fot. Radosław Stoliński

O sztuce złotnictwa

Złotniczka Agnieszka Jankowiak opowiada o tworzeniu biżuterii przez pokolenia twórców i twórczyń, z którymi rozmawia w książkach z serii „Artyści złotnicy”. Mówi też o swojej marce Gusta i nowootwartym koncepcie Słońce na poznańskich Jeżycach.

Jakub Wojtaszczyk: Jak kulturoznawczyni staje się złotniczką?

Agnieszka Jankowiak: Na studiach pracowałam w Galerii Yes w Poznaniu. Tutaj na wystawach poznawałam artystów, słuchałam ich opowieści, a także sprzedawałam ich biżuterię. Im dłużej tam pracowałam, tym bardziej interesowały mnie kulisy pracy złotniczej.

 

Trochę zazdrościłam artystom tego wspaniałego kreatywnego świata. Chciałam stać się jego częścią.

Tym bardziej, że już wtedy trochę „dłubałam”, tworząc ozdoby dla samej siebie.

 

JW: Czy wtedy zaczęłaś przeprowadzać wywiady do pierwszej części książki „Artyści złotnicy. Rozmowy o polskiej biżuterii”?

Agnieszka Jankowiak, fot. Radoslaw Stoliński

AJ: Tak, pierwsze wywiady powstawały w 2013–2014 roku. Pomysł zrodził się z inicjatywy współzałożycielki Yes, Marii Magdaleny Kwiatkiewicz, której profesor Irena Huml podsunęła ideę zapisu historii artystów tworzących biżuterię. Przecież tak szybko odchodzą.

 

Sama pisałam magisterkę na temat piękna, w której między innymi poruszałam kwestię złotnictwa.

Dlatego pani Maria zaproponowała mi stworzenie wspomnianej publikacji. Dużą rolę odegrała też Małgorzata Lisiecka, dyrektorka Galerii Yes. To właśnie ona motywowała mnie do przeprowadzania wywiadów, mimo że byłam zatrudniona na stanowisku sprzedawczyni. Dziś, chociaż już nie pracuję w Yes, wydajemy drugą część „Artystów złotników”.

 

JW: Z kim rozmawiałaś, przygotowując te tomy?

AJ: Bohaterami książek są pionierzy biżuterii autorskiej, artyści o osiągnięciach i zasługach w międzynarodowych konkursach złotniczych. Wiele osób to pary małżeńskie (Wyganowscy, Jaworscy, Kozubscy, Nowaczyk i Held), które poświęciły swoje życie na wytwarzanie biżuterii. Spędzałam z tymi osobami czas, jadłam z nimi posiłki, oglądałam miejsce pracy i przede wszystkim słuchałam opowieści. Nie tylko zawodowej, ale też prywatnej.

 

JW: Czy jakieś historie zapadły ci szczególnie w pamięć?

Agnieszka Jankowiak, fot. Radoslaw Stoliński

AJ: Wszystkie wywiady są dla mnie równie ważne. Niewątpliwie jednak na długo zapamiętam moją pierwszą rozmowę, którą przeprowadziłam z Zofią i Witoldem Kozubskimi. Nazywam ich ciocią i wujkiem, ponieważ jechałam do nich bardzo zestresowana, a oni ugościli mnie jak własną rodzinę.

 

Zosia jest plastyczką, która niegdyś tworzyła warszawskie neony. Witek ma również wykształcenie artystyczne, ale jest po liceum o profilu matematyczno-przyrodniczym.

Właśnie ta wiedza pomaga mu w pracowni, bo połowa ich warsztatu to elektrochemia. Razem robią biżuterię z aluminium, którą Zofia później malując dokańcza. Tak w życiu prywatnym, jak i w pracy świetnie się uzupełniają. Ich pełna uczucia relacja była dla mnie wielką inspiracją. W drugiej części książki rozmawiam z Alicją i Jakubem Wyganowskimi, którzy porzucili robienie ceramiki na rzecz małych form rzeźbiarskich ze względów praktycznych i wytwarzają je od trzydziestu dwóch lat.

 

JW: Czy zgromadzone opowieści mają ze sobą coś wspólnego?

AJ: Wiele jest tych opowiadających o pokoleniach twórców. Na przykład o tym rozmawiałam z Tomaszem Zaremskim, bohaterem drugiej części.

 

Agnieszka Jankowiak, fot. Radoslaw Stoliński

Artysta mówi, że wyssał sztukę złotniczą z mlekiem matki.

