fot. materiały prasowe artysty

Nie bądźcie maszynkami

Jeśli kochasz swoją pracę, to nie musisz pracować. Jeśli wykonujesz ją automatycznie, to możesz stracić do niej serce i stać się trybikiem. Wtedy trudno zachować autentyczność i miłość do tego, co się robi, a bez tego trudniej czuć, że się żyje – mówi Piotr „Bajzel” Piasecki, mieszkający w Poznaniu muzyk i wokalista, który niedawno wydał swój nowy album „Pararaj”.

Sebastian Gabryel: Są bajki narracyjne, bajki epigramatyczne… Dla mnie zawsze byłeś trochę z innej bajki – za co zresztą ci chwała! – dlatego nie zdziwiłem się, kiedy powiedziałeś, że twój tegoroczny, szósty już album „Pararaj” jest parabajką. Dlaczego właśnie tak określiłeś tę płytę?

Piotr „Bajzel” Piasecki*: To prawda, chyba faktycznie jestem z nieco innej bajki. Już parę razy to słyszałem i w sumie traktuję to jako komplement. Dzięki temu być może to, co robię, jest trudniejsze do zaszufladkowania. Choć sam nie wiem – w końcu jestem z innej bajki…

 

Nowa płyta nazywa się „Pararaj”, czyli niby-raj, pseudoraj, prawie-raj.

Chodziło mi o ten świat, który doprowadziliśmy do kulawego prawie-ideału. Odnosi się to również do wyrażenia „parabajka”, które według mnie jeszcze bardziej określa muzyczny charakter tej płyty. Myślę, że jest wyjątkowo kolorowa, niczym bajka, ale zarazem stąpa twardo po ziemi, czyli nie jest bajką, czyli może jest właśnie taką niby-bajką. Ciężko mi teraz myśleć o tej płycie, kiedy już ją skończyłem, podarowałem ją innym. Teraz wolałbym, żebyście wy powiedzieli mi, jaka ona jest.

 

SG: Wsłuchując się w poszczególne utwory, intuicyjnie czułem, że proces jej tworzenia może i był dla ciebie ucieczką od rzeczywistości, ale na pewno nie od samego siebie. Mam wrażenie, że mocno się na niej z sobą konfrontujesz – choćby w kontekście samotności, nienasycenia czy alienacji, o których wspominałeś jeszcze przed premierą. Czego dowiedziałeś się o sobie podczas tworzenia tego albumu?

PBP: To trudne pytanie. Cały czas czegoś się o sobie dowiaduję, ale nie wiem, czy dzielę się tym z innymi. Niekoniecznie także sam to analizuję. Nie mam też swojego psychoterapeuty. Rozwijam się i zwijam, w pewnych elementach i w sobie. Na pewno nie biorę tego za bardzo sobie na głowę. Ta płyta powstawała parę lat. To był długi czas, a ja nawet nie pamiętam, co działo się miesiąc temu. Staram się żyć „teraz”, a wiedzę o sobie trzymam w zamkniętej szufladzie, by przypadkiem nie przestać się zaskakiwać. Spodziewam się czegoś niespodziewanego nawet po sobie.

SG: Rzućmy nieco światła na kilka z utworów. „Łzę” opisałeś jako piosenkę o utraconej miłości w czasach apokalipsy, jednocześnie nawiązującą do dzisiejszych, pełnych izolacji wydarzeń. Moim zdaniem to najbardziej emocjonalny moment na płycie. Jakie znaczenie ma on dla ciebie?

PBP: Tę piosenkę pisałem na zamówienie do krótkiego filmu Tomka Stenzla. Powiedział mi, że chciałby staromodną piosenkę „o straconej miłości w czasach apokalipsy”. Chyba wiedział, kogo o nią poprosić, bo poszło gładko. W sumie utwór, wraz z tekstem, powstał w jedną noc. Taki był zresztą warunek tego zadania, ponieważ jego film brał udział w konkursie 48 Hour Film Project i musiał powstać szybko.

 

To, że „Łza” trafia tematyką w pandemiczną teraźniejszość, to zbieg okoliczności albo przeznaczenie – nigdy nie potrafię tego rozróżnić (śmiech).

Piotr „Bajzel” Piasecki materiały prasowe artysty

Swoją drogą, w tej piosence bardzo inspirowałem się głosem Edmunda Fettinga… A odpowiadając na twoje pytanie, to myślę, że utwory niepłytkie mają znaczenie w danej chwili – właśnie tej, w której się ich słucha lub je wykonuje. Inaczej mówiąc, gdy teraz myślę o tym kawałku, to nie ma on dla mnie znaczenia, ale kiedy będę go wykonywał, to możliwe, że spłynie po mnie stado łez.

 

SG: Skoro już o izolacji mowa – istnieje teoria, że nawet kiedy wszystko już całkiem się pootwiera, to my przed sobą tak otworzyć się już nie damy rady. Wciąż będziemy się izolować – mniej na zewnątrz, bardziej wewnątrz.

PBP: My zawsze trochę się izolowaliśmy. To taka nasza tarcza ochronna – przed innymi i przed realiami, na jakie jesteśmy tu skazani. I w tym nie ma nic złego. Jednocześnie lgniemy do innych i do tego świata, chcemy go na nowo odkrywać, doświadczać, czuć.

 

Teraz wszystko przyśpiesza – technika, informacja, portale społecznościowe wchodzą nam na łeb i coraz ciężej się przed tym chować.

