fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Nalot na Frankfurt, czyli siła mitu

Wszystko wskazuje na to, że nalot samolotów powstańczych na niemieckie lotnisko we Frankfurcie nad Odrą to tylko legenda. Choć niewątpliwie ładna i krzepiąca.

6 stycznia 1919 roku nad ranem po krótkim ataku powstańcy zdobyli lotnisko niemieckie w podpoznańskiej Ławicy. A na nim – 32 maszyny, które dały początek lotnictwu armii wielkopolskiej.

Była akcja…

Strata lotniska – i kontroli nad wielkopolskim niebem – musiała Niemców zaboleć. W odwecie przysłali nad Ławicę swoje bombowce. 7 stycznia Niemcy wykonali lot zwiadowczy nad Poznaniem. Zostali ostrzelani z ziemi, więc zrzucili bomby na Ławicę, niszcząc hangar i powodując straty w ludziach. Następnego dnia nad Ławicę dotarł już regularny nalot bombowców Gotha, które ostrzelano z ziemi – jeden z niemieckich samolotów został uszkodzony i musiał lądować.

 

Po pierwszym niemieckim nalocie na Ławicę z 7 stycznia 1919 r. podporucznik Wiktor Pniewski, wówczas komendant Ławicy, zatelegrafował do Frankfurtu i zagroził Niemcom, że mogą się spodziewać bardziej energicznej reakcji z polskiej strony, jeśli nie zaprzestaną wrogich działań. Ponieważ po drugim nalocie Niemcy zastosowali się do „porady” Pniewskiego, reakcja Polaków nie była konieczna.

…musiała więc być reakcja

Ponad pół wieku później gruchnęła jednak sensacja. W 1975 roku w Polsce wyszła książka Kazimierza Sławińskiego „Ławica – poznańskie lotnisko”. Sławiński był pilotem, po wojnie autorem książek o lotnictwie, a także – „Przygód kanoniera Dolasa”, niezwykle popularnych dzięki ich filmowej wersji z Marianem Kociniakiem w roli głównej. Sławiński opisał w niej rzekomy nalot na Frankfurt, do którego miało dojść 9 stycznia 1919 roku, w odwecie za niemieckie bombardowanie Ławicy. Sławiński podał nawet nazwiska sześciu pilotów, którzy mieli wziąć w nim udział. Mało tego – zanotował liczbę bomb, jaką uczestnicy rajdu nad Frankfurt mieli ze sobą zabrać.

 

Wiktor Pniewski, fot. Wikipedia

Wiktor Pniewski, fot. Wikipedia

Relacja Sławińskiego przyczyniła się do rozpowszechnienia informacji o nalocie – rzekomo pierwszej bombowej akcji lotnictwa polskiego w dziejach – w historiografii powstania. Dopiero ksiądz Robert Kulczyński, salezjanin i specjalista w dziedzinie początków polskiego lotnictwa, niemal pół wieku później trzeźwo zauważył, że w opisie Sławińskiego brakuje wzmianki o obserwatorach, w tamtych czasach towarzyszących pilotom.

Ówcześni piloci nie wybierali się bowiem do tak poważnej akcji bez obserwatorów. W przypadku lotu na taką odległość obserwator był wprost niezbędny. W ówczesnej hierarchii obserwator stał zresztą wyżej od pilota. I to raczej on zrzucał bomby, pilot pełnił funkcję kierowcy maszyny.

 

Ksiądz zdemaskował

Ksiądz Kulczyński jako pierwszy zmierzył się z mitem nalotu na Frankfurt. Gruntownie przeanalizował akta dotyczące polskiego lotnictwa, znajdujące się w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie. A także inne źródła, w tym pamiętniki i wspomnienia. I doszedł do wniosku, że nalot na Frankfurt to legenda. Tym bardziej, że nie ma o nim żadnej wzmianki nawet w ówczesnej prasie we Frankfurcie.

 

Tłum publiczności obserwuje pokazy lotnicze, Ilustrowany Kurier Codzienny, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Tłum publiczności obserwuje pokazy lotnicze, Ilustrowany Kurier Codzienny, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Brak też o tym wzmianki w aktach pilotów armii wielkopolskiej z okresu międzywojennego. A przecież taka akcja byłaby wspaniałym powodem do dumy. Co ciekawe, sam Pniewski w swoich wspomnieniach wzmiankował jedynie depeszę telegraficzną, którą wysłano do Frankfurtu po pierwszym niemieckim nalocie na lotnisko w Ławicy. O żadnym polskim nalocie na Frankfurt w pamiętnikach nie wspomniał. Ciekawe, dlaczego?

Śladu po nalocie nie zajdziemy również w księdze ku czci poległych wielkopolskich lotników. Ani w księdze pamiątkowej 3. pułku lotniczego, który stacjonował później na Ławicy.

Nalot żyje… w popkulturze

W obowiązującej do niedawna wykładni mówiło się, że polski nalot miał zostać dokonany bez wiedzy i zgody zwierzchników pilotów. Co z kolei miało pociągnąć za sobą dziką awanturę, jaką zrobiono im po powrocie znad Frankfurtu. Pniewski miał się rzekomo gęsto z tej akcji tłumaczyć. Tyle że w dokumentach Dowództwa Głównego armii wielkopolskiej, nawet tych tajnych, nie ma śladu o tych zdarzeniach. Podobnie zresztą we wspomnieniach – ponoć oburzonych samowolnym nalotem – polityków Naczelnej Rady Ludowej.

 

Materiał prasowy filmu Hiszpanka

Materiał prasowy filmu Hiszpanka

A może o polskiej akcji nie wspomina ówczesna niemiecka prasa, bo obowiązywała ją wtedy cenzura? – Byłoby wręcz odwrotnie – przekonuje Marek Rezler, autor książki „Nasze powstanie”. – Polski nalot na pewno zostałby wykorzystany przez propagandę niemiecką jako przykład „polskiego barbarzyństwa”. Każdy przykład polskiego „łotrostwa” czy „niegodziwości” byłby natychmiast nagłośniony. I wtedy na pewno znaleźlibyśmy ślad w niemieckiej prasie.

Dlatego w „Encyklopedii Powstania Wielkopolskiego”, wydanej w 2018 roku, w notce o lotnictwie powstańczym nie znajdziemy już wzmianki o tym nalocie.

Legenda żyje jednak swoim życiem – zwłaszcza w popkulturze. Dlatego film Łukasza Barczyka „Hiszpanka” kończy się efektowną  sceną bombardowania niemieckiego lotniska we Frankfurcie przez dzielnych polskich lotników. Sprawiedliwości musiało stać się zadość – przynajmniej na ekranie kina.

 

 

Piotr Bojarski – pisarz, autor powieści o powstańcach wielkopolskich: „Cwaniaki” i „Na całego”