fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

O Grażynie Bacewiczównie nieco inaczej

Niedawne rocznice urodzin i śmierci Grażyny Bacewiczówny (5 lutego 1909 – 17 stycznia 1969) są dobrą okazją do bliższego poznania jej twórczości. Znamy ją i jako świetną skrzypaczkę, i jako wybitną kompozytorkę – może najlepszą wśród polskich kompozytorek ubiegłego stulecia.

Nieoczekiwanie jednak poznajemy ją także jako interesującą pisarkę. Oto Polskie Wydawnictwo Muzyczne opublikowało w lutym jej powieść „Sidła”, nieco wcześniej wnuczka artystki, Joanna Sendłak, wydała opartą na listach Bacewiczówny i jej męża powieść „Z ogniem. Miłość Grażyny Bacewicz w przededniu wojny”. Obie książki przeczytałem z ogromną przyjemnością.

OD CZEGO ZACZĄĆ SŁUCHANIE, CZYLI WYBÓR SUBIEKTYWNY

Kiedy miałem mniej niż piętnaście lat, pierwszy raz usłyszałem utwór Bacewiczówny, który spowodował, że porzuciłem skrzypce dla altówki. Tego dzieła (wciąż dla mnie najważniejszego w dorobku kompozytorki) nie udało mi się nigdy zagrać w sposób mnie satysfakcjonujący. Oczywiście to „Koncert na altówkę i orkiestrę”.

Jego prawykonanie odbyło się pięć miesięcy po śmierci artystki i do dziś dysponujemy jedynym jego nagraniem, dokonanym przez Stefana Kamasę, któremu koncert jest dedykowany. To jego wspaniała interpretacja (dostępna wciąż tylko na czarnej płycie) uwiodła mnie i sporo zmieniła w moim życiu. Wówczas nie miałem świadomości, że to nowatorskie dzieło, bez wątpienia wchodzące w pierwszą dziesiątkę dwudziestowiecznych koncertów altówkowych, było przedostatnim dokończonym utworem Bacewiczówny, a zarazem nieoczekiwanym podsumowaniem jej kompozytorskiej drogi.

Dobrze charakteryzuje go lapidarna notka na stronie wydawcy:

 

„Znika tu pogoda, optymizm, radosna żywiołowość «Koncertu na 2 fortepiany i orkiestrę». Pozostaje witalizm, ale owiany nutą nostalgii, ubrany w barwy ciemne, niekiedy naznaczone sarkazmem, ironią także wobec zdobyczy dźwiękowych «z nowego świata»”.

KONCERT ALTÓWKOWY, CZYLI PODSUMOWANIE TWÓRCZOŚCI

Grażyna Bacewicz, „Koncert na altówkę i orkiestrę”, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1971.

Przez szum starej płyty przebija się doskonałe panowanie Bacewiczówny i nad wirtuozowską partią solową, i nad orkiestrą, która od samego początku podejmuje frapujący dialog z altówką. Zmienność jej narracji, niekiedy niespodziewana i kapryśna, krótkie odzywki poszczególnych grup instrumentów (zwłaszcza warto zwrócić uwagę na perkusję) dopowiadających i komentujących ją, czasem się jej przeciwstawiających, cechują część pierwszą i trzecią (moderato i molto allegro).

Świetnie kontrastujące z mrocznym liryzmem środkowego andante, pogłębionym tłumioną – niby łkającą – barwą altówki, a powtarzające się motywy rozpływają się nad często pojedynczymi odzywkami-akordami orkiestry.

 

Kończy się jednak dzieło w nieoczekiwanie groteskowym tonie, jakby kompozytorka wstydziła się swej emocjonalności i intymności andante.

Po latach zrozumiałem, że jedynym utworem altówkowym, z którym zestawiam koncert Bacewiczówny, jest być może bliski mu koncert Béli Bartóka – ostatnie, pełne tajemnicy dzieło węgierskiego mistrza, dokończone po jego śmierci przez Tibora Serly’ego.

KAMERALISTYKA, CZYLI CENTRUM TWÓRCZOŚCI

Portret Grażyny Bacewicz ze skrzypcami, lata 30. Źródło: bacewicz.polmic.pl

Niewątpliwie muzyka kameralna jest tym gatunkiem, który w twórczości Bacewiczówny jest i bogaty, i wszechstronny. I ona zdaje się najczęściej wykonywana i nagrywana, a dzięki wysiłkom Kwartetu Śląskiego, który dla wytwórni Chandos zarejestrował komplet siedmiu kwartetów smyczkowych, czy Krystiana Zimmermanna, który dokonał dla niej nagrania „II Sonaty fortepianowej”. Kompozytorka pół wieku od swej śmierci zyskuje coraz większe uznanie w świecie.