Wywlekamy swoje życie na zewnątrz, udostępniając wiedzę o sobie na fejsie i w tym podobnych miejscach autopromocji. Jednak z drugiej strony, zapewne mając tego świadomość, gdzieś wewnątrz, głęboko w nas, będziemy starali się przed tym chronić. Ale to może być mało skuteczne i może prowadzić do coraz większych rozchwiań emocjonalnych i psychicznych. W świecie, który coraz bardziej szarpie nas na wszystkie strony, zawód psychoterapeuty będzie coraz bardziej intratny.

SG: W „Już nie ma dzikich plaż” oddajesz hołd Irenie Santor. Za co najbardziej ją cenisz? Pytam, bo dla mnie jej piosenki mają jakiś nieodgadniony urok, który rzuca na nas na koncertach.

PBP: Chyba najbardziej za klasę i sposób bycia artystką, który staje się coraz bardziej nierealny i bezcenny. Ta piosenka zawsze mnie naprawdę kręciła, coś we mnie wyrywała i poruszała. Czułem, że wiem, jak ją odświeżyć i wpisać w nią własne przeżycia. Siłą rzeczy oddałem hołd pani Irenie, tak jak ona w oryginalnej wersji oddaje go Mahalii Jackson.

 

SG: Swoją drogą, poprzez ten utwór chciałeś zwrócić uwagę na coraz większą komercjalizację nadmorskich miejscowości w Polsce, choćby twojego rodzinnego Świnoujścia. Co cię najbardziej w tym wkurza? Paragony, parawany? (śmiech)

PBP: Parawany to dobry przykład samoizolacji. Zasłaniamy się nimi, a w ich pozornie bezpiecznym wnętrzu wrzucamy swoje roznegliżowane cielska na społecznościowe portale. Robimy to pod pozorem kontroli – wrzucamy wybrane foty, które retuszujemy tak, by pokazywały nas w atrakcyjnym świetle. A Świnoujście się zmienia. Nie mówię, że na złe, ale troszkę za dużo drzew się tnie. Kasa jest wszystkim, a biznes jest biznes. Siłą rzeczy refren „Już nie ma dzikich plaż” zawsze był ekologicznym protest songiem. Szkoda, że ciągle prawdziwszym.

SG: Kolejnym z przystanków jest „Film”. To piosenka o tyle wyjątkowa, że choć zagrałeś ją prawie w pojedynkę, to rzeczywiście brzmi, jakby towarzyszył ci big-band. Jak udało ci się uzyskać taki efekt?

PBP: Ten kawałek nie należał do najłatwiejszych, ale jest moim ulubionym i chyba dotkliwym w kontekście lirycznym. W nim wyjątkowo sam usiadłem za perkusją, by ogarnąć wciąż przyśpieszany i zwalniany bit. Inaczej nie szło tego ogarnąć. Dodatkowo zaprosiłem wspaniałego puzonistę Piotra Banasia, by zrobił z tego bardziej żywą, pompatyczną wersję, jak z festiwalu w Opolu. Dlatego, choć zupełnie tego nie planowałem, skromna piosenka „Film”, powstała ze śpiewania dręczącej mnie kwestii do dźwięków gitary, przeobraziła się w coś, powiedzmy, że bigbandowego.

 

SG: Często powtarzasz, że twoja muzyka zawsze wypływała z serca i słuchając tej płyty, trudno w to nie uwierzyć. Co powiedziałbyś tym, którzy czują, że dziś, w tych tak pogmatwanych – nie tylko przez pandemię – czasach, tracą serce niemal do wszystkiego?

PBP: Nie traćcie serca, bo staniecie się maszynkami! (śmiech) Jeśli kochasz swoją pracę, to nie musisz pracować. Jeśli wykonujesz ją automatycznie, to możesz stracić do niej serce i stać się trybikiem. Wtedy trudno zachować autentyczność i miłość do tego, co się robi, a bez tego trudniej czuć, że się żyje. No i trudniej się jarać tym, czego nawet nie tworzysz, tylko odtwarzasz. Dlatego tę rozmowę pozwolę sobie zakończyć wyjątkowo pompatycznie – słowami, które mniej więcej sto lat temu napisał Witkacy: „Wasza wiedza przerosła wasze dusze. Jesteście w rękach maszyny, nad którą straciliście kontrolę”.

 

*Piotr „Bajzel” Piasecki – artysta awangardowy, przełamujący konwenanse w sztuce, jedyny w swoim rodzaju „one man band”. Autor tekstów, kompozytor i wykonawca autorskich utworów. Będąc na jego koncercie, doświadcza się wybuchu muzycznej energii. Jeden człowiek za pomocą sampli perkusyjnych, gitar i wokali tworzy muzykę przypominającą kilkuosobowy zespół. Sam traktuje się jako muzyczny przekaźnik melodii i słów, a efektowne koncerty przysporzyły mu wielu fanów w całej Polsce. Gitarzysta barytonowy w ostatniej odsłonie zespołu Pogodno, połowa składu Babu Król, część składu Nowej Fali Polskiego Dansingu. Grał trasy z Lao Che, Kasią Nosowską i Strachy na Lachy. Występował na takich festiwalach jak Open’er, OFF Festival, Męskie Granie, Jarocin Festiwal czy SXSW (USA). 19 kwietnia 2021 roku artysta powrócił z szóstą solową płytą pt. „Pararaj”.