fot. archiwum redakcji

Odyseja kosmiczna 2015. W Operze

„Space Opera”, napisana specjalnie na zamówienie poznańskiego Teatru Wielkiego, to dzieło, które poprzez ogromny kapitał intelektualny muzyki i libretta, zapisuje się jako ważne dokonanie nie tylko w skali polskiej opery współczesnej, ale i europejskiej.

Pierwszy załogowy lot na Marsa w Operze? Brzmi surrealistycznie, ale w teatrze operowym, wszystko jest możliwe. Dowodzi tego najnowsza premiera Teatru Wielkiego w Poznaniu. Główni bohaterowie – Adam i Ewa, to para śmiałków, wyselekcjonowana z grupy kilkuset chętnych, których marzeniem jest podbój czerwonej planety. Bohaterowie spędzają ze sobą 500 dni, tyle trwa ich lot na Marsa i z powrotem na Ziemię. Towarzyszy im Mucha (w dwóch osobach) oraz konferansjer i publiczność reality show – świadkowie kosmicznej podróży.

 

Spełnienie marzeń o międzyplanetarnym rejsie, było głównie pragnieniem Adama, Ewa postanowiła towarzyszyć mężowi, choć sama nie odczuwała nigdy podobnych potrzeb.

Na tym tle rozgrywa się jeden z kluczowych wątków całej historii. Adam to typowy zdobywca, który podporządkowuje innych swoim celom. Ewa jest uosobieniem stereotypu kobiety, dla której najważniejsze jest szczęśliwe życie rodzinne i dzieci. W tym sensie „Space Opera” porusza aktualny i ważny wątek, dotyczący roli i znaczenia kobiet we współczesnym świecie.

Drugi problem, to kwestia moralnej oceny wykorzystywania zwierząt w celach badawczych. W dziele Nowaka, opowiada o tym Mucha: „O, jakże nadajemy się do eksperymentów! Nikt nie odpowiada za śmierć jednej muchy. Nikt nie jest winny”. Dalej jest o innych zwierzętach, które zdechły w kosmosie, podkreślając fakt niezauważenia ich śmierci, swojego rodzaju oczywistej ofiary, o której nie warto pamiętać, bo cóż znaczy śmierć zwierzęcia wobec marzeń ludzkości?

Trzeci z głównych wątków, osnuty jest wokół podglądania życia ludzkiego w kamerze Wielkiego Brata. Adam i Ewa są nieustannie na wizji, ich zachowania - często intymne - może obejrzeć każdy, kto włączy telewizor. Ewa została oszukana - godząc się na udział w kosmicznej misji, była przekonana, że oko kamery będzie rejestrować podróż tylko w wybranych fragmentach. Okłamał ją zarówno Adam jak i producent telewizyjny.

Libretto autorstwa Georgija Gospodinova, to literacki majstersztyk, o którym pomarzyć może każdy kompozytor. Operę rozpoczyna prolog, w formie kosmogonicznego monologu Muchy, który odsłania wizję powstania świata w myśl tezy: „Na początku była mucha”. Potem przechodzi w formę litanii, wyliczającej zwierzęce „ofiary” naukowców (co podkreśla modlitewny zwrot „Spoczywajcie w pokoju”). Wśród innych, dobrze znanych operze form literackich, znajdujemy też lament. W początku drugiego aktu, słuchamy wzruszającego wyznania radzieckiej suki Łajki: „Bo ja pragnę mojego psiego życia, w którym nie ma rasy, ale są podwórza i kości! Oddam kosmos za jedną ulicę!”. Wątek kosmogonii powraca jeszcze pod koniec opery - to trawestacja pierwszych słów Księgi Rodzaju, które w wersji Gospodinova brzmią: „Na początku Bóg stworzył Marsa…I kiedy nadszedł kosmiczny potop, Noe wysłał muchę, aby ta odszukała ląd…”. Bułgarski librecista swoje dzieło oplata gęstą siecią kontekstów kulturowych, zarówno dawnych jak i współczesnych.

 

Jeżeli wizja lotu na Marsa, przedstawiona przez Gospodinova, okaże się prorocza, oznacza to, że o rzeczach przełomowych dla cywilizacji, ciągle można opowiadać środkami, utrwalonymi przez tradycję, które wcale nie proszą się o żadną rewolucję.

W tym sensie, twórcy „Space Opera” dowodzą, jak żywą i aktualną formą artystycznej wypowiedzi pozostaje opera. Nowak z Gospodinovem, wycieli hołubca Slavojowi Žižkowi, który twierdzi, że opera jako forma jest już w zasadzie martwa, że ostatnie wielkie opery powstały około 1900 roku („Druga śmierć opery”).

Przyjrzyjmy się samej muzyce. Aleksander Nowak stworzył dzieło zwarte, choć stylistycznie niejednorodne. Przy czym nie jest to zarzut, ale pochwała. Kompozytor poszedł tą samą drogą, co librecista. Z kolażu technik i stylów, powstała zgrabna i nowoczesna partytura, bardzo dobrze zinstrumentowana.

