fot. Wydawnictwo Poznańskie

O historii USA w momencie przełomu

Ostatnie wydarzenia w Stanach Zjednoczonych są kolejną odsłoną skomplikowanej rzeczywistości tego kraju. Dzisiaj nie rodzi się jednak wraz ze wschodem słońca, jest kontynuacją wszystkich wcześniejszych dni i wydarzeń się na nie składających. Stąd na zainteresowanie zasługuje historia USA jako źródło współczesnych zachodzących w niej zjawisk.

W tym kontekście Wydawnictwo Poznańskie wstrzeliło się mimowolnie (wszelkie bowiem zabiegi wokół wydania książki nie mogły przewidzieć niczego, co się teraz zdarza) w odpowiedni czas, zapowiadając na 1 lipca wydanie książki Davida McCollougha „Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę”.

Jest to najnowsza, pochodząca z zeszłego roku publikacja autora, będącego dwukrotnym laureatem Nagrody Pulitzera. Jesteśmy więc w tym momencie na bieżąco z najnowszą oceną fragmentu amerykańskiej historii.

Historię piszą zwycięzcy

Pionierzy to legenda Zachodu. W na wskroś amerykańskim gatunku, jakim jest western, wiele jest obrazów ciągnionych przez muły wozów, wiozących rodziny poszukujące lepszego losu, ziemi obiecanej. USA zostały zbudowane wysiłkiem tych ludzi, cywilizujących kolejne obszary. Pionierzy, podobnie jak ich poprzednicy z siedemnastego wieku, pierwsi pasażerowie statków przywożących z Anglii członków protestanckich sekt, kolonizujący w trudzie Nowy Świat, są solą tej ziemi.

 

Tak mogłaby wyglądać ta historia opowiadana jeszcze nie tak dawno. Pusta, niczyja ziemia potrzebuje gospodarza i oto zjawiają się pionierzy. Jeżeli są jacyś wcześniejsi mieszkańcy, to dzicy, zdradzieccy. Jeżeli nie zamierzają poddać się cywilizacji, to zasługują jedynie na śmierć.

Można tę historię pisać jednak inaczej. Od strony rdzennych mieszkańców, których systematycznie spychano w coraz odleglejsze rejony, z którymi układów nie dotrzymywano, których w efekcie umieszczono w rezerwatach.

 

Od strony czarnoskórych niewolników, wyrywanych ze swoich rodzin i plemion, wywożonych daleko i pracujących nie dla siebie, wzbogacających kraj, który nie oferował im żadnych praw.

Od strony potomków wszystkich ludzi niebędących WASP-ami, niebędących uprzywilejowanymi członkami egalitarnego na pozór społeczeństwa.

W roku 2000 w Wydawnictwie Zysk i S-ka wyszła książka Joyce Appleby, Lynn Hunt i Margaret Jacob „Powiedzieć prawdę o historii”, w której autorki podejmują dyskusję na temat historii Ameryki, sposobu jej pisania. Powiedzenie, że historię piszą zwycięzcy, w tym przypadku jest nader trafne. Historia bowiem jest tym, co i w jaki sposób pamiętamy.

 

Ci, którzy dzierżą władzę, określają jedno i drugie.

Do niedawna oficjalna historia Stanów Zjednoczonych nie przedstawiała problemu relacji z rdzennymi zamieszkującymi terytorium USA plemionami inaczej, jak poprzez misję cywilizacyjną napotykającą na swojej drodze przeszkody, z którymi należało się rozprawić.

Problem niewolnictwa, jego zniesienia i wojny secesyjnej, choć od początku miał podwójną interpretację (Południe nie pogodziło się nigdy z klęską i na różne sposoby widać to w kulturze amerykańskiej), oficjalnie był historią z happy endem: orędownicy wolności wyzwolili niewolników z rąk plantatorów i oddali im życie, by nim samodzielnie żyli. W sposób oczywisty – i widać to było w czasach Martina Luthera Kinga, widać to i teraz – samozadowolenie to było na wyrost.

