fot. Aleksandra Polerowicz

Pochłonięty przez tajgę

Podróżnik Krzysztof Lewicki opowiada o jednej ze swoich samotnych podróży do skutej mrozem Laponii, bez profesjonalnego sprzętu, i o tym, z czym musiał się zmierzyć w walce z naturą.

Jakub Wojtaszczyk: Co skłoniło pana do podróży do Laponii wczesną zimą, w okresie, który należy do najtrudniejszych?

Krzysztof Lewicki: Moja partnerka Klaudia Jadwiszczyk, która podarowała mi tę podróż na moje 40. urodziny! Sam jednak już od jakiegoś czasu planowałem w tym terminie udać się do Laponii, ponieważ chciałem sprawdzić, czy jestem w stanie przetrwać trzy tygodnie w lesie bez profesjonalnego sprzętu. Podczas jednej z podróży osoba, którą spotkałem na północy, powiedziała mi, że mam w sobie ducha arktycznego nomady – to wierzenie mówiące, że każdy człowiek ma swoje miejsce na świecie, które go wzywa. Dla mnie takim miejscem jest koło podbiegunowe.

 

JW: Z czym się pan mierzył?

KL: Wczesna zima nie jest komfortowym okresem, ponieważ trzy czwarte nocy przeważało nad dniem. Stąd też często podróżuje się w półmroku. Początkowo temperatura waha się pomiędzy 0 a –15. Opady śniegu są bardzo różne, nie tworzy się gruba powłoka, jak w czasie innych miesięcy zimowych. Tak naprawdę nie wiemy, czy nie natrafimy na kamienie i tereny bagniste. Śnieg jest sypki, jakbyśmy chodzili w styropianie. Rakiety śnieżne grzęzną w kamieniach, podobnie biegówki, nie możemy mieć sań transportowych.

 

Krzysztof Lewicki, fot. Aleksandra Polerowicz

Pozostaje tylko ciężki plecak. Do mojego zapakowałem podstawowy sprzęt do przetrwania – siekierę, łopatę śnieżną, karimatę, norkę, śpiwór, piecyk na drewno i asekuracyjny piecyk gazowy oraz prowiant i dodatkową bluzę ratunkową.

Prócz tego posiadałem tylko ciuchy, które miałem na sobie, latarkę, aparat i prosty telefon komórkowy, by ewentualnie wezwać pomoc. Umiejętności przetrwania nabyłem u Saamów, czyli rdzennych mieszkańców Laponii, którzy nauczyli mnie typowo traperskiego podróżowania, z jak najmniejszą ilością sprzętu, im mniej nowoczesnego, tym lepiej. Mówi się o zasadzie, że im więcej wiesz, tym mniej nosisz.

 

JW: Czy równie ważny był aspekt psychologiczny?

KL: Oczywiście! Pojawiają się tzw. tony emocjonalne. W ludowych baśniach i podaniach można natrafić na informacje, że ten czas to okres mroku dla rdzennych mieszkańców rejonów arktycznych wszystkich kontynentów. Ludziom jest bardzo ciężko ze sobą. Wtedy osadzają swoje złe czyny, lęki, depresję w mitach związanych z demonologią.

 

Wierzą, że głęboko w tajdze żyje demon, który czeka na ludzi, aby ich opętać.

W podaniach znajdujemy zapiski o tym, iż osoby w podróży stawały się bardzo agresywne, np. w stosunku do partnera, pojawiały się nawet doniesienia o kanibalizmie. Północ ma to do siebie, że powoduje bardzo silne zmiany emocjonalne, ponieważ człowiek jest osamotniony, do najbliższego zamieszkałego miejsca dzieli go wiele kilometrów i zewsząd otacza go noc polarna.

 

JW: Skąd biorą się te stany lękowe?

Krzysztof Lewicki, fot. Aleksandra Polerowicz

KL: Człowiek jest sam ze sobą, więc wszystko zależy od tego, czy siebie akceptuje, czy potrafi ze sobą rozmawiać, czy doskonale siebie zna. W tajdze łatwo o panikę, która związana jest na przykład z brakiem dźwięku, ponieważ tyle spada śniegu, że wszystko jest wygłuszone.

 

Współczesny człowiek nie jest przyzwyczajony do absolutnej ciszy, otoczeni jesteśmy przez tysiące bodźców – dźwiękowych, zapachowych, wizualnych, nawet kolory!

A zimą na północy zanurzamy się w monochromatycznym świecie, w którym panuje tak bezwzględna cisza, że słyszymy szum płynącej krwi w naszych żyłach. Stąd już bardzo blisko do popełniania podstawowych błędów – niedojadania, pośpiesznego przemieszczania się, co może prowadzić do kontuzji, odmrożeń, a nawet śmierci. Kiedy zbliża się noc polarna, między drzewami zaczynają tańczyć cienie. Wszystko w zupełnej ciszy. Mówi się wtedy, że tajga człowieka pochłania. Jeżeli uruchomimy w sobie wszystkie klisze z horrorów – możemy oszaleć. 

