fot. materiały prasowe serialu "Sukcesja"

Najlepsze seriale drugiej połowy 2021 roku

Koniec roku za pasem. Dla seriali 2021, jak już zauważyłem, tworząc listę najlepszych produkcji z pierwszych sześciu miesięcy, nie należał do udanych. Nie inaczej wypada drugie półrocze, oczywiście z pewnymi wyjątkami. Poniżej przedstawiam crème de la crème produkcji, które przykuły moją uwagę.

Tym razem postawiłem na vibe, który towarzyszył mi podczas oglądania. Częściowo była to specyficzna atmosfera wykreowana przez twórców_czynie, zapierająca dech w piersiach gra aktorska, wreszcie wybitne przestawienie psychologii postaci i przyglądanie się im niczym przez szkło powiększające. Wszystko to w kolejnym pandemicznym roku, w którym bardzo często wybieraliśmy właśnie seanse w domowym zaciszu zamiast przesiadywania w salach kinowych.

5. „Ted Lasso”

Drugi sezon hitowego serialu od Apple TV+, w którym oglądamy perypetie tytułowego Teda (Jason Sudeikis), trenera klubu futbolowego AFC Richmond w Wielkiej Brytanii, niemającego pojęcia, z czym piłkę nożną się je.

Pierwszy sezon wprowadzał nas w dobry nastrój, głównie właśnie przez Teda, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, do tego jest do rany przyłóż, zawsze sprawiedliwy i zawsze pozytywnie nastawiony do pracowniczego otoczenia. Co prawda, dostrzegaliśmy rysy na szkle, ale dopiero kontynuacja pokazała, że dobry nastrój trenera to tylko fasada, za którą kryją się demony i nieprzepracowane traumy.

 

serial „Ted Lasso”, fot. materiały prasowe

Sudeikis jest świetny w roli Teda. Podobnie jak obsada drugoplanowa na czele z Hannah Waddingham (Rebecca), właścicielką klubu, i Juno Temple (Keeley), zajmująca się marketingiem i PR-em.

Obie bohaterki przyjaźnią się ze sobą mimo różnicy wieku, co samo w sobie jest ewenementem na małym ekranie. Dużo więcej czasu ekranowego dostał również bardzo dobry Nick Mohammed, którego serialowy Nat z odcinka na odcinek bardziej przechodzi na mroczną stronę mocy.

Wprawdzie nie wszystkie odcinki są równe, niektóre odstają od reszty i działają na zasadzie zapchajdziury (na przykład bottle episode poświęcony trenerowi Bearda). Jednak całość trzyma się dobrze. Serial pozostawia widza_dzki w dobrym samopoczuciu, ale z czymś gorzkim na końcu.

4. „Nowy smak wiśni”

serial „Nowy smak wiśni”, fot. materiały prasowe

Miniserial Netflixa z akcją osadzoną w 1990 roku w Los Angeles. Główna bohaterka Lisa Nova (Rosa Salazar) jest aspirującą reżyserką, która wyrusza do Miasta Aniołów w poszukiwaniu wielkiej kariery. Jej krótki metraż został właśnie dostrzeżony przez ważnego hollywoodzkiego producenta, stylizowanego na Harveya Weinsteina, Lou Burke’a (Eric Lange), który na jego podstawie chciałby stworzyć pełnometrażowy film, oczywiście z Novą za kamerą. Jednak szybko okazuje się, że odmowa seksu dziewczyny równa się zerwaniu umowy. Burke zabiera prawa do filmu i powierza go reżyserowi. W tym czasie Nova poznaje czarownicę Boro (królowa Catherine Keener), która obiecuje pomóc dziewczynie odzyskać to, co jej. Zapłatą ma być… wymiotowanie małymi kotkami. Jak wiemy, magia oraz chęć zemsty rzadko idą w parze i nie kończą się tak, jak byśmy chcieli.

 

Dziwi mnie brak większego zainteresowania tym serialem.

To ciekawy miszmasz akcji Me Too i filmów Lyncha. Twórcom_czyniom udaje się stworzyć psychodeliczny nastrój z poświatą filmów neo-noir z lat 80. Nie wszystkie rozwiązania fabularne są interesujące (np. słabe wykorzystanie postaci drugoplanowych), ale kobiece spojrzenie na Hollywood przez narkotyczne okulary jest świeże. Rewelacyjna jest Salazar (znana z animacji „Undone” od Amazona) oraz Keener, która po „Get Out” coraz częściej kreuje oryginalne villainki; jej Boro jest jednocześnie szalona, zblazowana i sprawiedliwa. 

