fot. Mateusz Kiszka

Patos z nostalgią

Z Mateuszem Kiszką i Martą Buczkowską o książce fotograficznej pt. „Synteza poznania. Fotograficzny splot historii miasta” rozmawia Michał Sita.

Michał Sita: Po raz kolejny zdecydowaliście się na wspólną pracę z fotograficznymi archiwami. Jaki pomysł stoi za waszą nową książką, korzystającą z zasobów CYRYL-a?

Marta Buczkowska: Idea wyszła od Wydawnictwa Miejskiego Posnania. Jego szefowa, Katarzyna Kamińska, poprosiła nas o złożenie książki fotograficznej, która miałaby zawierać zdjęcia archiwalne i współczesne. Poza tym nie narzuciła żadnych dokładniejszych wytycznych. Mieliśmy wolną rękę. Pierwotnie nasza publikacja miała się ukazać z okazji konferencji historycznej – miała stanowić upominek dla gości. Ale to założenie rozbudowaliśmy, tworząc pełnoprawny, gruby album.

 

MS: Książka miała być ozdobną pamiątką z Poznania?

MB: Taki był punkt wyjścia, ale ostatecznie zrobiliśmy chyba coś więcej.

 

MS: Zacznijmy od zdjęć współczesnych. Mateusz, jak nad nimi pracowałeś?

Mateusz Kiszka: Chciałem przedstawić Poznań nostalgiczny, pusty, pozbawiony ludzi. O to przede wszystkim mi chodziło.

 

„Synteza poznania”, fot. Mateusz Kiszka

W nieco innym świetle próbowałem pokazywać współczesne miasto, jakie mijamy na co dzień.

Dlatego fotografowałem analogowo, na filmach Kodaka. Stąd żółty odcień, charakterystyczny dla tych negatywów, jaki stał się motywem przewodnim książki. Z tego samego powodu zdjęcia robiłem o określonej porze – o świcie – by pasowały do siebie klimatem i kolorem. To wszystko pozwoliło uniknąć pocztówkowego stylu, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni.

MB: To, że współczesne zdjęcia są zrobione na negatywach, nadaje im wspólny mianownik z fotografiami archiwalnymi. Chociaż są kolorowe, ten kolor jest przygaszony. Ostrość nie jest idealna. To nie są techniczne cyfrowe dokumentacje, ale zdjęcia podkreślające swój fizyczny walor.

 

MS: Archiwalne zdjęcia, przetasowane w waszej książce z tymi współczesnymi, wprowadzają charakterystyczny nastrój. Po ulicach jeżdżą konne tramwaje, międzywojenne stroje wydają się jak z bajki. Obserwujemy równoległy świat, jaki łatwo za pomocą tego rodzaju obrazów idealizować. Anachroniczna technologia użyta w zdjęciach współczesnych i ich refleksyjny charakter sprawiają wrażenie, jakbyście się licytowali z takim nostalgicznym odczytaniem fotografii archiwalnych. Jakiego rodzaju relację z przeszłością chcieliście nawiązać w ten sposób?

MB: Przede wszystkim nie mieliśmy żadnego klucza, nie wymyśliliśmy sobie schematu. Zależało nam raczej na stworzeniu nieoczywistych dialogów między fotografiami. Skupiliśmy się na walorach samego obrazu.

 

„Synteza poznania”, fot. Mateusz Kiszka

W książce nie pokazujemy więc historii miasta, ale snujemy o nim pewną opowieść.

Zestawiamy na przykład archiwalne zdjęcie biegacza, startującego do wyścigu ze Stadionu Szyca, ze współczesnym zdjęciem, na którym ktoś inny kończy bieg na stadionie na Golęcinie – tak jakby w sekwencji chodziło o tego samego człowieka. Zależało nam na tym, żeby tworzyć tego rodzaju połączenia przestrzeni i czasów.

