fot. Pexels

Kapitan Planeta

Któregoś zimowego dnia odkryłam rano kołdrę i zorientowałam się, że kultura obrazkowa, w której przyszło mi żyć, nie będzie zadowolona z obrazu kobiecego ciała, jaki pod tą kołdrą znalazłam.

Mój ulubiony Kapitan Planeta, Wiliam Styron, napisał w swoim eseju o depresji: 

 

„Podobnie jak bardzo wielu amerykańskich pisarzy, których czasami śmiertelne uzależnienie od alkoholu do tego stopnia obrosło legendą, że stało się samoistnym tematem wielu studiów i książek, ja również korzystałem z alkoholu jako magicznego środka, który wprowadzał mnie w euforyczny świat fantazji i stymulował wyobraźnię. Nie żałuję ani nie zamierzam tłumaczyć się z tego, że uciekałem się do przynoszącego ukojenie, często zaiste wybornego trunku, który wniósł wielki wkład w moje pisarstwo. Choć nigdy nie napisałem ani jednej linijki pod jego wpływem, posługiwałem się nim – często w połączeniu z muzyką – niczym użytecznym narzędziem, pozwalającym mi doświadczać wizji, do których mój pozbawiony zewnętrznej stymulacji, trzeźwy i chłodny umysł nie miał dostępu. Alkohol był nieocenionym długoletnim partnerem mojego intelektu, a także przyjacielem, z którego pomocy i wsparcia korzystałem każdego dnia i którego potrzebowałem, jak teraz widzę, jako specyfiku mającego moc uśmierzania niepokoju i lęku, jakie przez długi czas wypierałem ze świadomości w najodleglejsze zakamarki duszy”.

 

Styron pił codziennie przez czterdzieści lat, a potem przestał pić i wpadł w przygnębienie. 

 

Co nie dziwi: przeprowadzono badania i udowodniono, że u starszych ludzi regularnie pity szampan poprawia pamięć przestrzenną, odpowiedzialną za rozpoznawanie otoczenia, ale też za wykonywanie obliczeń.

Do starszych ludzi badacze zaliczyli osoby po czterdziestce, bo mniej więcej wtedy zaczyna się rozwijać demencja. Nie wiem, czy Styron pił szampana, ani jak jest z innymi alkoholami, ale wyobrażam sobie, że nagła niemożność trafienia do biurka może być dla pisarza bardzo deprymująca.

Wspominam o tym, jak mawiają koledzy mojej córki, „z własnej eutanazji”: krótko po zakupie mopa parowego miałam w życiu moment zagubienia. Idąc do komputera, powodowana jakąś obcą siłą, zachodziłam do łazienki i nie minęła chwila, a już jeździłam mopem po mieszkaniu, podśpiewując.

Źródło: memebase.com

Dawało mi to nieporównywalnie większą satysfakcję niż pisanie: wśród kłębów pary czułam się wielce pożyteczną lokomotywą, że odwołam się do brytyjskiego klasyka prania mózgu przedszkolakom („Thomas the Tank Engine and Friends”, poszukajcie na YouTubie, jeśli interesuje was, dlaczego Z-Generation jest tak pokręcona). Na szczęście potem zaczęłam regularnie pić szampana i oto znów tu jestem, i też czasem podśpiewuję. 

Przymus picia szampana nie był jednak manifestacją prymitywnego instynktu przetrwania: nie było tak, że gdy przelewy przestały przychodzić, porzuciłam nieodpłatną pracę domową na rzecz wyuczonego zawodu. Któregoś zimowego dnia odkryłam rano kołdrę i zorientowałam się, że kultura obrazkowa, w której przyszło mi żyć, nie będzie zadowolona z obrazu kobiecego ciała, jaki pod tą kołdrą znalazłam. 

