fot. Sonia Bober; na zdjęciu Kwartet „Polonia” Tomasza Panufnika

Najpiękniejsze dzieła sztuki

Otwarte zaraz po wojnie, ale działające w obecnej siedzibie przy Starym Rynku 45 od 1972 roku, Muzeum Instrumentów Muzycznych w Poznaniu przez lata sprawiało wrażenie, że czas się w nim zatrzymał. We wrześniu – po trwającym kilka lat remoncie – Muzeum zyskało „nowe brzmienie”.

Ekspozycja wydawała się niezmienna od moich lat licealnych, zdawała się dość przypadkowa, pozbawiona dramaturgii i narracji. Miesiąc temu wszystko to uległo zmianie.

Pomimo szczupłości miejsca i ograniczeń, jakie stwarza zabytkowa kamienica, Muzeum Instrumentów Muzycznych stało się miejscem atrakcyjnym, znakomicie opowiadającym historię instrumentów, prezentującym je w przemyślany i atrakcyjny sposób. Fascynująco i z błyskiem w oku oprowadzał mnie po nim jego kustosz – Patryk Frankowski.

W EUROPIE…

Przyznam, że poznańskie muzeum było pierwszą tego typu placówką, jaką odwiedziłem trzydzieści pięć lat temu. Miałem okazję zobaczyć instrumenty znane mi wówczas niekiedy tylko nazwy. Młodszym z czytelników przypomnę, że wówczas barok wykonywało się na współczesnych instrumentach, w dużych składach, a ruch wykonawstwa historycznego raczkował i rzadko kto o nim wiedział w Polsce.

 

W Poznaniu zobaczyłem instrumenty, które zachwyciły mnie swoim kształtem i pięknem. Niestety milczały. Takie były czasy.

Podobnie działo się w innych muzeach, które systematycznie poznawałem: Berlin, Wiedeń, Bruksela, Rzym, Londyn. Imponowały swoimi zbiorami, fascynowały pięknem eksponatów. Miały swoje ikony, jak choćby harfa Barberinich w Rzymie, ale dość opornie szły w kierunku nowoczesnego myślenia o eksponowaniu najpiękniejszych dzieł sztuki. Były pozbawione głosu, a przez to – martwe.

Sytuacja powoli się zmieniała, co było powodowane nie tylko zmianą mentalności kuratorów, ale i nowymi możliwościami technicznymi – w końcu po prostu pieniądzom.

Paryskie muzeum w nowoczesnym gmachu Cité de la Musique frapowało swą multimedialnością, niekiedy jednak odciągającą od obcowania z samymi instrumentami. Berlin wabił możliwością uczestniczenia w prezentacjach brzmienia na żywo. Rzym w nowej aranżacji przyciągał dyskretną opowieścią prezentowaną na monitorach. Bruksela wciąż sprawiała wrażenie pewnego nadmiaru. Wiedeń czarował rozmachem, formą i elegancją ekspozycji. Londyn przerażał smutkiem arcydzieł, zwłaszcza sztuki lutniczej, które trzeba było wysuwać z zamknięcia w szafach trumnach.

TYMCZASEM W POZNANIU…

Tymczasem w Poznaniu jest i przyjaźnie, i mądrze, i ciekawie. Zwiedzać możemy na co najmniej dwa sposoby.

Zaopatrzeni w tablet, który nie tylko pozwala usłyszeć instrumenty (wciąż jeszcze nie te ze zbiorów, na to nie zawsze pozwalałby ich stan techniczny, jednak charakterystycznych dla epoki i stylu), ale również oddać się lekturze rozbudowanych opisów składających się w sumie ze stu stronic (osiemdziesiąt obiektów, ponad sto pięćdziesiąt przykładów muzycznych). Można także z bliska zobaczyć detale, często znajdujące się na niedostępnej dla wzroku zwiedzającego części instrumentu.

Muzeum Instrumentów Muzycznych w Poznaniu

Skrzypce, Charles François Gand, 1846, Paryż, Francja – instrument należący do Henryka Wieniawskiego. Fot. Sonia Bober

Byłoby cudownie, gdyby Muzeum udało się wydać je w formie książki-albumu, katalogu całej ekspozycji, z dołączoną płytą czy pendrive’em… To jednak pewnie tylko kwestia czasu.