Jednak w nurcie kameralistyki warto zwrócić uwagę już na „Kwintet na instrumenty dęte”, powstały podczas bardzo owocnych studiów Bacewiczówny w Paryżu u słynnej Nadii Boulanger w roku 1932 (iluż to młodych Polaków u niej terminowało…).

 

Dwudziestotrzyletnia artystka stworzyła dzieło, które jest wyraźnym manifestem jej neoklasycyzmu, cechującego także późniejsze kompozycje.

A przy tym słyszymy tu i ironię, i groteskę, nie mówiąc już o bliskiej jej ludowości, przejrzystości faktury, świetnym prowadzeniu lirycznej melodii, wreszcie doskonałej znajomości instrumentów. Później Bacewiczówna odeszła od tego dialogu z tradycją w kierunku awangardy – dodekafonii, sonoryzmu i aleatoryzmu – chętnie podkreślając swą nowoczesność.

Spośród kwartetów smyczkowych Bacewiczówny wystarczy posłuchać choćby czwartego, by zdać sobie sprawę, że należą one do arcydzieł (nie tylko polskiej) kameralistyki. I znowu neoklasycyzm, wyraźny także w operowaniu trzyczęściową formą, oraz ludowość – choćby oberek wykorzystany jako refren finałowego ronda czy śpiewność wolnej i lirycznej części drugiej.

Grażyna Bacewicz w 1939 roku. Źródło: bacewicz.polmic.pl

Tym, co zdumiewa w tym utworze najbardziej, jest jednak pełen mroku i tajemnicy początek, jakże odległy od obowiązującego w latach 50. optymizmu. Zaraz po prawykonaniu dzieła podczas konkursu kompozytorskiego w Liège (1951) jeden z krytyków zwrócił uwagę na bliskość utworu i ostatnich kwartetów Ludwiga van Beethovena, co oczywiście było najwyższą pochwałą.

 

Także pięć sonat na skrzypce i fortepian należą do najlepszych, jakie napisali polscy kompozytorzy ubiegłego stulecia.

Choćby ostania, z roku 1951, w której kompozytorka chce być rozpoznawana raczej jako postępowa i awangardowa niż neoklasycystyczna, aczkolwiek nurty te zdają się tu pojawiać w idealnej równowadze i synergii.

Tradycyjnej formie towarzyszy odejście od tonalności, frapująca kolorystyka, pełna kontrastujących efektów brzmieniowych, choć pewnie szczególnie zachwyca impresjonistyczne, delikatne i nokturnowo subtelne andante dolcissimo. Tego warto również posłuchać w autorskiej transkrypcji na skrzypce i orkiestrę.

I wreszcie „II Sonata fortepianowa”, dwa lata młodsza od piątej skrzypcowej – a więc to wciąż lata socrealizmu, który szczęśliwie nie dotknął Bacewiczówny. Broniła się pewnie i ludowością, i neoklasycyzmem, i romantyczną barwą swoich niektórych utworów. Była wykonywana i wydawana, doceniana, wysyłana za granicę jako reprezentantka polskiego świata muzycznego.

Małgorzata Gąsiorowska, „Bacewicz”, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1999.

We wspomnianej sonacie, drapieżnej i lirycznej zarazem (by użyć jednej z ulubionych fraz Bacewiczówny) pianista ma ogromne możliwości pokazania zróżnicowanego brzmienia i nastroju. Co ciekawe, sama kompozytorka dokonała prawykonania, powracając do porzuconego w czasie studiów instrumentu. Inne jeszcze oblicze Bacewiczówny ukazuje trwająca zaledwie trzy kwadranse opera radiowa „Przygody króla Artura” (1959), pełna humoru, ironii i groteski – ale to już całkiem inna historia.

Cieszy to, że obie rocznice Bacewiczówny zaowocowały poświęconą jej stroną internetową, bogatą zarówno w faktografię, jak i omówienia etapów życia oraz poszczególnych utworów, a wreszcie ikonografię (bacewicz.polmic.pl).

Miejmy nadzieję, że przyczyni się ona do popularyzacji twórczości Grażyny Bacewiczówny, jedyna bowiem poświęcona jej monografia Małgorzaty Gąsiorowskiej, wydana dwadzieścia lat temu, wydaje się zbyt specjalistyczna dla szerszego kręgu słuchaczy.

 

CZYTAJ TAKŻE: Moniuszko odzyskiwany

CZYTAJ TAKŻE: „Manru” – zachwyca i wzrusza

CZYTAJ TAKŻE: Z poznańskiej płytoteki: Maksymilian Święch