MS: Oddzieliliście więc historyczne fotografie od ich nominalnych znaczeń. Jednocześnie Mateusz zamiast obiektywnego opisywania współczesnego miasta podszedł do swojego zadania bardziej wrażeniowo. W ten sposób zaproponowana przez was narracja nie ma już wiele wspólnego z historycznymi zdarzeniami, jej sens musicie lokować gdzie indziej.

„Synteza poznania”, fot. Mateusz Kiszka

MB: Ten album to ogólna opowieść o mieście i o człowieku. Dzielimy ją na cztery główne wątki. Pierwszy to „Dom” – tu pokazujemy Poznań – miejsce, w którym żyjemy. W drugim rozdziale – „Burza” – znajdują się trudne chwile, jakie miasto przechodziło – wojna, powódź, Czerwiec ‘56 – blizny tego miejsca. Kolejnym etapem jest odbudowa – „Echo”, jakie pozostaje po traumach, które ma jednak w sobie już element nadziei – to rejestracja zmian miasta na przestrzeni dekad. Na koniec „Radość, Przyjemność, Życie codzienne”.

 

Skupiliśmy się na cyklu życia miasta poprzez emocje, które nam wszystkim towarzyszą: upadek, rozpacz, ale i nadzieja, szczęście, i zwykłe codzienne życie.

MS: Mieliście ambicje stworzyć przypowieść?

MK: Tak, dlatego opisy kolejnych rozdziałów mają taki filozoficzny styl – one nie tłumaczą, co się wydarzy na zdjęciach, bardziej wskazują tropy.

MB: Dlatego też w kolejnych rozdziałach są zdjęcia z różnych okresów – przyporządkowane do czterech głównych emocjonalnych przestrzeni. Intuicyjnie dobieraliśmy zdjęcia kojarzące się nam z czymś dobrym, pozytywnym, szczęśliwym. Oglądając fotografie archiwalne, dopasowaliśmy je do tych czterech przestrzeni znaczeń, jakie wymieniłam.

 

„Synteza poznania”, fot. Mateusz Kiszka

MS: Użyliście luźnych skojarzeń do tego, by zbudować podnoszącą nas wszystkich na duchu epopeję o mieście?

MB: Ale to ładnie nazwałeś.

 

MS: Podoba ci się takie określenie?

MB: Bardzo.

 

MS: I to jest chyba klucz do waszej książki. Zdecydowaliście się na opowiedzenie nostalgiczno-optymistycznej historii. Dlaczego?

MB: Bo my się dobrze czujemy w tym mieście.

 

MS: To nie jest tak niewinne pytanie… W historii miasta i w fotograficznych zapisach przeszłości zdajecie się szukać panaceum.

MK: To nie było tak naprawdę naszą początkową intencją. To, że powstała optymistyczna epopeja, okazało się w trakcie pracy.

 

Staraliśmy się ukazać miejsce z historią, która co prawda jest trudna, ale da się ją przedstawić w pozytywny sposób.

„Synteza poznania”, fot. Mateusz Kiszka

Da się o niej opowiedzieć ładnie, bo Poznań miał szczęście do dobrych fotografów, którzy rejestrowali codzienność na przestrzeni dekad – i to nie jest bez znaczenia. Był tu Stanisław Wiktor, Roman Stefan Ulatowski, Zbigniew Zielonacki – oni potrafili w smutnych czasach dostrzec pozytywne strony. Nam pozostało tylko zestawić ze sobą ich prace.

 

MS: Zapisy historyczne, z jakimi pracowaliście, same w sobie miały po prostu ten pozytywny ton?

MB: W zdjęciach widać też zdarzenia trudne. Pojawia się tam ciężar wojny i nieszczęść, jakie spadały na Poznań. Ale zestawiamy je ze sobą, pokazując, że miasto jednak wyszło z opałów. Trudne chwile zostały przezwyciężone. Brzmi to może jak ze szkolnego wypracowania, ale tak działamy – pokazujemy zniszczony rynek i Ratusz, zestawiając je z tym, jak te miejsca dobrze współcześnie wyglądają.

