fot. archiwum redakcji

Nie ogarniam planu tego kina

Na potrzeby tego cyklu przejrzałam swoje archiwa i kierując się zasadą osobistego sentymentu, nie oglądając się na reprezentatywność, estetykę wykonania, interpunkcję, wybrałam kilka obrazków, o których będę chciała od serca i erudycyjnie opowiedzieć.

Kiedy kilka lat temu zaproponowałam uczestniczkom współprowadzonych przeze mnie warsztatów ilustratorsko-literackich pochylenie się nad zjawiskiem memu internetowego jako już wówczas znaczącej, a w przewidywalnej przyszłości pełnoprawnej formy artystycznego i ideologicznego przekazu, zostałam chóralnie skrzyczana, a moje próby zainspirowania dziewcząt screenami z paczaizmu spotkały się z nie cieplejszym przyjęciem, niż gdybym zawiozła do Puszczy Białowieskiej worek zużytych opakowań PET i jego zawartość wysypała szlachetnym sarnom do paśnika.

Niby normalna sarna głupia nie jest i plastiku żreć nie będzie, uczestniczki jednak, mówiąc metaforycznie, przypadkiem plastik zeżarły, zgłosiły wizualne zgwałcenie i musiałam odstąpić od głoszenia dobrej memowej nowiny pod groźbą kary administracyjnej („Pani już dziękujemy, zapraszamy do kadr w celu wypalenia gorącym żelazem litery «d» jak «deprawatorka»”). 

Kiedy w tym roku z podobną teorią wystąpiłam przed młodzieżą z jednego ze stołecznych domów kultury, tylko co grzeczniejsi powstrzymali się od ziewnięcia. Przepowiednia bowiem się sprawdziła, świadomy odbiorca / twórca literatury operuje już nie tylko w obrębie epiki, liryki i granatu, dołączenie memu do tego pradawnego triumwiratu stało się godnym świętowania faktem.

Na potrzeby tego cyklu przejrzałam swoje archiwa i kierując się zasadą osobistego sentymentu, nie oglądając się na reprezentatywność, estetykę wykonania, prawidłową lub przynajmniej zawartą w tekście interpunkcję, wybrałam kilka obrazków, o których będę chciała od serca i erudycyjnie (co w moim przypadku oznacza „popadając z dygresji w dygresję tak szybko, że odbiorca nie jest w stanie sprawdzić, czy wywód ma jakikolwiek sens, czy tylko jego wdzięczny pozór”) opowiedzieć. 

 

Jak większość ludzi, czasem chodzę do kina. Jak mniejszość ludzi, nie chodzę do kina dla przyjemności, tylko żeby udowodnić sobie, że umiem chodzić do kina.

Raz na mniej więcej kwartał, często w okolicach dnia płacenia za prywatny abonament medyczny, robię autoaudyt w zakresie kompetencji społecznych, zdolności podejmowania decyzji w stanie ekstremalnego stresu oraz tolerancji mieszanki hałasu, silnych emocji i pierwotnego strachu przed siedzeniem po ciemku z osobami, które nie są moją rodziną – i nie dozwól, o Panie, żeby kiedykolwiek były. Stan ekstremalnego stresu, o którym wspominałam, to moment – przedłużający się niekiedy w nieskończoność – kupna biletu i związanego z tym wyboru miejsca.

Justyna Bargielska Nie ogarniam planu tego kina

Mem „Nie ogarniam planu tego kina”

W samolotach sytuacja jest oczywista: żeby przeżyć, muszę siedzieć najdalej rząd przed lub rząd za wyjściem ewakuacyjnym. Siedem i więcej rzędów za lub przed drzwiami to pewna śmierć. W samochodzie osobowym warto siadać za kierowcą, nigdy obok (uparte trwanie przy tej zasadzie sprawiło, że wiele moich romantycznych związków z kierowcami rozpadało się po pierwszej podwózce). Ale gdzie usiąść, żeby przeżyć w kinie?

