fot. Maria Krześlak-Kandziora

Ósma pięć do Miałów

Grzyby kojarzą mi się z Tove Jansson, która umieszczała je w cyklu książek o Muminkach, plasują się wśród istot tajemniczych zaraz obok hatifnatów. Grzyby ostatnio zapanowały nad naszą wyobraźnią. Mają rozległe koneksje, grzybnia stała się mityczną siecią oplatającą las, grzyby są w glebie, w wodzie, mają niemal umysł.

Podobno wyjeżdżał z Poznania o ósmej pięć. Jechał godzinę dwadzieścia i na stacji Miały wysiadał z niego tłum ludzi z koszami. Michał mówi, że na ten poranny pociąg wiozący grzybiarzy w Puszczę Notecką mówiono „Borowik”. Jeździ się też do Mokrza, śledzi grzybiarskie komunikaty. Jesień wreszcie okazała łaskę – jest ciepło, spadło trochę deszczu, grzyby ruszają do góry, pchają się, rosną kapelusze.

JASTRZĘBSKO

Za nieczynnym budynkiem stacji w Jastrzębsku stoi kilka domów. Wysiadamy z szynobusu, obłędnie pachnie jesienią. Liście sypią się z drzew, winorośl czerwienieje na dworcowym murku. Idziemy jak po sznurku, za tymi ludźmi z wiadrem, z koszykiem. W lesie ludzki szelest, śmiejemy się trochę nerwowo, bo jak to, będziemy sobie deptać po piętach, grzyby podbierać? Ale las duży, pojemny, gościnny. Sosny od linijki, jakby tu przyszły, napierają na pochylone sylwetki grzebiące pod liściem. Ale mech piękny, wilgotny wypluwa z siebie czerwone kapelusze, wykręcone czasze, czarki grzybie z jeziorkami deszczu na dnie.

 

Podgrzybki, borowiki sosnowe, „zajączki” z nieludzką, bo grzybią siłą wypychają kapeluszami mech. Wyobrażam sobie ten proces w przyspieszonym tempie. Leżę na mchu i podglądam, a gdyby tak spędzić tu trzy dni i być świadkiem wzrostu?

Dotykam sprężystych, gumowych ciał chrobotków – porostów, na które nieoczekiwanie weszliśmy, przekraczając linię szosy. Szukam zmurszałych pieńków – grzybowej karmy, znajduję trochę zielonych i brązowych butelek, puszkę po napoju energetycznym, porzucony kartonik po papierosach. Oparte o sosnę stoi szklane, puste wspomnienie po wódce. Ale nie ma tego wiele, więcej jest poduszek mchu, większe wrażenie robi rozłożysty dąb pośród zagonu sosen. Jemy drugie śniadanie z widokiem na jego przebarwioną koronę, siadamy ostrożnie, bo wśród jesiennej trawy rosną maleńkie pomarańczowe grzybki na filigranowych nóżkach.

LUDZIE I GRZYBY

Daria jeździ na grzyby, bo są w lesie.

 

„W takiej porze, gdy las jest ciepły, żółto-pomarańczowy, przyjazny i „mówi”, że spoko, jeszcze trochę do zimy. Myślę, że las ma tyle zasobów, że może wszystkich obdarować, więc gdy już w nim jestem, to szukam z wypiekami na twarzy tych prezentów. Grzybnym poszukiwaniom towarzyszy przedziwna zawziętość. Bo ja uwielbiam grzybki marynowane w occie. Szukam grzybów jak szalona, nie zdając sobie sprawy, że las daje mi znacznie więcej”.

grzyby

Fot. Maria Krześlak-Kandziora

Pani Jadwiga śni o grzybach. Gdy przychodzi jesień, narasta w niej niepokój. Nie może nie pojechać. Wkłada kalosze, zabiera koszyki i wiadra. Zbiera od świtu. Zaprawia grzyby w najprostszy sposób, gotuje, pakuje do słoików. Pod koniec sezonu spiżarnia pęka w szwach. Jemy wszyscy, bo ilości są nie do przejedzenia przez jedną rodzinę. W zeszłym roku pani Jadwiga miała kontuzję nogi i bezwzględny zakaz pójścia w las.

 

„Śniło mi się, że mąż mnie zostawił, cała rodzina pojechała, powiedzieli – no słuchaj, nic nam po tobie, musisz, to zostań, ale to koniec” – przerażona relacjonowała sen sąsiadce. 

 

To Michał opowiedział mi o Miałach. Sam jeździ co roku, a grzyby zaprawia. Marynatę – woda, ocet, liście laurowe, ziele angielskie, gorczyca, cebula, sól, trochę cukru – należy zagotować. Grzyby też, dosłownie przez trzy minuty w wodzie z solą. Potem pakuje je w słoiki, zalewa i gotowe. W tym roku pierwszy raz zakisi rydze – z cebulką, czosnkiem, przyprawami. Podobno przepyszne i nadają się na zupę.

NIE/ZGUBIĆ SIĘ

Na początku października wędrowałam po lasach wschodniej Polski. Tymczasem wielkopolskie gazety donosiły o kilku zaginięciach i jednej śmierci na grzybobraniu.

 

W lesie można się nadal zgubić, las odwiedzany raz do roku może być trudną do rozwiązania łamigłówką. Puszcze, zagajniki, chaszcze – ciągną w nie młodsi i starsi.

Na dworcu w Jastrzębsku do powrotnego pociągu wsiada cały przekrój społeczeństwa. Mikrusy, które na grzyby przyjechały z rodzicami, trochę dla zabawy, chichocząca młodzież, starsi profesjonaliści. Tu wiadro pełne kapeluszy kań, tam kosz po brzegi wypełniony podgrzybkami i „pssst” otwieranego piwa, już raczej nie pierwszego – „Od ósmej chodzę, potykam się o grzyby!”. A ci z wypchanymi foliowymi torbami udają, że przyjechali po coś innego. Grzybobranie – powolna przyjemność szwendania się po lesie, zabijanie czasu, sposób na zimowe zapasy, mantra?

grzyby

Fot. Maria Krześlak-Kandziora

GRZYBNIE TOVE JANSSON

Grzyby kojarzą mi się z Tove Jansson, która umieszczała je w cyklu książek o Muminkach, plasują się wśród istot tajemniczych zaraz obok hatifnatów. Grzyby ostatnio zapanowały nad naszą wyobraźnią. Mają rozległe koneksje, grzybnia stała się mityczną siecią oplatającą las, grzyby są w glebie, w wodzie, mają niemal umysł.

Taki czernidłak kołpakowaty – jeśli nie zjesz go w ciągu godziny, zamieni się w lepką, czarną maź. O tym dlaczego tak jest, o grzybach Świętego Jerzego, o alkoholu, który przestaje się rozkładać, gdy zagryziemy go czernidłakiem zwyczajnym – można poczytać w książce „W czym grzyby są lepsze od ciebie?”. Napisały ją mykolożka Marta Wrzosek i dziennikarka Karolina Głowacka, wydało wydawnictwo Feeria Science.

ZEJŚĆ ZE ŚCIEŻKI

Grzybobranie zwalnia z karności, nęci, zwodzi, zaprasza do kluczenia, zejścia ze szlaku i daje prostą radość dotykania wilgotnego mchu, zanurzania palców w liściach, miękkiej ziemi. Przyglądam się temu, co pod nogami, na pniach. Szukam grzybów, porostów, śluzowców, takie makrozbliżenie na igliwie, pająka, ruch w runie, las w lesie, pośpiech przed zimą.

 

*Nic w tym tekście nie zostało zmyślone, oprócz jednego imienia.