MK: Może takie pozytywne wrażenia podbija też festiwal kolorów na moich zdjęciach?

 

MS: Nie chodziło mi o pojedyncze fotografie, bo rzeczywiście pojawiają się w nich i smutne nuty, i dramatyczne zdarzenia. Optymizm tkwi raczej w scenariuszu, jaki z tych elementów układacie.

MB: Tak! Zostawiamy na koniec nadzieję!

 

„Synteza poznania”, fot. Mateusz Kiszka

MS: Pytam was więc jako scenarzystów tej opowieści: jak to się stało, że archiwalne materiały albo mówiąc ogólniej – przeszłość – stała się podstawowym budulcem takiej pozytywnej epopei?

MK: Przeszłość można lepić na różne sposoby! Można z niej wyciągać poszczególne wątki i pojedyncze obrazy w taki sposób, by narrację prowadzić w określonym kierunku, z konkretnym zamierzeniem. Archiwum jest bardzo elastyczne.

 

MS: Kilka lat temu, opracowując zdjęcia Stanisława Wiktora, równie swobodnie odnieśliście się do prawdy historycznej, jednak tamtego archiwum używaliście subwersywnie. Proponowaliście krytyczny komentarz do realiów lat siedemdziesiątych i jednocześnie do czasów nam współczesnych. Dzisiaj ten krytyczny element zastąpiliście nostalgią. Skąd w waszej wspólnej pracy ten zwrot w emocjach, jakimi się posługujecie?

MK: Może nam tego akurat teraz po prostu brakuje? Takiego przytulenia, takiego ciepła i powiedzenia: nic się nie martw, wszystko będzie dobrze! W czasie pracy nad zdjęciami Stanisława Wiktora było inaczej, zwracaliśmy raczej uwagę na to, że historia lubi się powtarzać…

MB: Przestrzegaliśmy przed tym, że historia zatacza krąg. Mówiliśmy: spójrzcie – dzieje się dzisiaj coś bardzo podobnego do tego, co w latach siedemdziesiątych fotografował Stanisław Wiktor, pracując dla reżimowej prasy. Tworzył laurki.

 

„Synteza poznania”, fot. Mateusz Kiszka

I do dzisiaj nie wiem, czy sam w tej pracy zostawiał sobie miejsce na dystans, czy dopiero my po latach ten dystans zauważamy. Żartował czy to my ten żart dzisiaj w jego obrazach odczytujemy?

MK: Nad zdjęciami Stanisława Wiktora pracowaliśmy więc tak, jak pracowałby Bareja – podkreślaliśmy ich absurd. Teraz nakręciliśmy inny film – taki, jaki zrobiłby raczej Wajda. Proponujemy w nim nieco patosu pomieszanego z nostalgią.

 

„Synteza poznania. Fotograficzny splot historii miasta”
zdjęcia współczesne: Mateusz Kiszka

wybór zdjęć archiwalnych z kolekcji CYRYL, teksty oraz koncepcja książki: Marta Buczkowska, Mateusz Kiszka
opracowanie graficzne: Marta Buczkowska
redakcja: Joanna Gaca-Wyczółkowska, Karolina Hamling
tłumaczenie: Krzysztof Kotkowski
Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020

 

Mateusz Kiszka i Marta Buczkowska – oboje ukończyli fotografię na poznańskim Uniwersytecie Artystycznym. Mateusz Kiszka jest instruktorem fotografii w Wielkopolskiej Bibliotece Publicznej i Centrum Animacji Kultury. Marta Buczkowska jest graficzką w Wydawnictwie Miejskim Posnania. „Synteza poznania” nie jest ich pierwszą wspólną publikacją, wokół archiwalnych fotografii pracowali wspólnie już wcześniej, realizując w 2018 roku wystawę i katalog, w których poddali autorskiej interpretacji archiwum prasowych fotografii Stanisława Wiktora.