Nie ma na ten temat wiarygodnych badań ani nawet statystyk: jeśli w kinie wybuchnie pożar albo nastąpi atak terrorystyczny, należy postępować według ogólnych procedur ppoż., ewentualnie kuląc się na podłodze, unikać kontaktu wzrokowego z nieobliczalnymi ludźmi o niewłaściwej hierarchii wartości. Umówmy się, nie są to schematy, które gwarantują przeżycie. Porzucając nadzieję, jaką mogłabym pokładać w procedurach, lokuję ją w jednorazowym cudzie dobrego wyboru miejsca, widząc ten akt zawierzenia trochę jak składający się z jednego pytania test wielokrotnego wyboru, a trochę jak grę w szczęśliwy numerek (zakładając, że przeżycie łączy się z poczuciem szczęścia, bo przecież przeżywanie życia – nie zawsze). 

A jednak, mając tak mało danych, zresztą nawet nie danych, ale choćby irracjonalnych impulsów, którymi mogłabym się kierować, marzyłabym, żeby miejsca w kinie miały nieco więcej parametrów niż tylko numer i rząd. Głupie kwarki są dziwne, powabne, piękne czy tam prawdziwe, a przecież moje życie nigdy nie będzie zależało od tego, czy wybiorę kwark dolny czy górny, bo w sumie niespecjalnie w żaden z nich wierzę. 

Opisy miejsc w salach kinowych również mogłyby być bardziej porywające, dające oddech i pole manewru tonącemu w adrenalinie mózgowi, zwodzące fałszywymi, ale olśniewającymi obietnicami ocalenia.

 

Klasyczny mem „Nie ogarniam planu tego kina” wygląda jak rozsądny kompromis pomiędzy tym, czego pragnie moja łaknąca w obliczu zagrożenia natychmiastowego zapłodnienia intuicja a ogólnie dostępnym arsenałem narzędzi.

Gdyby potraktować układ okresowy pierwiastków jako punkt wyjścia do projektowania kinowych widowni, o ileż istotniejszym wyborem byłby wybór fotela. Jak wzrosłoby poczucie sprawczości klienta, gdyby mógł połączyć cechy miejsca („fotel molibden, liczba atomowa 42, elektroujemność w skali Paulinga 2,16, tlenek – błękit molibdenowy – używany do barwienia tkanin”) z własną czy wspólną historią („Nie wierzę, że już za rok skończę czterdzieści dwa lata, kiedy to się stało, moje życie minęło, weźcie to stąd, nie róbcie ze świątyni targowiska”, mówi Jezus w wersecie 2,16 Ewangelii św. Jana, Pauling to imię dla psa, a nie nazwisko poważnego badacza, a błękitną miała matka sukienkę na ślubie i jak to się skończyło”) i wyciągnąć racjonalne wnioski („Muszę stąd natychmiast wyjść”). O takie udogodnienia chcę walczyć. 

Oczywiście toczę tę walkę dla was, ludzie. Ja i tak bym siadała na wodorze lub helu – zależnie, z której strony byłoby bliżej do wyjścia.

JUSTYNA BARGIELSKA – ur. 7 lipca 1977 r., poetka i prozaiczka. Autorka tomów poetyckich i książek prozatorskich. Jej prozatorskim debiutem były „Obsoletki” (Wydawnictwo Czarne, 2010), za które otrzymała nominację do Paszportów „Polityki”. „Małe lisy” (2013), drugi tom prozatorski został nominowany do Nagrody Literackiej Nike. W 2016 r. nakładem Wydawnictwa Wolno ukazał się picture book „Obie”, poświęcony macierzyństwu i byciu dzieckiem, do którego Bargielska stworzyła prozatorski tekst, a Iwona Chmielewska obrazy. Ostatnio opublikowała zbiór opowiadań dla dzieci „Siedem przygód Rozalii Grozy” (2017). Mieszka w Warszawie.

CZYTAJ TAKŻE: Kocham cię, rybo
CZYTAJ TAKŻE: Kapitan Planeta
CZYTAJ TAKŻE: Udawaj zepsuty rower