Siłą muzyki Nowaka jest zachowanie właściwych proporcji między tym, co aluzyjne, a tym co w pełni oryginalne. W szerokiej palecie technik kompozytorskich znajdujemy psalmodycznie chóry, przetworzone rzecz jasna, na język współczesnej muzyki, silnie dysonujące ustępy, w których trudno doszukać się jednoznacznie określonych ciążeń tonacyjnych, po frazy zupełnie melodyjne, wprost neoromantyczne. Trudno w ramach jednej recenzji omówić całość, dlatego wspomnę o dwóch tylko fragmentach, które szczególnie wbiły mi się w pamięć. Pierwszy, to tercet z drugiego aktu, niesłychanie trudny dla śpiewaków, przez zakres zastosowanej polifonii. Drugi – to obrazek szczególnej urody, bogactwo kolorystyczne orkiestry, podkreślone wyrazistą dynamiką forte, w scenie ukazania się Adamowi i Ewie planety Mars. Muzyka prawdziwie wstrząsająca i zapadająca w pamięć.

Pewien niedosyt pozostawia reżyseria Eweliny Pietrowiak. Artystka z jednej strony postanowiła zastosować minimalizm, pokazując na scenie tylko niezbędne i proste rekwizyty, czego przykładem jest druga scena w pierwszym akcie, rozgrywająca się we wnętrzach skromnej sypialni Adama i Ewy, z drugiej natomiast - popada czasem w banał i nadmierną dosłowność. Głównie wtedy, gdy nieustannie ilustruje treść libretta animacjami komputerowymi – jak choćby widokiem przerysowanej, ogromnej muchy, sprawiający wrażenie owada, który za chwile wyskoczy z wielkiego ekranu i zmiażdży publiczność. Przykładem scenicznego banału jest też scena występu producenta, który pojawia się w studiu telewizyjnym i bawi publiczność tańcem i śpiewem, przyodziany w srebrny, połyskujący garnitur. Czy tak właśnie będzie wyglądać kiedyś telewizyjna relacja z pierwszej załogowej wyprawy na Marsa? Czy to raczej frywolny i tani dowcip w stylu niemieckiej operetki?

 

W przedstawieniu nie brakowało jednak bardzo dobrych scen i rozwiązań reżyserskich, jak chociażby zawoalowana i ze smakiem poprowadzona, erotyczna scena miłosnego spełnienia w drugim akcie.

Inny przykład, to dwa ekrany zamontowane po bokach sceny, na których projektowana jest relacja z wnętrza kosmicznej kapsuły, pozwalająca na dokładną obserwację min i gestów Adama i Ewy. Mimo kilku wątpliwości, zgłaszanych pod adresem reżyserki spektaklu, uważam jej realizację „Space Opera” za bardzo ciekawą i wartą uwagi.

Podkreślić trzeba, że spektakl wyróżnia się wysokim poziomem realizacji muzycznej. Za pulpitem dyrygenckim stanął znakomity Marek Moś, który stworzył bardzo interesującą opowieść muzyczną, co nie było zadaniem łatwym, przy tak wymagającej partyturze. Moś posiada - rzadki wśród dyrygentów – talent do słuchania śpiewaków, doskonale rozumie, że jest dla nich, a nie na odwrót. Zdarzyło się kilka nieczystości, głównie w smyczkach, ale dla całości odbioru, nie miało to najmniejszego znaczenia.

Wśród śpiewaków, bardzo dobrze zaprezentowała się Magdalena Wachowska, odtwórczyni roli Ewy, która urzeka barwą głosu, imponuje muzykalnością i radzeniem sobie z niełatwymi przebiegami rytmicznymi, a także z – niekoniecznie wygodnym – kształtem melodycznym swojej partii.

Świetnie wypadła także Martyna Cymerman, którą kilka tygodni temu można było podziwiać w roli Neddy, podczas spektaklu „Pajace” w reżyserii Krzysztofa Cicheńskiego. Tym razem śpiewaczka zmierzyła się i to z wielkim powodzeniem, z bardzo wymagającą partią Muchy, opartą na wysokich rejestrach głosu, często skąpaną w dynamice forte.

Z męskiej obsady sobotniej premiery, najbardziej zaimponował mi Bartłomiej Misuda, który co prawda nie dysponuje głosem o wielkiej skali i wolumenie, ale doskonale zna swoje możliwości i dzięki dobrej technice, potrafi wyeksponować najlepsze walory wokalne. Blado wypadł Andrzej Ogórkiewicz, kreujący postać producenta – nieczysta intonacja śpiewaka przyprawiała mnie o ból głowy, a przykre wrażenie potęgowała jeszcze drewniana i nieudolna gra aktorska. Tomasz Raczkiewicz, odtwórca postaci jednej z much, wokalnie niczym szczególnym mnie nie zachwycił, potrafił natomiast muzyczne niedostatki, nadrobić żywą i dobrą grą aktorską.

„Space Opera” Aleksandra Nowaka i Georgija Gospodinova nie rewolucjonizuje opery, ale nie o to przecież twórcom chodziło. Jest natomiast dziełem, które poprzez ogromny kapitał intelektualny muzyki i libretta, zapisze się jako ważne dokonanie nie tylko w skali polskiej opery współczesnej, ale i europejskiej. Nie pozostaje nic innego, jak czekać na kolejne realizacje polsko-bułgarskiego tandemu twórców.

 

Fragmenty spektaklu publikujemy dzięki uprzejmości Teatru Wielkiego w Poznaniu.


Teatr Wielki w Poznaniu, „Space Opera”. Muzyka Aleksander Nowak, libretto Georgi Gospodinow, reżyseria i dekoracje Ewelina Pietrowiak. Premiera 14 marca 2015.

 

CZYTAJ TAKŻE: Co się dzieje w miasteczku?

CZYTAJ TAKŻE: Woykowska – wariatka, prowokatorka, emancypantka

CZYTAJ TAKŻE: Temperament teatru, temperament rzeczywistości. Rozmowa z Bartoszem Zaczykiewiczem