fot. Mariusz Forecki

Od Ginczanki do Wilkanowicza – ratując zapomnianych poetów

Na początku czerwca Wojciech Jankowiak, Wicemarszałek Województwa Wielkopolskiego wręczył nagrody laureatom konkursu na najlepszą publikację o Wielkopolsce, ogłoszonego przez PTPN. Jedną z nagród uhonorowano Izoldę Kiec – za książkę „Roman Tadeusz Wilkanowicz. Utwory powstańcze”.

BARBARA KOWALEWSKA: W trakcie laudacji padły słowa, że dołączasz do polonistów, którzy wyręczają historyków.

IZOLDA KIEC: Dla mnie to komplement. Nie wszyscy badacze lubią przesiadywać w archiwach, a mnie to fascynuje. Nie jestem historyczką, ale cieszę się, że Wilkanowicz został dostrzeżony, a ja dzięki niemu doceniona. Zresztą jako naukowcy powinniśmy wymieniać się rolami, mamy przecież różne spojrzenie na te same sprawy. Poza tym im jestem starsza, tym bardziej interesuje mnie historia i poznańskość – cieszę się, że mogłam dołożyć cegiełkę do historii mojego miasta.

 

Co sprawiło, że zajęłaś się Wilkanowiczem? Co cię w nim zafrapowało?

Poznałam część jego twórczości, pracując nad historią poznańskich kabaretów w dwudziestoleciu międzywojennym. Roman Wilkanowicz był jednym z promotorów kabaretu literackiego Ździebko, chociaż nigdy nie wystąpił na scenie i szybko wycofał się z tej działalności.

Zainteresowały mnie teksty satyryczne Wilkanowicza (publikowane m.in. w „Pręgierzu Poznańskim”). Czytając je, pomyślałam, że to bardzo ciekawa postać. Nie mogłam znaleźć jednak żadnych materiałów opracowanych przez naszych historyków czy polonistów. Dowiedziałam się jednak, że zasłużył się jako bard powstania wielkopolskiego, jak go nazwano. Zbliżała się rocznica powstania i pomyślałam, że warto zebrać i wydać jego utwory.

Izolda Kiec, fot. Mariusz Forecki

Przygotowałam tę publikację w ramach stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego. Wydawało mi się, że to będzie mała książeczka, ale gdy zaczęłam opracowywać dokumenty, okazało się, że mam do czynienia z ogromnym materiałem, chociaż to tylko część tego, co Wilkanowicz napisał. Postanowiłam więc podzielić pracę na dwie części. W pierwszej ukazały się „Utwory powstańcze” ze wstępem opisującym kontekst niepodległościowy. W drugim „Satyry i publicystyka” z pełną biografią Wilkanowicza.

 

Zaskoczyła cię ilość nieopracowanych materiałów?

Tak, Wilkanowicz po drugiej wojnie światowej nie był wydawany, wiele utworów pozostało w prasie i rękopisach znajdujących się w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu, PTPN-ie, Bibliotece Kórnickiej. Poza tym znalazłam sporo materiałów biograficznych.

Gdy zaczęłam się nimi zajmować i zorientowałam się, jaka była sytuacja Wilkanowicza w Poznaniu w latach 20. i 30., jak bardzo był opuszczony w czasie ciężkiej choroby, zmieniłam decyzję co do obszaru badawczego. Chciałam napisać o nim, a nie tylko wydać jego utwory, bo uważałam, że zasługuje na to, by wydobyć go z zapomnienia.

 

Pomyślałam sobie, że to taka „księga wstydu” – wstydu wobec jemu współczesnych i nas potomnych.

Trafnie to nazwałaś. W części satyr umieszczam dokument szpitalny (Wilkanowicz zmarł w 1933 roku) skierowany do Urzędu Miasta z prośbą o opłacenie pogrzebu i przewiezienie zwłok, ponieważ żona poety nie miała na to pieniędzy. W razie braku wypłaty, zwłoki miały zostać oddane do Zakładu Anatomii, czyli posłużyć do celów naukowych.