3. „Yellowjackets”

Niestety ten serial nie jest (jeszcze?) dostępny w Polsce. Jednak nie mogłem powstrzymać się, by nie umieścić go na tej liście, ponieważ żadna tegoroczna produkcja nie sprawiła mi tyle przyjemności podczas oglądania. „Yellowjackets” to na równi historia przetrwania w dziczy, horror psychologiczny i opowieść o dorastaniu licealistek w latach 90. Co przez 19 miesięcy działo się w lesie, w którym rozbił się samolot z nastoletnimi piłkarkami? Czy faktycznie mówimy o kanibalizmie? Jak to odosobnienie i walka o przetrwanie wpłynęły na to, jakimi dziś są kobietami?

 

serial „YELLOWJACKETS”, fot. materiały prasowe

Nastrój niepewności potęguje fakt, że akcję śledzimy z perspektywy tylko czterech dorosłych członkiń drużyny (w ich rolach rewelacyjne: Melanie Lynskey, Christina Ricci, Juliette Lewis i Tawny Cypress).

Trochę „Zagubieni”, a trochę „Wredne dziewczyny” z fantastycznie zachowanymi realiami lat 90., które unikają taniego sentymentalizmu. Do tego trzymające w napięciu dwie narracje równoległe (czas licealny oraz 25 lat później) ze świetną obsadą, zarówno dorosłych kobiet, jak i ich nastoletnich „odpowiedniczek”. Dla mnie bomba.

2. „Biały lotos”

Ten serial nie powstałby, gdyby nie kwarantanna. Mike White, scenarzysta, aktor i twórca dwóch sezonów „Iluminacji”, od dawna nie mógł sprzedać żadnego pomysłu kolejnym stacjom telewizyjnym. Dopiero w pandemię na gwałt poszukiwano nowych scenariuszy, więc również White dostał swoją szansę. Nie tylko przekonał do swojego pomysłu HBO, ale również pozwolono mu poprowadzić produkcję wedle własnego widzimisię.

 

serial „Biały lotos”, fot. materiały prasowe

Tak powstał „Biały lotos” – rozprawa z białymi, bogatymi i uprzywilejowanymi w bajecznej scenografii ekskluzywnego resortu na Hawajach.

Nie tylko kupiono od White’a cały zamysł, ale również pozwolono na taką obsadę, na jaką niejeden_a twórca_czyni ostrzyliby sobie ząbki. Tak więc do hotelu zarządzanego przez Armonda (świetny Murray Bartlett) przyjeżdża lekko odłączona od rzeczywistości Tanya (rewelacyjna Jennifer Coolidge), szefowa firmy technologicznej Nicole (Connie Britton), jej mąż Mark (Steve Zahn), dziwaczny syn Quinn (Fred Hechinger), społecznie świadoma Olivia (Sydney Sweeney z „Euforii”) i jej przyjaciółka Paula (Brittany O’Grady), a także nowożeńcy Shane (Jake Lacy) oraz Rachel (Alexandra Daddario). Ostra jak brzytwa satyra, która dostarcza zarówno głośnych rechotów, kręcenia głową z niesmakiem, jak i przykrych stwierdzeń typu: „przecież to o mnie”. Wszystko za sprawą mistrzowskiego scenariusza White’a, w którym żadna z postaci nie jest do końca zła.

1. „Sukcesja”

serial „Sukcesja’, fot. materiały prasowe

Trzeci sezon najlepszego serialu w telewizji nie zawodzi. Rodzeństwo Royów walczy ze sobą o wpływy w rodzinnym konglomeracie mediowym i uznanie manipulującego nimi ojca. Brzmi znajomo? Tak, szablon każdej z odsłon produkcji Jesse Armstronga jest bardzo podobny, a fabuła zmienia się z wolna.

 

Jednak w „Sukcesji” nie chodzi o nagłe zwroty akcji, tylko o skrupulatne przyglądanie się 1% z najbogatszych tego świata. Wszak diabeł tkwi w szczegółach.

Jedynie w tak mistrzowskim serialu możliwe jest, by patriarcha rodu Logan (Brian Cox) w jednym odcinku przyczynił się do mianowania na prezydenckiego kandydata faszysty, a w następnym mógł niemal pogrążyć swoją firmę przez niezażywanie lekarstw na infekcję dróg moczowych. Wszyscy_tkie bohaterzy_ki serialu uwięzieni są w piekle własnych machinacji. Nawet Kendall (genialny Jeremy Strong), który jest gotowy odłączyć się od rodziny, zauważa, że ucieczka nie jest możliwa. Trzeci sezon głębiej eksploruje rozpaczliwie położenie swoich postaci i ich motywowane żądzą władzy poczynania. Wisienką na luksusowym torcie są wielkie kreacje aktorskie.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
2
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0