadzić do jednoznacznych wniosków, żeby mieć sens – zwłaszcza jeśli rozmowa toczy się na granicy kontroli. Albo, mówiąc wprost: z samym diabłem.

 

MOJAPOŁOWA
13.1
wydanie własne, 2025

Na polskiej mapie hardcore punka MojaPołowa funkcjonuje jak zespół-wyrwa. Pojawia się rzadko, niemal punktowo, koncertując incydentalnie, ale za każdym razem zostawia po sobie ślad, który większości fanów polskiej „muzyki krzyczanej” trudno zignorować. Od 2014 roku płynie zgodnie z własnym rytmem i stylem – a więc wyłącznie pod prąd – unikając studyjnej nadprodukcji i koncertowej nadobecności.

Wydana na sam koniec ubiegłego roku płyta „13.1” brzmi jak dalszy ciąg rozmowy przerwanej kilka lat temu albumem „13” z 2021 roku (o którym pisaliśmy niedługo po premierze), prowadzonej tym samym tonem: szybko, nerwowo, bez dystansu ochronnego i z obowiązkowym gniewem na ustach.

 

Materiał oparty na bezpośrednim ataku celuje w nas, korzystając z klasycznego arsenału hardcore punka i screamo, gdzie dwa krzyczane wokale nie zostawiają miejsca na wzięcie choćby jednego dłuższego oddechu, wciąż pozostając kluczowym elementem tożsamości zespołu. Hasła wykrzykiwane w chwili mentalnego przeciążenia – służące nazwaniu frustracji, wyobcowania i konfliktu z otoczeniem – wplatają się w naprędce odpalane, niewiele ponad dwu-trzyminutowe petardy. Riffy są ostre, rytmika spięta, a całość pchana do przodu przez poczucie nieustannego pośpiechu.

MojaPołowa od początku funkcjonuje jako zespół ideowy, co słychać również na „13.1”, wpisującym się w wyraźnie lewicową, antykonserwatywną wrażliwość i operującym językiem bez wątpienia bezpośrednim – nawet kosztem niewygody odbiorcy.

Ale spokojnie – pewnie zaraz znów zniknie, zanim w ogóle zdążymy się oswoić!

 

POSKROM
Popłoch
wydanie własne, 2026

„Popłoch” jest zapisem zderzenia: jednej sesji, jednego skupienia, jednego impulsu, który rozlał się na pełnowymiarowy album. To muzyka pomyślana i wykonana w czasie teraźniejszym – bez korekt i dopisków – oparta na zaufaniu do wspólnego nerwu.

 

Trio Poskrom tworzą muzycy dobrze znani w wielkopolskim (i nie tylko) środowisku eksperymentalnym i jazzowym. Kacper Sikora sięga w nim po bas, nieustannie balansując między jego klasyczną rolą a gitarową motoryką, niskim dronem i riffowym ciężarem. Michał „Wiechu” Wład prowadzi perkusję w sposób surowy i masywny, momentami niemal plemienny, bliższy praktykom sludge’u niż jazzowej elastyczności. Z kolei Szymon „Śniegoś” Śniegocki, grający na saksofonie altowym, raz tnie przestrzeń krótkimi „strzałami”, innym razem rozwija długie, chropowate linie, zagęszczające atmosferę do granic duszności.

Warto podkreślić, że „Popłoch” – mimo ognistego charakteru okładkowego byka – rozwija się powoli, bez pośpiechu, z wyraźnym poczuciem narastającego napięcia. Improwizacja nie służy tu demonstracji swobody, lecz budowaniu realnie odczuwalnej masy: ciężaru, który z czasem zaczyna przyjemnie ciążyć.

Gęste, nisko osadzone struktury doom jazzu, rytm pracujący w repetytywnych cyklach i saksofon pełniący funkcję katalizatora składają się na brzmienie, w którym słychać zarówno echa niemieckich eksperymentów spod znaku Bohren & der Club of Gore, jak i bardziej ziemistą estetykę amerykańskiego stonera – momentami niemal ocierającą się o metalowe rejestry.

Jednocześnie, co istotne, Poskrom konsekwentnie unika ilustracyjności i nie wpisuje się w nurt jakiejś generycznej, „nawiedzonej” muzyki tła.

„Popłoch” rozgrywa się na styku struktury i rozpadu – i właśnie tam znajduje swoją siłę.

Podziel się kulturą!
What’s your Reaction?
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
1
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0