 

Jest mi smutno, gdy czytam listy jego żony z okresu, w którym Wilkanowicz był już ciężko chory, miał sparaliżowaną jedną stronę ciała, tracił wzrok i nie mógł pisać. Nieustannie ubiegał się o zapomogi, stypendia, rentę, żeby jakoś żyć. Bez skutku.

W jednym z listów jego żona pisze do syna, że mieli tylko 50 groszy, więc ojciec musiał przejść piechotą kawał drogi, by dojść do przystanku, z którego przejazd do celu kosztował go właśnie tyle. Sama pani Wilkanowiczowa chodziła do lasu po chrust.

Gdy to czytam, myślę, że to jakiś zły sen. Śledziłam w dokumentach to, że ten, który kiedyś był zadziornym satyrykiem, honorowym poznańczykiem, pragnąc jakoś przeżyć, zmieniał harde słowa, upokarzał się, grzecznie prosił o wsparcie finansowe.

 

Czułaś gniew podczas tej pracy?

Nie, raczej smutek i poczucie, że niczego już nie zmienię, ale to mnie motywowało do pracy. Poświęciłam tę książkę właśnie Wilkanowiczowi. Szkoda tylko, że ani on, ani nikt z jego najbliższej rodziny nie doczekał tego.

 

W trakcie poszukiwań dokonałaś kilku wstydliwych odkryć. Mamy do czynienia z odbrązawianiem historii oficjalnej. Co było dla ciebie zaskoczeniem?

Roman Tadeusz Wilkanowicz, „Utwory powstańcze”, wybór, opracowanie i wstęp: Izolda Kiec, Fundacja Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2018. Fot. Mariusz Forecki

Zastrzegam, że nie jestem historykiem. Znałam tylko oficjalną wersję powstania wielkopolskiego. Tutaj chciałam pokazać, jak to powstanie wyglądało z perspektywy Wilkanowicza i osób mu bliskich w sposobie myślenia, czyli „bezimiennych bohaterów powstania wielkopolskiego”, jak sam Wilkanowicz nazywał prostych mieszkańców Wildy, Zawad, Chwaliszewa.

Od lat 1912–1913 działali oni w drużynach skautowych, a przed samym powstaniem w Polskiej Organizacji Wojskowej zaboru pruskiego. To w nich Wilkanowicz widział siłę, która miała doprowadzić do wyzwolenia Poznania poprzez walkę zbrojną. Nie dopuszczał żadnej myśli o negocjacjach z Niemcami.

Ci młodzi ludzie, często potomkowie powstańców styczniowych, kradli broń z magazynów okupanta, ćwiczyli się w żołnierce. Wierzyli, że w tej nowo odzyskanej ojczyźnie będzie dla nich miejsce, a po 27 grudnia okazało się, że nie bardzo. W połowie stycznia 1919 dowódcą powstania został generał Józef Dowbor-Muśnicki i to się „bezimiennym bohaterom” nie podobało. I z „bezimiennymi” zaczęły się problemy.

 

Jakie?

Roman Tadeusz Wilkanowicz, „Utwory powstańcze”, wybór, opracowanie i wstęp: Izolda Kiec, Fundacja Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2018. Fot. Mariusz Forecki

Zaintrygowała mnie informacja, że Wilkanowicz był adiutantem Poznańskiego Batalionu Śmierci. Nie mogłam znaleźć wiele informacji o tym batalionie. Dopiero w Biurze Historycznym w Warszawie odnalazłam osiem teczek z dokumentacją oddziału. Nikt tych dokumentów wcześniej nie opracował, być może dlatego, że nie pasują do historii oficjalnej.

 

Ci chłopcy to były łobuzy, „szczuny poznańskie”, których generał Dowbor-Muśnicki zgromadził w jednym batalionie za karę. Buntowali się przeciw niemu i jego rozkazom.

