fot. „Nowo narodzony”, Georgesowi De La Tour

Obraz Bożego Narodzenia

Oczywista oczywistość wskazuje, że w ikonografii chrześcijańskiej przyjście na świat Jezusa Chrystusa zajmuje miejsce wyjątkowe i szczególne. Podobnie jak moment jego śmierci uwieczniane jest przez malarzy w tysiącach przedstawień. Tylko że tak naprawdę w całej historii sztuki nie namalowano samego momentu narodzin.

Nie znajdziemy obrazów pokazujących, jak Bóg się rodzi – ani choćby chwili zaraz po jego urodzeniu. Nawet postać Marii przed porodem, brzemiennej, jest w sztuce czymś bardzo wyjątkowym.

 

Już samo Pismo Święte jest w opisie Bożego Narodzenia zadziwiająco powierzchowne i nieprecyzyjne.

Dla Jana i Marka przyjście na świat Jezusa nie było godne odnotowania. Mateusz poświęca sporo słów mędrcom poszukującym nowo narodzonego, ale o samych okolicznościach tego wydarzenia już niewiele. Pisze o nim jedynie Łukasz:

„W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz. Wybierali się więc wszyscy, aby się dać zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie”.

PRAWIE NIC NIE WIEMY

Mamy tu tylko podaną miejscowość urodzenia – Betlejem, za kołyskę posłużył żłób, więc możemy się domyślać, że działo to się w budynku przeznaczonym zwierząt, nieopodal gospody. Nie można ustalić daty, bo spisów w tamtych czasach było kilka, a August rządził przez 44 lata.

Matka po porodzie sama zadbała o noworodka, bo owinęła go w pieluszki, bardziej w znaczeniu dawnych powijaków niż dzisiejszych pampersów. To wszystko. Jakby sam moment narodzin Jezusa był bez znaczenia. Liczyły się tylko jego dalsze konsekwencje.

Nie wiemy, czy ktokolwiek był w tym momencie przy Marii. Obecność Józefa jest tylko prawdopodobna. Jak przebiegał poród? Przecież nie trwa to chwilę, zwłaszcza u pierwiastki. Czy pomagała jej akuszerka? Kto przeciął pępowinę? Czy młoda matka mogła obmyć noworodka?

 

Z Ewangelii nie dowiemy się nic. Jeszcze długo po jej napisaniu nie przywiązywano do momentu Bożego Narodzenia żadnego znaczenia. I nie było wcale takiego święta.

Piero della Francesca, „Brzemienna Madonna”

A gdy już zaczęto je obchodzić pod koniec III wieku po Chrystusie, zadziwiającym zbiegiem okoliczności data urodzin Jezusa była taka sama jak popularnego w Rzymie boga Mitry, utożsamianego z bogiem słońcem. 25 grudnia to była data zaraz po zimowym przesilenia słonecznym, dzień wielkiego święta kultów solarnych. Nie od razu zresztą ta data przyjęła się w chrześcijaństwie. Na przykład w prastarym Kościele Ormiańskim aż do 1306 roku obchodzono Boże Narodzenie 6 stycznia. W najstarszych przedstawieniach wczesnochrześcijańskich obraz Marii i narodzin Jezusa nawiązuje do pogańskich wizerunków Semele i narodzin Dionizosa. Powyższe okoliczności i wątpliwości w datowaniu są zresztą powodem, że sporo odłamów chrześcijaństwa wcale nie obchodzi Bożego Narodzenia. Oprócz Świadków Jehowy są to też Adwentyści Dnia Siódmego i Zielonoświątkowcy.

HISTORIA, TRADYCJA I BAŚŃ

Większość popularnych przedstawień ikonograficznych Bożego Narodzenia opiera się na apokryfach, pismach, którym z czasem odmówiono miana pism natchnionych i wyrzucono z kanonu tych świętych. To w Protoewangelii Jakuba, w Księdze o narodzeniu Zbawiciela oraz w Ewangelii Pseudo-Mateusza malarze znaleźli rozliczne szczegóły tego wydarzenia. To stamtąd wzięła się grota, oddający pokłony wół i osioł, i królowie zamiast mędrców.

Dzięki artystom nasze wyobrażenia Bożego Narodzenia wynikają bardziej z obrazów niż ze słowa pisanego. Chociaż te dzieła sztuki zawsze ukazują „chwilę po”, adorację dzieciątka, pokłon pasterzy, odwiedziny mędrców. Matka boska z dzieciątkiem na kolanach to już inna historia. A dodać tu jeszcze należy franciszkańską tradycję budowania świątecznych szopek z inscenizacją Bożego Narodzenia w 3D.

Trzeba było ponad trzynastu wieków, by natchniona Święta Brygida niczym Maria napisała: „A kiedym Go zaś porodziła, bez boleści i grzechu porodziłam tak, jak i poczęłam, z tak wielką duszy i ciała radością, że nogi moje z radości ziemi nie czuły, na której stały. A jak we wszystkie członki moje z weselem duszy mojej wstąpił, tak też z weselem wszystkich członków moich i z radością duszy mojej nieogarnioną, bez naruszenia panieństwa mego, wyszedł”. Tak mogła napisać tylko kobieta i matka. Ojcowie Kościoła takimi drobiazgami nie zawracali sobie głowy.

WIELKA SCENA VAN DER GOESA

Hugo van der Goes, „Adoracja”

 

Z wielu tysięcy dzieł sztuki dotykających tematu Bożego Narodzenia – dla świątecznej refleksji – wybrałem dwa skrajnie różne obrazy. Pierwszy zobaczyć można we Florencji, w Galerii Uffizi. To środkowa część ołtarza Portinarich autorstwa Hugona van der Goesa.