Samotne wędrowanie z tabletem jest jednak zwodnicze. Na pewno nie zdołamy zmieścić się w godzinie, jak wynikałoby to z założeń twórców tego świetnie przygotowanego multimedialnego przewodnika.

Każda z czternastu tematycznych sal zachęca, by tę godzinę spędzić wyłącznie w niej. Trzeba wracać, dawkować sobie piękno i wiedzę, a także możliwość znalezienia się w zupełnie innym świecie, w którym instrumenty nie są dodatkiem do rzeczywistości czy epoki z nią związanej (jak w zwykłych muzeach, w których niekiedy trafiamy na instrumenty), ale sensem bycia.

Można też zwiedzać z przewodnikiem – wówczas żywa opowieść i możliwość zadawania pytań łączy się z dźwiękiem prawdziwie przestrzennym.

LOGIKA MUZEALNEJ NARRACJI

Każde muzeum ma możliwość zaprezentowania tylko części swoich zbiorów. Dwa i pół tysiąca muzealiów to rzeczywiście sporo. Jest z czego wybierać. Wybór jednak musi być logiczny, podporządkowany historycznej opowieści, którą proponują twórcy ekspozycji.

 

W Poznaniu udało się szczęśliwie połączyć porządek czasowy dziejów muzyki z diachroniczną prezentacją rozwoju danej grupy instrumentów. Ta dwoistość pozwala też na stworzenie sobie własnego porządku zwiedzania.

Muzeum Instrumentów Muzycznych w Poznaniu

Skrzypce, Charles François Gand (1846, Paryż, Francja),  należące do Henryka Wieniawskiego,  na dalszym planie: skrzypce, Giovanni Battista Guadagnini (1780, Turyn, Włochy). Fot. Sonia Bober

Zacznijmy choćby od rodziny instrumentów smyczkowych, jeśli jesteśmy ich wielbicielami, a pomińmy wszystko inne. Przyznam, że w muzeach instrumentów skupiam się na swoich dwóch ulubionych: altówce i violi d’amore.

Pierwszą traktuję jako historię emancypacji (ale nie wierzę, mimo wszystko, że na początku była altówka), drugą – jako historię bocznego ogniwa w dziejach muzyki, egzotykę poniekąd, a jej próby rewitalizowania w muzyce współczesnej przyjmuję mocno sceptycznie (sam próbowałem grać, wyznam…).

Z punktu widzenia estetycznego obie damy są przecudne. Zmieniające się proporcje altówki, dyskusje o właściwej (wciąż zbyt małej) wielkości pudła rezonansowego, próby nadawania mu innego kształtu, zarówno wygodniejszego dla grającego, jak i spełniającego potrzeby akustyczne…

W muzeum możemy zobaczyć choćby duży instrument tenorowy z XVII wieku (skrzypce tenorowe – tenorki) czy altówkę Dankwarta. Viola d’amore kusząca nie tylko swoim kształtem, ale przede wszystkim wielorakimi sposobami zdobienia (chyba lutnicy mieli do niej szczególną słabość), a zwłaszcza główki z amorkiem, choć nie tylko.

Renesansowa kamienica (Stary Rynek 45) pozwala na to, by do instrumentów docierało światło naturalne. Każda sala i każde piętro mają swoje piktogramy, ułatwiające poruszanie się i zwiedzanie. Poszczególne sale poświęcone są jednemu lub kilku tematom ukazującym instrumenty przez pryzmat kontekstu kulturowo-historycznego.

Postrzegamy więc muzykę w jej rozwoju czasowym i przestrzennym. To strategia przyjazna zwiedzającym, którzy poznają instrumenty w ich naturalnym otoczeniu, uwarunkowaniach, wzajemnych relacjach.

Wiemy, kiedy dane instrumenty pojawiały się i miały swój rozkwit, a czasem i okres zaniku, jak tworzyły przestrzeń dźwiękową epoki, poszczególnych środowisk, kościelnych i świeckich. Wreszcie jak przedstawiała się – zmienna przecież – praktyka wykonawcza.