Generał wprowadzał w wojsku wielkopolskim zwyczaje wyniesione z armii rosyjskiej, w której się kształcił. Chłopcy mówili do siebie „druhu”, a on kazał im mówić „pan”, zdegradował ich dowódców.

Wilkanowicz czuł się za tych chłopców odpowiedzialny, to on ich namawiał, żeby chwycili za broń. Uważano ich za bolszewików, oni byli lewicowi w sensie społecznym, jednocześnie będąc piłsudczykami. A w Poznaniu Piłsudskiego nie lubiano, Dowbor-Muśnicki był jego przeciwnikiem.

 

Wówczas było nie do pomyślenia, żeby takie „łobuzy z nizin” dopuścić do władzy?

Roman Tadeusz Wilkanowicz, „Satyra i publicystyka”, opracowanie: Izolda Kiec, Fundacja Instytut Kultury Popularnej, Poznań. Fot. Mariusz Forecki

Tak, to byli prości chłopcy, niewyedukowani, często bezrobotni, mówiący gwarą i żyjący w nędzy. Ale Polska była dla nich ważna. I nagle się okazało, że ta Polska, którą sobie wymarzyli, nie chce ich uwzględnić. Wilkanowicz występował w ich imieniu. Uczył tę młodzież czytania i pisania po polsku, historii Polski i literatury. Do Batalionu Śmierci trafił jako oficer oświatowy, miał się zajmować ich wychowaniem.

Niektórzy historycy piszą, że źródła nie potwierdzają, jakoby w tych oddziałach brakowało dyscypliny. To nieprawda, bo właśnie to źródła potwierdzają. Wynikało to stąd, że ci chłopcy zostali pominięci, poczuwali się dotknięci w swojej dumie powstańców i nie mogli się pogodzić z własnym położeniem.

 

Wilkanowicz angażował się w politykę właśnie dla tych młodych ludzi. Kiedy pisał szopki kabaretowe, jedyną postacią, której nie przypisał cech negatywnych, był właśnie bezimienny „Łobuz”.

Dopiero gdy poznałam powstańcze utwory Wilkanowicza, zrozumiałam, dlaczego po wojnie tak dużo pisał o Kaczmarkach, Nowickich, dlaczego hołubił ich język i światopogląd.

 

Jesionowski w „Wiciach Wielkopolskich” w 1934 roku pisze: „największa część dorobku poety i pisarza znajduje się dotąd niezebrana”. Po przeszło osiemdziesięciu latach ty tego dokonujesz. Jakie to uczucie?

To było dla mnie niezwykłe spotkanie z człowiekiem. Ale i praca nad tekstami jest fascynująca. Utwory Wilkanowicza wymagają wyjaśnień kontekstu historycznego, część pisana jest gwarą, więc konieczne są komentarze językowe. Problemem jest praca nad rękopisami, ponieważ, jak mówiłam, Wilkanowicz był w pewnym momencie sparaliżowany i dyktował swoje teksty.

Poznaję pismo żony, gorzej z innymi charakterami pisma. Mogą to być jego teksty, ale równie dobrze utwory innych autorów przysyłane do niego jako znanego redaktora. Muszę być ostrożna, żeby nie przypisać Wilkanowiczowi czegoś, czego nie stworzył. Poza tym w miarę postępów choroby, nawet gdy pisał sam, jego pismo było coraz bardziej niewyraźnie, zapisywał rzeczy ołówkiem na byle jakich kartkach, biletach, serwetkach, opakowaniach, może z biedy. Nie wszystko da się odczytać. Również dlatego nie jestem w stanie wszystkiego opublikować.

 

Co powiesz o Wilkanowiczu jako poecie i pisarzu?

