fot. Pexels

Udawaj zepsuty rower

„Skończył mi się hype na Minecrafta” – pożalił się ostatnio mój jedenastoletni syn i była to prawdopodobnie najsmutniejsza deklaracja tego roku.

Bardzo lubię styczeń i pierwszą dekadę lutego. Można wtedy bezkarnie operować wartościującymi hiperbolami w rodzaju: „Taka szczupła w tym roku to jeszcze nie byłam!” i nikt nie może mi zarzucić, że moja uczuciowość jest płytka i żeruje na łatwych emocjach stymulowanych przez wielkie kwantyfikatory, a także funkcjonalność nakładek na zdjęcie profilowe na Facebooku.

 

Opinii publicznej skończył się natomiast hype na dziki i na social media padł blady strach, że trzeba będzie pożyć własnym życiem. Życie własnym życiem w styczniu – a tym bardziej livestreamingowanie go za „głaski” w internecie – jest ogromnie trudne.

Są filtry przeciw czerwonym oczom, ale nie ma takich, które usuną czające się w ich głębi znękanie debetem na karcie i perspektywą następnego wolnego dopiero w okolicach pogańskiego święta Jaryły. No może X-Pro II dałby radę, ale producent aplikacji nie obiecuje.

Użytkownicy internetu rozbiegli się na jego najdalsze krańce w poszukiwaniu czegoś, wokół czego będą się mogli i zjednoczyć, i zarazem rzucić sobie do gardeł. Nie wiem, jak inne internety, ale polski stwarza warunki, w których ta paradoksalna jednia zachodzi i ma się świetnie.

I mam nawet fakt medialno-naukowy, który – spodziewam się – przykuje uwagę tych ludzi. Będąc ostatnio trochę offline, dopuściłam jednak do siebie wyniki badań jednej naukowczyni i dwóch naukowców, według których sześć milionów polskich kotów zabija co roku sto czterdzieści cztery miliony ptaków i sześćset trzydzieści jeden milionów ssaków niebędących kotami. (Piszę te liczby słownie, żeby ukazać grozę tych proporcji, a nie żeby sztucznie zwiększyć liczbę znaków w tekście, bo brakuje mi pomysłu na jego zakończenie).

Co prawda prawie pięćdziesiąt milionów ssaków koty przynoszą do domu, zamiast po prostu je zjadać, ale kto kiedykolwiek miał podczas agroturystyki okazję obudzić się z martwą myszą na wykrochmalonej po podlasku poduszce, wie, że koty nie robią tego, bo są miłe. To jest ich sposób, żeby do długiej listy zagrożonych przez nie gatunków, dopisać człowieka.

 

U mnie w domu w każdym razie to koty są łowcami, a ja ofiarą.

żródło: memy.pl

Zwłaszcza kiedy między trzecią a czwartą w nocy zaczyna im grozić nagła śmierć głodowa i wchodzą mi na głowę i orzą pazurami moje biedne pukle. Wtedy właśnie udaję zepsuty rower.

Biorąc pod uwagę, że o tej porze ciśnienie w organizmie człowieka jest najniższe, a procesy życiowe przebiegają tak powoli, że prawie niedostrzegalnie, jestem dość przekonującym rowerem. I fizycznie byłabym już zdała egzamin z woli przetrwania, gdyby nie to, że koty niszczą mnie psychicznie. Niby wiem, że łajzy poszły spać nażarte jak dzikie świnie, ale one tak płaczą, tak płaczą…

Ciekawi mnie, czy przytoczone wyżej wyniki badań wygenerują internetową podjarkę na mordercze koty (mój syn tak tłumaczy „hype”, a także wszystkie angielskie słowa oznaczające zainteresowanie, wzmożoną czujność, zew przygody, nieokreśloną tęsknotę czy głód batonika Milka Oreo).

Uwielbiam patrzeć, jak moi znajomi wybierają strony konfliktu, nie próbując nawet zrozumieć jego istoty i robią z logiki kurtyzanę dla chwilowej przyjemności płynięcia z nurtem wspólnych emocji, nieczuli na fakt, że nie jest to bynajmniej górski potok. Doczekać się też nie mogę udających uprzejme prośby o wybranie strony konfliktu zawoalowanych gróźb, których sens sprowadza się do miłosiernego wskazania, że nie dokonawszy jedynie słusznego wyboru, zostanę na starość całkiem sama i nie będzie miał mi kto podać szklanki whiskey, a potem oddać nerki, żebym mogła ją zwrócić.

 

Koty zabójcy mają możliwość podzielenia ludzi jak jeszcze nikt i nic przed nimi – czuję to. Pragnę i wyglądam tego jak gracz soczystego przekleństwa na chrześcijańskim serwerze Minecrafta.

To wszystko, o czym piszę, jest dla mnie najwspanialszym, optymistycznie nastrajającym, najżywszym dowodem, że ludzkość organicznie potrzebuje – najchętniej wrzuconych do jednego worka: literatury, historii, storytellingu – fake newsów i badań, których kontrowersyjne wyniki da się wykorzystać do zapłodnienia, a może nawet trochę zgwałcenia zbiorowej wyobraźni.

Kiedy w dzieciństwie chciałam zostać pisarką książek, marzyłam, że dzięki temu, co napiszę, ludzie będą szczęśliwsi, weselsi, bardziej otwarci na siebie nawzajem oraz na bezdomne zwierzęta. Czuję, że mroczny czas mojego zwątpienia w sprawczość literatury powoli przemija.

Gdybym miała wyrazić to strawestowanym cytatem, padłoby na Lema: „Nie wiedziałam, że w internecie jest tylu idiotów, alleluja!”. Muszę troszkę zrewidować cele („szczęśliwsi, weselsi, otwarci”), ale gdzieś głęboko czuję, że znowu mam tę moc.

Aha, jeśli chodzi o koty: jestem całym sercem po ich stronie, wystrzelmy je.

JUSTYNA BARGIELSKA – ur. 7 lipca 1977 r., poetka i prozaiczka. Autorka tomów poetyckich i książek prozatorskich. Jej prozatorskim debiutem były „Obsoletki” (Wydawnictwo Czarne, 2010), za które otrzymała nominację do Paszportów „Polityki”. „Małe lisy” (2013), drugi tom prozatorski został nominowany do Nagrody Literackiej Nike. W 2016 r. nakładem Wydawnictwa Wolno ukazał się picture book „Obie”, poświęcony macierzyństwu i byciu dzieckiem, do którego Bargielska stworzyła prozatorski tekst, a Iwona Chmielewska obrazy. Ostatnio opublikowała zbiór opowiadań dla dzieci „Siedem przygód Rozalii Grozy” (2017). Mieszka w Warszawie.

 

CZYTAJ TAKŻE: Kiedy skłamałeś lasce, że idziesz spać i przypadkiem włączysz Messengera

CZYTAJ TAKŻE: Legalizacja forsycji

CZYTAJ TAKŻE: Dlaczego mam problemy z zaufaniem?