DŹWIĘKI I GALERIE

Dla porządku wymieńmy poszczególne galerie. Na parterze: Muzyka późnego średniowiecza – Alta e Bassa Musica; Czas renesansowego muzykowania – Epoka Konsortów; Epoka baroku – muzyka polichóralna – Cori Spezzati; Muzyka sakralna XVIII w. – Kapela Jasnogórska Capella Claromontana; Muzyka sakralna i świecka XVIII w. Collegium Musicorum Posnaniensis.

Zobaczymy tu na przykład cały zestaw renesansowych instrumentów dętych, znakomite kopie rzadkich instrumentów, pochodzące m.in. z kolekcji Rainera Webera czy historyczne narzędzia służące do budowania instrumentów.

Muzeum Instrumentów Muzycznych w Poznaniu

Kustosz Muzeum, Patryk Frankowski. Fot. Sonia Bober

Zatrzymajmy się dłużej przy rekonstrukcji instrumentarium poznańskiej kapeli farno-miejskiej, dokonanej na podstawie inwentarzy, repertuaru i analogii do innych podobnych zespołów. Poznamy typowe zespoły i składy instrumentalne od renesansu po wiek XIX. Zobaczymy też dokumenty (choćby akt fundacyjny wspomnianej kapeli) i świadectwa ikonograficzne.

Na piętrze pierwszym prezentowane są: Francuska muzyka dworska XVIII w.; Muzyka drugiej poł XVIII w.; Muzyka symfoniczna XIX w.; Muzyka kameralna XIX w.; Awangarda XX w.; Muzyka fortepianowa XIX w.

Piętro drugie gromadzi instrumenty z różnych stron świata. Kolekcja to bogata i rzeczywiście różnorodna. Pamiętajmy, że poznański ośrodek muzykologiczny przez wiele lat, zwłaszcza za sprawą prof. Jana Stęszewskiego i prof. Bogusława Linette, był ważnym centrum etnomuzykologii. Warto tu też zwrócić uwagę na instrumenty, które miały charakter mniej czy bardziej udanego eksperymentu (klawiatura ćwierćtonowa).

Cieszą piękne i oryginalne instrumenty Tomasza Panufnika, któremu zawdzięczamy odrodzenie sztuki lutniczej w Polsce na początku XX stulecia. A także zupełne ciekawostki, o których wiemy dziś już tylko z literatury – na przykład harmonijkę szklaną, o której wspomina w „Wielkiej Improwizacji” Mickiewiczowski Konrad.

Klawiatura ćwierćtonowa (model),  Andrzej Miłaszewski, ok. 1912, Polska. Fot. Sonia Bober

Cenne jest przyjrzenie się skrzypcom mistrzów polskich, z rodziny Grobliczów, i włoskich, z rodziny Amatich. O niektórych instrumentach wiemy sporo – jak choćby o rzadkim, skonstruowanym w 1904 roku, podobnym do oboju heckelfonie. Poznański egzemplarz, opatrzony numerem trzecim, prawdopodobnie zabrzmiał podczas prapremiery „Elektry” Richarda Straussa. Wszystkiego, co ważne i ciekawe, wymienić oczywiście nie sposób…

Eksponowanych instrumentów jest około pięciuset. Gdybyśmy zastanawiali się, które mogą stać się znakiem rozpoznawczym Muzeum, byłyby to niewątpliwie francuskie skrzypce należące do Henryka Wieniawskiego, które otrzymał jako nagrodę po ukończeniu paryskiego konserwatorium. A także instrumenty smyczkowe ze szkoły polskiej, Grobliczów i Dankwartów.

MUZEUM TO NIE TYLKO EKSPOZYCJA

Bo pierwsze to, oczywiście, pracownicy merytoryczni z ogromną wiedzą i pasją, a także wyobraźnią, o której świadczy kompozycja ekspozycji. Ludzie podejmujący badania nad powierzonymi im zbiorami, dokonujący ustaleń mających duże znaczenie dla instrumentoznawstwa, pracujący nie tylko z instrumentami, ale dawnymi dokumentami (np. akta z procesu wdowy po Grobliczu z lwowskimi jezuitami w połowie XVIII wieku), których lektura (czy właściwa interpretacja) prowadzi do ustalenia nowych faktów lub rewizji dotychczasowego stanu wiedzy.