Publikacje opracowane przez Izoldę Kiec, fot. Mariusz Forecki

W wydanym tomie pokazuję jego inspiracje: nieopublikowany wykład o Piłsudskim, fascynację Kasprowiczem. Jego ideałem był król Dawid – żołnierz i poeta.

Wilkanowicz próbował połączyć te dwie idee w swoim życiu, ale miał chyba poczucie, że wobec historii, wobec idei literatura przegrywa. Nie zrewolucjonizował literatury, ale nie o to mu chodziło. Bardziej zależało mu na szerzeniu postaw. Najpierw niepodległościowych, potem – jak dzisiaj byśmy powiedzieli – obywatelskich. Dlatego nie zaznaczyłam w zasadzie kwestii związanych z poetyką, uznałam, że to niepotrzebne. Ważniejszy był człowiek.

 

Zaskoczyło mnie, że to nie jest praca krytycznoliteracka, ale raczej ratowanie czegoś…

Tak miało być. Zdecydowałam się wydobyć Wilkanowicza z zapomnienia, a ktoś inny może potem napisać o nim pracę krytycznoliteracką. Nie chciałam narzucać spojrzenia historyka literatury na tę twórczość, również dlatego, że nie jestem obiektywna.

 

Trudno być obiektywnym, gdy coś się ratuje?

Tak, ja zresztą już nie muszę i nie chcę silić się na jakiś obiektywizm w tym, co robię. Mówię o Wilkanowiczu, że to „mój poeta”, więc mogłabym o jego twórczości mówić tylko z tego punktu widzenia. Poza tym skoro te materiały ukazują się po raz pierwszy, wolałam powstrzymać się od interpretacji.

 

Wilkanowicz nie jest jedynym „uratowanym z zapomnienia”. To również ty odkryłaś dla polskiej historii Zuzannę Ginczankę, której biografia ukazała się w 1994 roku.

Tak, mogę powiedzieć, że ją odkryłam. Już myślałam, że ten temat zamknęłam, ale on ciągle do mnie wraca. Dla Wydawnictwa Marginesy przygotowałam właśnie tom wierszy Ginczanki, co zbiegło się z moją pracą nad rękopisami Wilkanowicza i kolejnym niezwykłym odkryciem.

Izolda Kiec, fot. Mariusz Forecki

Przeglądając dokumenty Wilkanowicza, trafiłam na czterostronicowy, nieznany rękopis Ginczanki. Nie wierzyłam własnym oczom. To, co znalazłam, jest nieopublikowanym poematem inspirowanym „Pieśnią nad pieśniami”. Poetka była tą księgą zafascynowana.

Miałam trzy hipotezy, skąd wziął się utwór Ginczanki w spuściźnie Wilkanowicza. Po pierwsze: Ginczanka mogła jako młoda osoba wysłać do Wilkanowicza – znanego redaktora – swoje wiersze. Druga możliwość: jego syn był grafikiem, wyjechał do Warszawy w latach 30., by studiować na ASP, mógł poznać Ginczankę i to on mógł być posiadaczem rękopisu. Trzecia hipoteza: w czasie wojny poetka przebywała w Krakowie, a teczka z tymi rękopisami była kiedyś własnością krakowskiego antykwariusza.

Rękopis zatem mógł być w spuściźnie tamtejszej części rodziny Wilkanowiczów. Przychylam się do pierwszej hipotezy, bo znalazłam w materiałach Wilkanowicza kartkę napisaną do niego przez Jerzego Korczaka-Ostrowskiego, dyrektora gimnazjum w Równem, do którego chodziła Zuzanna Ginczanka. Wraz z żoną, Ewą Szelburg-Zarembiną promowali swoich zdolnych uczniów. To odkrycie symbolicznie łączy moją pracę nad zapomnianymi poetami: Zuzanną Ginczanką i Romanem Wilkanowiczem.

 

Nagrodzona książka została wydana przez twoją Fundację Kultury Popularnej. Jak i w jakim celu powstała fundacja?