Ten zadziwiający desant sztuki niderlandzkiej w samo serce włoskiego renesansu zawdzięczamy Tomasso Portinariemu prowadzącemu w Brugii oddział banku Medyceuszy. Obraz zaszokował artystycznie wyrobionych Włochów i wzbudza podziw do dzisiaj.

Pozornie sztywna i chaotyczna kompozycja dzieła kontrastuje z nadrealną precyzją przedstawienia szczegółów. W ich natłoku można zrazu nie zauważyć Dzieciątka, zostawionego na klepisku, nagiego i wykręconego niezdarnie jak nieudolnie wykonana porcelanowa lalka.

Maleńki Jezus jest bardzo ludzki w swej niedoskonałości, zagubieniu i przestrachu. Promienieje łagodnym światłem. Maria, rudowłosa, w ciemnoniebieskiej sukni, klęczy ponad nim zmęczona i zamyślona, bez najmniejszego błysku radości na młodej twarzy. Jej złożone dłonie układają się w kształt serca, dokładnie pośrodku obrazu, na skrzyżowaniu jego przekątnych. Za nią widać rozwaliny pałacu króla Dawida, obok tkwi kamienna kolumna Starego Prawa. W ciemnościach.

 

Właśnie odchodzi dawny porządek, ustępując miejsca nowemu, pełnemu światła. Zza kolumny, po lewej stronie obrazu, niepewnie wychyla się nadmiernie postarzały Józef. Z szacunkiem zdjął sandały i przygląda się noworodkowi z daleka. Pokorny, pogodzony, nie bardzo szczęśliwy.

Z prawej strony wtargnęła w obraz grupa pasterzy. To naturalistycznie sportretowani gandawscy chłopi, wyglądający, jakby odgrywali rolę w lokalnych jasełkach. Mają najbardziej spracowane dłonie w historii sztuki. Ich zwyczajność zaskakuje, tym bardziej że zaraz obok migoczą papuzie skrzydła bajkowych aniołów. Te skrzydlate duchy jak zgrana drużyna obstawiają wszystkie wolne miejsca obrazu, na ziemi i w powietrzu. W końcu to straż przyboczna Marii. Cały oddział jednotwarzowych replikantów ma jednak swoją hierarchię, uwidocznioną różnicą w stroju. Te szeregowe mają zwykłe, białe lub niebieskie suknie, archaniołów wyróżniają zaś korony i stroje – jakby żywcem zdarte z biskupów i książąt tego świata. Najbardziej zadziwia anioł unoszący się po lewej stronie, u góry. Mimo gotycko pogniecionej – jak karoseria auta po wypadku – sukni wyłania się z ciemności, ku światłu. Jego luminancja daleko wyprzedza swą epokę, to barokowe wręcz efekty.

A na samym przodzie, na krawędzi obrazu, malarz ustawił prostą martwą naturę. W zwykłej szklance i fajansowym, malowanym kubku są kwiaty. Florenckie, herbowe lilie to zarazem kwiaty Maryi, irysy są jak miecze przebijające przepełnione bólem serce Matki Boskiej.

Orliki też mają bolesną symbolikę. Trzy goździki znaczą tyle co trzy gwoździe z Ukrzyżowania. A rzucony za bukietami snopek zboża, z którego powstanie chleb, zapowiada ofiarowanie. Swoją drogą mało kto wie, że Betlejem znaczy dosłownie tyle, co „dom chleba”.

Cała scena wypełniona jest postaciami o dziwnych dla nas dzisiaj wielkościach, wynikającymi nie z perspektywy, a z hierarchii bohaterów obrazu. Maria, Józef, ale również pasterze wyglądają jak wielkoludy wśród anielskich krasnoludów. Gdy się to czyta, to może śmieszyć, gdy się ogląda – wierzymy, że musiało tak być. Historia boskich narodzin sięga daleko w przestrzeń, poprzez miasto i wzgórza, aż po wysokie góry. Teatralna wizualizacja nie kończy się nagle jak w teatrze. Widać, że Dobra Nowina, niesiona przez anioły, poszła w świat.

CISZA PEŁNA REFLEKSJI LA TOURA

 

Zupełnie inna jest scena narodzin przypisywana Georgesowi De La Tour. Uniwersalna i wyjątkowa jednocześnie.

Jest noc. Młoda mama, najdelikatniej jak można, unosi maleńkie dziecko. Właśnie zasnęło błogo, otulone ciasno od stóp do głów. Widać tylko zaróżowioną buźkę z zadartym noskiem. Matka uśmiecha się delikatnie w cichym zamyśleniu. Towarzyszy jej druga, starsza niewiasta, z troską osłaniająca dłonią płonąca świecę.

To światło świecy rozświetla całą scenę. Niby zwyczajnie, miękko przenikając cienką skórę dziecka, rozpłomieniając czerwień sukni matki i blikując w oczach i na czubku paznokcia. Kruche, ciepłe światło zwycięża mrok, jak nowe życie pokonuje śmierć. Każda matka jest jak Maria, a każde nowo narodzone dziecko jest jak Jezus. Dlatego święta Bożego Narodzenia tak nas wzruszają. Niezmiennie, co roku. Cieszmy się!

 

CZYTAJ TAKŻE: Dawny Kalisz w przedmioty zaklęty (Muzeum G.J. Osiakowskich)

CZYTAJ TAKŻE: Wieża Górnośląska – niechciana ikona Poznania

CZYTAJ TAKŻE: Dobry Niemiec z Jeziorek (Heinrich von Tiedemann)