Faktycznie, Jadwiga i Jerzy Zaremscy byli prekursorami srebrnej biżuterii artystycznej. Tomasz wspominał o tym, że z jednej strony miał prościej, bo mógł uczyć się od legend. Z drugiej jednak musiał mierzyć się z oczekiwaniami i porównywaniami do rodziców. Z pewnością łączy ich niesamowita pasja, wiedza i podobne doświadczenia w zdobywaniu surowców. Nazwiska, które pojawiają się w książce, to również znajomi, a czasami i przyjaciele – to dość zamknięte towarzystwo, które przez wiele lat spotykało się na tych samych wystawach, konkursach czy targach branżowych.  Wspólnym mianownikiem moich bohaterów jest również kolekcja biżuterii Marii Magdaleny Kwiatkiewicz, która liczy sobie około 1600 obiektów!

 

JW: Sama założyłaś Gustę, czyli własną markę biżuteryjną…

AJ: Gusta była kolejnym etapem układanki. Powstała wtedy, kiedy już mocno byłam zanurzona w historiach innych złotników. Artyści pytali mnie, czy robię swoją biżuterię, pokazywali własne techniki, zapraszali na warsztaty. Z przyczyn losowych na pewien czas z Poznania wyprowadziłam się do Śremu. Miałam dużo wolnego czasu, przestrzeń na rozwój, a w domu rodzinnym miejsce na pracownię.

 

Postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę i zaczęłam tworzyć biżuterię.

Porównując ofertę Gusty z pracami bohaterów mojej książki, muszę jednak przyznać, że jest bardziej komercyjna, mała, po prostu ładna. Biżuteria opisana w „Artystach złotnikach” często niosła ze sobą przesłanie, miała jakiś pomysł, a moje to perełeczki i sreberka…

 

Agnieszka Jankowiak, fot. Radoslaw Stoliński

JW: Dlaczego siebie deprecjonujesz?

AJ: Po części dlatego, że nie mam wykształcenia artystycznego, sama uczyłam się teorii, a warsztatu u niezależnych osób. Joanna Jaworska w drugiej części książki mówi, że bez odpowiedniego wykształcenia robi się tylko ozdóbki, więc pewnie takie słowa wpływają na moją ocenę. Po części zapewne też z tego powodu, że w latach 70., 80. i 90., o których opowiadają moi bohaterowie, biżuteria była znacznie większa niż ta dzisiaj. Ona aż krzyczała!

 

JW: Czy po historiach twoich bohaterów i bohaterek patrzysz inaczej na własną biżuterię?

AJ: Jakub Wyganowski kiedyś powiedział, że „biżuteria nie może mieć początku i końca. Cały czas musi być piękna”. Te słowa bardzo zapadły mi w pamięć i pomagają mojej marce ewoluować. Podobnie, gdy szlifuję, czego nie lubię robić, przypominam sobie to, co kiedyś powiedział Mariusz Pajączkowski, że do każdego elementu pracy złotniczej należy włożyć tyle samo siebie. Jeżeli się zmęczę, powinnam iść na spacer, nawet za cenę przesunięcia deadline’u. Tylko w taki sposób moja biżuteria będzie naprawdę wyjątkowa.

 

JW: Niedawno, wraz z Mari Krystman, założyłyście koncept Słońce & Gusta. Co to za miejsce?

Agnieszka Jankowiak, fot. Radoslaw Stoliński

AJ: Słońce to galeria i sklep ze współczesnym polskim designem na ulicy Szamarzewskiego 28. Brakowało nam w Poznaniu miejsca, gdzie można wpaść, by przybić piątkę, wypić kawę, porozmawiać, a przy okazji obejrzeć i kupić ładnie zaprojektowane rzeczy. Słońce to w dużej mierze miejsce spotkań i integracji. Będą tutaj odbywać się warsztaty z robienia biżuterii. A na tyłach Mari dodatkowo robi masaże kobido…

 

JW: Będzie można też podejrzeć cię przy pracy!

AJ: Tak, przeniosłam tutaj swój warsztat złotniczy. Każdy może przyjść i zobaczyć, jak tworzy się biżuterię. Kiedy wstawiałam swój stół złotniczy, przypomniała mi się wycieczka do Paryża. Wtedy, w 2018 roku, przez przypadek weszłam do maleńkiej galerii biżuterii, w której artystka na oczach wszystkich tworzyła swoje wyroby. Pomyślałam: „Też tak chcę!”. Marzenia czasami się spełniają.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
2
Świetne
Świetne
2
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0