David McCollough, Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę, okładka, fot. Wydawnictwo Poznańskie

David McCollough, Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę, okładka, fot. Wydawnictwo Poznańskie

Czy literatura poradziła sobie lepiej?

Chociaż historiografia nie radziła sobie z tymi problemami, widoczne są one choćby w literaturze amerykańskiej. Ralph Ellison, James Baldwin, Toni Morrison, Alice Walker – to pisarze, których twórczość w mniejszym czy większym stopniu odzwierciedla sytuację czarnoskórej części społeczeństwa Stanów Zjednoczonych, napięcia związane z podskórnym rasizmem naznaczającym egzystencję. Głos rdzennych mieszkańców współcześnie pobrzmiewa w twórczości Louise Erdrich, Geralda Vizenora, N. Scotta Momadaya.

 

To zarówno próby znalezienia swojego literackiego języka dla opisu sytuacji w rezerwatach, jak i ekspresja myślenia w kategoriach innych niż narzucone przez przymusową westernizację.

Ostatnim głosem tej literatury jest Tommy Orange z „Nigdzie indziej”, przejmującą panoramą indiańskich problemów z tożsamością, z dominującą kulturą białą i z niewidzialnością swego istnienia w tej kulturze.

Wszelkie napięcia wyrażane w przetworzony artystycznie sposób objawiły się teraz podczas najbardziej rzeczywistych protestów w najbardziej surowej formie.

 

Pokazały one prostą zależność, że prawo mimo pozorów nie jest dla wszystkich tym samym, gdy podszyte jest uprzedzeniami. Że równość zapisana w konstytucji jest tyko pozorem, gdy zaprzecza jej praktyka życia codziennego. Że jeśli Ameryka ma być na nowo wielka, to powstaje pytanie, dla kogo i jakim kosztem.

Książka, którą wkrótce dostaniemy do ręki, nie może nie być czytana w tym kontekście. Bez względu na temat i jego interpretację, w świetle powyższych uwag może być bądź świadectwem trwałości przekonań o świetlanej historii wielkiego narodu, bądź też dowodem na to, że możliwa jest gruntowna reinterpretacja historii – w szczególności własnej (jak trudne to zadanie – widać po dyskusjach o polskiej historii najnowszej).

A że jest to możliwe do zrealizowania, dowodem choćby znakomita „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” Howarda Zinna. To, że fragment historii USA będący przedmiotem zainteresowania Davida McCollougha może być interpretowany w kontekście bieżących wydarzeń, poświadcza wyznanie Jamesa Baldwina z filmu „Nie jestem twoim murzynem”.

 

Podczas jednego z wykładów, wspominając swoje dzieciństwo, powiedział, że jako dziecko oglądał westerny. Wyznał, jak trudno i jakim szokiem było uświadomić sobie, że Indianie zabijani przez Gary Coopera, któremu sekundował, są jak oni – czarnoskórzy Amerykanie.

Tylko z pozoru rewizja dotychczasowej historii może wyglądać na zaprzeczanie faktom, podważanie jakichś wcześniejszych prawd. W istocie tego rodzaju reinterpretacja należy do właściwości historii. Fakty zawsze pozostają faktami, ale ich znaczenie zmienia się, bo zmienia się świat. Oczekiwania, że miara dokonań będzie bezwzględna mimo upływu czasu, nie da się zrealizować.

Czytanie historii wciąż od nowa oznacza niezaprzeczanie przeszłości, wręcz przeciwnie – uznanie jej znaczenia i mierzenie się z nią. Zmiany ocen, niuansowanie interpretacji, odmienne od wcześniejszych wyważanie racji to po prostu skutek niedostrzegalnych często, jednak nieuniknionych przemian w oglądzie rzeczywistości. Czy „Pionierzy” dołączają do zbioru świadectw przeszłości, czy do tekstów otwierających nowe perspektywy? Na to ważne pytanie poznamy wkrótce odpowiedź.