 

Fundacja powstała z irytacji tym, jak się traktuje w świecie akademickim i wydawniczym ludzi, którzy napisali świetne książki, podejmują tak zwane niszowe tematy i nie mają gdzie tego wydać.

Wygląda to tak, że albo musisz się dostosować do komercyjnego wydawcy, który ci mówi, że to za trudne, albo musisz mieć własne pieniądze na wydanie książki.

Jest poza tym wciąż jeszcze budzący kontrowersje kontekst kultury popularnej. W środowisku naukowym to, czym się zajmuję – piosenka, musical, kabaret – uważane jest nierzadko za mało poważne, a wydawcy komercyjni mają swoje wymogi dotyczące książki – „naukowe” to dla nich często „nudne”.

 

Sytuacja bez dobrego wyjścia?

Izolda Kiec, fot. Mariusz Forecki

Tak – albo jestem „za naukowa”, albo „za popularna”. I stąd pomysł fundacji, która wspierałaby badania nad kulturą popularną.

 

Działamy od 2014 roku. Między innymi wydajemy książki, które nie mają szansy gdzie indziej za względu na swój temat albo sposób dyskursu.

Drugi zakres tematyczny to regionalizm. Poznań i Wielkopolska mają w swojej historii wciąż wiele do odkrycia, więc zainicjowałam serię „Wielkopolskie Mikrohistorie”. Wydaliśmy m.in. pozycje o kabaretach poznańskich okresu międzywojennego, o Ignacym Mosiu, Edmundzie Rygierze, dyrektorze Teatru Polskiego XIX/XX wieku, pamiętnik Johannesa Staemmlera, pastora ewangelickiego w Poznaniu. Z innych książek, np. monografię poświęconą rysunkom i komiksom według powieści Henryka Sienkiewicza, leksykon książki obrazkowej, duże kompendium poświęcone powieści graficznej. Wydajemy też dwa czasopisma – „Zeszyty Komiksowe” i „Studia z Kultury Popularnej”.

Kultura popularna często jest mylnie rozumiana jako niepoważna i niewarta badań naukowych. Tymczasem jest to miejska kultura, powstała pod koniec XIX wieku wraz z rozwojem miast: to są ballady uliczne, kabarety, które przeciwstawiały się „tłustym mieszczanom”. Te formy potem ewoluują.

Skamandryci też postulowali wyjście poezji na ulice. Tuwim z jednej strony pisał „wysoką poezję”, z drugiej – tworzył dla kabaretów. My pokazujemy te tradycje. Zgłaszają się do nas ludzie, którzy chcą wydać swoje prace. Dbamy o stronę edytorską, staranne opracowanie, żeby miało to jakąś wartość. W fundacji jestem niezależna, mogę robić to, co lubię.

IZOLDA KIEC – prof. dr hab. w zakresie kulturoznawstwa, literaturoznawczyni i teatrolożka; prezeska Fundacji Instytut Kultury Popularnej, zatrudniona w Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Autorka artykułów i monografii książkowych poświęconych literaturze i teatrowi XX wieku oraz formom kultury popularnej. W 2015 roku wyróżniona odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej. W 2016 stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatury. W 2017 realizowała stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie Kultura i ochrona dziedzictwa narodowego, w ramach którego przygotowała edycję utworów wybranych Romana Tadeusza Wilkanowicza.

CZYTAJ TAKŻE: Nauka potrzebuje przyjaciół. Rozmowa z rozmowa z prof. UAM dr hab. Andrzejem Gulczyńskim, prezesem PTPN

CZYTAJ TAKŻE: „Najważniejsze jest to, co między ludźmi”. Dwugłos włosko-polski o przeglądzie Cinema Italia Oggi 2019

CZYTAJ TAKŻE: Miasto nie może wykluczać. Rozmowa z Wiceprezydentem Miasta Poznania Mariuszem Wiśniewskim