fot. autor tekstu

Niech żyje rysunek!

Niech żyje rysunek! Tak zatytułował swoją wystawę w miejskiej galerii w Mosinie Piotr Sonnewend. Brzmi to jak początek radosnego hymnu na cześć najbardziej elementarnej ze sztuk, jaką jest rysowanie. Bo takim hymnem pochwalnym jest ta wyjątkowa prezentacja. Dlaczego wyjątkowa? Bo już od dawna w sztuce nowoczesnej zwykłe rysowanie jest w odwrocie. Szkicują jeszcze artyści starszego […]

Niech żyje rysunek! Tak zatytułował swoją wystawę w miejskiej galerii w Mosinie Piotr Sonnewend. Brzmi to jak początek radosnego hymnu na cześć najbardziej elementarnej ze sztuk, jaką jest rysowanie. Bo takim hymnem pochwalnym jest ta wyjątkowa prezentacja.

Dlaczego wyjątkowa? Bo już od dawna w sztuce nowoczesnej zwykłe rysowanie jest w odwrocie. Szkicują jeszcze artyści starszego pokolenia. Tak niewielu juz ludzi potrafi, zamiast pokazać zdjęcie w internecie, powiedzieć – narysuję ci to. Nie zmieniają tej sytuacji tysiące kompulsywnych rysowników wypełniających szkicowniki wizerunkami filiżanki z kawą i smętnego kawałka pizzy. Bo nie zadają sobie podstawowego pytania – po co to robią? To już nie czasy, kiedy każdy wykształcony i kulturalny człowiek rysował. Zapisywał myśli, uwieczniał widoki i miejsca, ilustrował tekst lub po prostu fantazjował. Jak Mickiewicz, Kraszewski, Norwid i Herbert, Dąbrowska i Grochowiak.

Dzisiaj nawet artyści plastycy uciekają od rysowania. Bo to takie żmudne i nieefektowne. Mało kreatywne. Komputery i kamery dają dużo większe możliwości przywalenia po oczach. Łatwiej uciec w performance i instalacje, bajery i lasery. Nawet w pracowniach rysunku na uczelniach artystycznych, konceptualne bajdurzenie skutecznie wypiera metry kwadratowe pracowicie zarysowywanego papieru.

A Piotr Sonnewend pokazuje, że zwykły rysunek może być ciągle wielką sztuką. Aktualną i przejmującą, o potężnej sile rażenia. Wytrzymującą porównania z dawnymi mistrzami i wchodzącą z nimi w dialog. I potrzeba do tego tylko dużej kartki papieru, ołówka i trochę terpentyny dla malarskiego rozmycia grafitowej plamy. Intrygującym pretekstem do obrazu mogą stać się nawet zwykłe, pogniecione poduszki. Ale głównym tematem tej wystawy jest człowiek. To on interesuje artystę najbardziej. Niekiedy pokazany w pełnej postaci, częściej w portrecie.

Powiększone do ponadnaturalnych rozmiarów, narysowane ekspresyjnie i zdecydowanie. Czasem niesłychanie wnikliwie i drobiazgowo, kiedy indziej rzucone jakby od niechcenia, urwane niby przypadkiem. Patrzą z nich na nas ogromne twarze, naznaczone skrajną emocją lub pogrążone w myślach. Niekiedy zdeformowane grymasem, innym razem znikające w mroku.

W niedużej, kwadratowej sali mosińskiej galerii tę ogromne gęby osaczają widza zewsząd. Ich wielkie oczy świdrują na wylot i nie dają uciec wzrokiem. Przerażają i intrygują. Żyją.

Są wśród tych obrazów autoportrety, są powtórzenia autoportretów Rembrandta. W zadziwiającym dialogu z holenderskim mistrzem i widzem obrazu jednocześnie. W swoistym zaplątaniu relacji i ogniu spojrzeń. Rembrandt wpatruje się w siebie, a jednocześnie jego wizerunek patrzy na widza. A Sonnewend wdziera się między te spojrzenia z własnym obrazem tego obrazu. Kto tak naprawdę spogląda na nas?

Dojrzały artysta świadomie używa swojego świetnego warsztatu. Ten absolwent poznańskiej Akademii od wielu już lat mieszka w Niemczech. Prowadzi zajęcia na europejskich uczelniach. Uczy rysunku w Niemczech, Holandii, gościnnie i w Polsce. Rysunek jest jego główną domeną. Tworzy też grafiki, scenografie, realizuje performanse i wznosi spektakularne rzeźby. Utrzymuje dobre kontakty z rodzimą uczelnią w Poznaniu. Nie przypadkiem jego wystawę otwierał gigant klasycznego rysunku, profesor Jacek Strzelecki.

Najbardziej ludzkie na tej wystawie są świnie. Dwa narysowane z werwą, potężne świńskie pyski mają spojrzenia refleksyjne i pełne głęboko indywidualnego wyrazu i charakteru. Z sugestywną mimiką. Warto tę wystawę zobaczyć choćby dla nich. Jeszcze do 6 maja możesz odwiedzić świątynię dobrej sztuki w dawnej synagodze, w małym miasteczku, w Mosinie. Warto.