Wspomnieć można o podważeniu legendy o polskim pochodzeniu skrzypiec, ale wciąż nie wiemy, skąd do Polski przybył model, który podjęli Dankwartowie i Grobliczowie.

Muzeum Instrumentów Muzycznych w Poznaniu

Saung gauk (harfa), XX wiek, Birma. Fot. Sonia Bober

Po drugie, pracownia konserwacji instrumentów. Czterech fachowców, w tym trzech absolwentów poznańskiego lutnictwa, artystów po prostu, potrafiących dokonywać prawdziwych cudów (pod kierunkiem Piotra Cieślaka), także za pomocą historycznych narzędzi, by instrumentom przywrócić dawną świetność. Jak choćby Mirosław Baran, który podjął się rzeczy niemal niewykonalnej, której odmówiło wielu uznanych lutników – zdublowania pogryzionych przez robaczki płyt rezonansowych barokowej altówki.

Konserwatorzy potrafią też budować piękne kopie, które również spotkamy na ekspozycji. A że prace takie wymagają czasu, pewnie wiele go jeszcze potrzeba, by większa część instrumentów ożyła. Wiemy, że nie wolno dotykać eksponatów, ale nie mogłem się oprzeć pokusie sprawdzenia kilku klawesynów i fortepianów. Na jednym z nich grać miał sam Mozart…

Muzeum Instrumentów Muzycznych w Poznaniu

Kustosz Muzeum, Patryk Frankowski. Fot. Sonia Bober

Wreszcie biblioteka. Spora, przydatna, pewnie za mało przez szerszą publiczność wykorzystywana – stąd ją wspominam.

I sala koncertowa na niemal dwieście osób. Ta jeszcze przed remontem, z niełatwym dostępem (trzeba do niej przejść przez całe muzeum), ale mam nadzieję, że w nieodległej perspektywie stanie się ona – jak w latach 90. – ważnym salonem muzycznym regionu. Gdzież bowiem znaleźć stosowniejsze miejsce do wykonywania muzyki dawnej?

Marzą mi się tu koncerty młodych poznańskich artystów, grających zarówno na instrumentach historycznych, jak i na kopiach, niekiedy będący także ich twórcami. Chętnie usłyszałbym tu kierowany przez Sławomirę Raczyńską zespół Musica Maxima czy klawesynistę Maksymiliana Święcha i budowane przez niego pozytywy szkatulne (oryginalny jest prawdziwą ozdobą muzeum, wkomponowaną w wizualizację obrazującą wenecką polichóralność).

MUZEUM STALE SIĘ ROZWIJA

Pozyskuje nowe instrumenty, zarówno poprzez dary, jak i zakupy. Starannie przemyślane, pasujące do koncepcji, selekcjonowane ze względu na możliwości lokalowe.

Niektóre obiekty są przez muzeum poszukiwane – instrumenty wybitne, leżące w centrum zainteresowania instytucji, jak przede wszystkim polskie instrumenty smyczkowe.

Muzeum Instrumentów Muzycznych w Poznaniu

Joanna Lewandowska, fot. Sonia Bober

Wiele się zmieniło od czasów założyciela muzeum, Zdzisława Szulca, oraz dawnych kuratorów: Włodzimierza Kamińskiego i Jacka Podbielskiego. Nowoczesna ekspozycja stworzona przez Patryka Frankowskiego i Joannę Lewandowską oraz zespół pracowników merytorycznych muzeum niewątpliwie zachęca do zgłębiania tajemnic instrumentów.

Warto wybrać się, obejrzeć i posłuchać – w przestrzeni przyjaznej zwiedzającemu, pozwalającej na szerszy oddech, niesprawiającej wrażenia natłoku.

Młodzi zwiedzający mogą skorzystać z atrakcyjnych ścieżek edukacyjnych. Może i Państwo przekonają się, że instrumenty muzyczne są najpiękniejszymi dziełami sztuki!