Wtedy z pomocą przyszła mi doktor Budwig, w swojej diecie bezwzględnie zalecająca w południe wypić lampkę szampana z siemieniem lnianym. Wypijałam szampana, siemię rzucając gołębiom, które zlatywały się na balkon. Z każdym łykiem czułam się bardziej jak disnejowska księżniczka: trochę passé i okropnie ofensywnie wobec ruchu „body positive”, ale na pewno na dobrej drodze do ideału anime.

Oczywiście nie jest tak, że regularne picie ma wyłącznie zalety, nawet jeśli Styron brzmi przekonująco. W szampanie otóż są białka, nic nie zmyślam, które znakomicie wpływają na pamięć krótkotrwałą – trzy lata picia to dwieście procent lepszy procesor. Dwieście procent więcej mocy zapamiętywania tego, co przed chwilą przeczytaliśmy albo co ktoś do nas powiedział. Dwieście procent lepsza percepcja otaczającej rzeczywistości, włączając nie tylko gatunki ptaków na drzewach, ale i ludzi, z ich nazwiskami, numerami telefonów, nie daj Boże twarzami! Pamiętanie początku wiersza, gdy się czyta jego koniec.

 

Wizja świata, w którym biorę tak intensywny udział, sprawiła, że rozważałam, czyby nie przestać pić. 

William Styron, „Ciemność widoma. Esej o depresji”, tłum. Jerzy Korpanty

William Styron, „Ciemność widoma. Esej o depresji”, tłum. Jerzy Korpanty, Świat książki, Warszawa 2012.

Na szczęście pamięć krótkotrwałą rujnuje marihuana. Inny Kapitan Planeta, już nie taki mój ulubiony, Hugh Heffner wspominał, że marihuana pozwala mu pozostać w kontakcie ze sferą zmysłów. Oliver Stone opowiadał, że w Wietnamie dzięki marihuanie udało mu się pozostać człowiekiem. Barbra Streisand i Peter Sellers wymyślili lody o smaku steka. „Zapaliłem trawę i dzięki temu skończyłem »Izzo«”, zwierzał się Jay-Z.

Zwłaszcza przykład tego ostatniego dowodzi, że lekkie upośledzenie pamięci krótkotrwałej jest kluczowe dla kreatywności: jeśli dziesięć pierwszych – oczywiście tradycyjnie pojmowanych – zwrotek utworu składa się z powtórzeń wersu „get your damn hands up” na przemian z wersem „that’s the anthem, y’all got to feel me”, trzeba o nich po prostu zapomnieć, jeśli chce się przejść dalej. Jay-Z jest jak poeta, o którym Styron pisze w zakończeniu przywoływanego eseju, że „z mrocznych piekielnych czeluści mozolnie pnie się wciąż wyżej i wyżej, by w końcu wydostać się na powierzchnię ziemi i ujrzeć »jasny świat«”. „E quindi uscimmo a riveder le Stelle” („wyszliśmy znów zobaczyć gwiazdy”), podsumowuje pisarz Dantem, a ja dodam tylko: „by your powers combined!”.

JUSTYNA BARGIELSKA – ur. 7 lipca 1977 r., poetka i prozaiczka. Autorka tomów poetyckich i książek prozatorskich. Jej prozatorskim debiutem były „Obsoletki” (Wydawnictwo Czarne, 2010), za które otrzymała nominację do Paszportów „Polityki”. „Małe lisy” (2013), drugi tom prozatorski został nominowany do Nagrody Literackiej Nike. W 2016 r. nakładem Wydawnictwa Wolno ukazał się picture book „Obie”, poświęcony macierzyństwu i byciu dzieckiem, do którego Bargielska stworzyła prozatorski tekst, a Iwona Chmielewska obrazy. Ostatnio opublikowała zbiór opowiadań dla dzieci „Siedem przygód Rozalii Grozy” (2017). Mieszka w Warszawie.

 

CZYTAJ TAKŻE: Udawaj zepsuty rower

CZYTAJ TAKŻE: Kiedy skłamałeś lasce, że idziesz spać i przypadkiem włączysz Messengera

CZYTAJ TAKŻE: Legalizacja forsycji