fot. Kamil Babka

Olśniony Piazzolą. Tango to tylko pretekst!

Astor Piazzolla miał zawsze więcej szczęścia do publiczności, która go uwielbia, niż do krytyków. Ci ostatni najczęściej postrzegają go jednowymiarowo i przylepiają etykietkę – kompozytor tanga. Tymczasem nie o tango w tej muzyce idzie.

Przyznam ze wstydem, że sam uległem tej opinii, uwierzyłem w naiwne przesądy interpretacji. Lekko sobie ważąc twórczość Piazzolli, nigdy samowolnie nie sięgałem po jego utwory. Swoiste olśnienie spłynęło na mnie wczoraj, podczas koncertu „Wieczór argentyński” Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia Amadeus.

Aby zrozumieć muzykę Piazzolli, trzeba w nią wnikać takt po takcie, w frazę po frazie, budować jej obraz, nie na podstawie melodycznej struktury popularnego tańca, a finezyjnej harmonii, która odkrywa świat zgoła inny, zupełnie nietaneczny, za to w pełni symfoniczny. Tango jest tu tylko pretekstem, materią z której kompozytor czerpie stosunkowo proste pomysły, by przekuwać je w bardzo zaawansowane struktury harmoniczne, ozdabiane gęstą pajęczyną kontrapunktu. To muzyka pozbawiona jednocześnie sztucznego intelektu, który ma zachwycać formą i technikami, są one jedynie środkami do zbudowania nastroju i emocji.

 

Program skrojony z dwóch dzieł Piazzolli: „Estaciones Portenas” i „Double concerto” oraz „Suite Populaire Espagnole” Manuela de Falli (to wykonanie otworzyło wieczór), porwał publiczność bez reszty.

W „Suite Populaire Espagnole” oczarowała mnie gra wiolonczelistki Karoliny Jaroszewskiej, charakteryzująca się bogatą paletą emocji i nastrojów - od wzruszającego legato melancholijnych fraz, po żywiołowe i zaskakujące w wielu momentach crescenda, które budowały niepowtarzalny nastrój, szczególnie wtedy, gdy do głosu dochodziły molowe tonacje. Jej gra pozbawiona najmniejszego cienia fałszu, pełna naturalności, była prawdziwym popisem znakomitej techniki artystki. Dużo dobrego w interpretację Jaroszewskiej wniosła nieco brudna barwa dźwięku, która dodawała specyficznego kolorytu partii solowej wiolonczeli, eksponowanej na tle dość ascetycznego akompaniamentu orkiestry, szczególnie w drugiej części suity.

Równie dobrze zaprezentował się drugi solista, akordeonista Maciej Frąckiewicz, który doskonale rozumie na czym polega partnerowanie w muzyce. Partia akordeonu znacznie mniej rozbudowana, niż wiolonczeli, wabi innymi atrakcjami. Przede wszystkim, pozwala na ekspresję, uwalniającą różne barwy instrumentu, znakomicie podkreślane odpowiednimi rozwiązaniami dynamicznymi. Frąckiewicz umiejętnie operuje dostępnymi środkami, nie sięga po niepotrzebną egzaltację.

„Suite Populaire Espagnole” zabrzmiała w aranżacji Agnieszki Duczmal. Wiele komplementów należy się też Łukaszowi Kuropaczewskiemu, który jest prawdziwym wirtuozem gitary. Gra artysty jest nie tylko znakomitym popisem techniki, ale przede wszystkim jednym wielkim koncertem namiętności.

 

Niezmiennie imponuje mi rodzaj dyrygenckiej narracji, proponowanej przez Agnieszkę Duczmal, której wielkim atutem jest wsłuchiwanie się w orkiestrę i solistów, a nie autorytatywne narzucanie własnej wizji interpretacji, co wśród dyrygentów jest raczej rzadkie.

Orkiestra Kameralna Polskiego Radia Amadeus, fot. Kamil Babka

Chociaż data koncertu była dość nietypowa (poniedziałek), publiczność nie zawiodła. Aula uniwersytecka była wypełniona do ostatniego miejsca, wiele osób stało. Gorąco oklaskiwani muzycy, podarowali publiczności bis w postaci utworu „Woda i wino” Egberto Gismonti.

 

CZYTAJ TAKŻE: „Manru” – zachwyca i wzrusza