 

JW: Czy pana demony zaczęły się odzywać?

Krzysztof Lewicki, fot. Aleksandra Polerowicz

KL: Po przyjeździe okazało się, że temperatura spadała niżej, niż przewidywałem, do –28. Wiedziałem, że najważniejsze, co mogę zrobić, to nie panikować. Zacząłem wdrażać działania, które miały mnie chronić, czyli obierałem krótsze trasy, spożywałem więcej jedzenia, zatrzymywałem się wcześniej. Maszerowałem maksymalnie cztery godziny, bo bardzo szybko robiło się ciemno. A i tak, gdy była brzydka pogoda, szedłem w półmroku.

 

Na szczęście na otwartym terenie śnieg odbija światło księżyca, więc nigdy nie było zupełnie ciemno.

W taki sposób mogłem dotrzeć do zaplanowanych wcześniej destynacji. Kiedy pojawiały się momenty, w którym czułem, że jest mi bardzo ciężko, że rakiety grzęzną między kamieniami, że plecak mnie przygniata, odpoczywałem. 

 

JW: Jak wybierał pan miejsca spoczynku?

Krzysztof Lewicki, fot. Aleksandra Polerowicz

KL: Saamowie opowiadali mi, że w miejscu, w którym człowiek się kładzie, powinien zapytać ducha lasu o pozwolenie. W tajdze po prostu czuje się energię związaną z konkretną przestrzenią. Zdarzyły się jednak takie momenty, które dały mi wiele do myślenia. Pewnego razu przewróciłem się, przez co spanikowałem. Dodatkowo byłem bardzo zmęczony. Chciałem położyć się gdziekolwiek, nawet w miejscu, które czułem, że nie jest odpowiednie.

 

W ostatniej chwili zdecydowałem się pójść spocząć pod skałą.

Po 300 metrach marszu stwierdziłem, że jednak nie dam rady. Zawróciłem do ówcześnie obranego punktu. Wtedy okazało się, że znajduje się tam wiele śladów – nie wiedziałem, czy psich czy wilczych. Wokół mnie były zwierzęta, których nie widziałem i nie słyszałem. Poczułem silny lęk. Dlatego poszedłem położyć się w okolice drewutni. Wtedy poczułem, że nic mi się nie stanie. To tylko przyroda, do której podchodzę z szacunkiem. Ziemia, natura zawsze rezonowała z miejscowymi ludami, rezonowała też ze mną. 

 

JW: Czy ta podróż pana zmieniła?

KL: Na pewno duchowo. Zrozumiałem głębię zorzy polarnej, nie tylko jako pięknego zjawiska na niebie, ale też dowiedziałem się, jak to jest wędrować z dzikimi reniferami i wykorzystywać ich ślady do stawiania bezpiecznych kroków. Poczułem te nomadyczne emocje.

 

Był również taki moment, w którym miałem wrażenie, że zrozumiałem już wszystko.

Krzysztof Lewicki, fot. Aleksandra Polerowicz

Dwa dni przed końcem podróży, w drewnianej chacie zostawiłem cały swój sprzęt i nie zważając ani na porę dnia, ani temperaturę, tak jak stałem, wszedłem w tajgę. Po półtorakilometrowym marszu odsypałem śnieg, wyłożyłem legowisko gałązkami i na nich usiadłem. Niewiele z tych chwil pamiętam. Był to moment medytacji, pełen mistycyzmu. Nad ranem wróciłem do chaty odmieniony. Poczułem prawdziwą bliskość natury.

 

Krzysztof Lewicki – podróżnik zimowy, instruktor survivalu, grafik komputerowy, autor artykułów do największych magazynów podróżniczych w Polsce. Za pionierską ekspedycję zimową na rowerze tandemie z narzeczoną i psem alaskanem malamutem z Polski na Przylądek Północny i z powrotem oraz kilkumiesięczne życie z Saamami zostali nominowani do „Podróży roku” National Geographic. Jego wyprawy cechuje niezaprzeczalna autentyczność i nietypowy styl – bardzo często są one pionierskie, w stylu traperskim, pełne silnych emocji. Prowadzi badania zmian psychologicznych zachodzących w wędrowcach poddanych długotrwałym ekstremalnym warunkom w oparciu o obecność w charakterystycznej przestrzeni, jaką jest Arktyka. Na co dzień zabiera grupy dzieci do lasu, by pokazać im dziką drogę życia, ucząc, jak wykorzystać bezcenne dary natury.

Spotkanie z podróżnikiem odbyło się 19 lutego 2022 roku w Kościańskim Ośrodku Kultury.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0