fot. archiwum prywatne Joanny Roszak

Połączenia

Z Joanną Roszak, pisarką, poetką i publicystką rozmawia Karolina Król.

Karolina Król: Na początek chciałabym zapytać o wiersz ,,w porannym pociągu” z tomu ,,Tego dnia”: ,,zaczynam od ostatniego wiersza/ kartkować wybór poezji aleksandra wata/ mężczyzna w jarmułce siedzący naprzeciwko/ podejrzewa że czytam od pierwszej strony/ i w jego języku/ rozpoznaję po ciepłym/ spojrzeniu/ ,,a jednak się rozumiemy”/ myślę i wracam do/ innego ciemnego świecidła”. Czy Wat jest dla Pani istotnym poetą?

Joanna Roszak: Kilka dni temu uczestniczyłam w spotkaniu o Tadeuszu Różewiczu, które uświadomiło mi, że zarówno jego, jak i Wata mam za ważnych dla mnie poetów, ale niczego o nich nie napisałam. To szarpiąca i poruszająca poezja. Przeprowadza czytelnika przez wiele dramatycznych doświadczeń. Jest świadectwem uwięzienia w bólu:

 

„Bólu przyjście […] stuka w kość moją jak w drzwi. 

Jak los”.

 

Ale przekazuje też szyfrem aurę hebrajszczyzny, synchronizuje się z nią. Zdaje się Wat czynić gesty podobne do niemieckojęzycznej poetki, mieszkającej w Palestynie, Else Lasker-Schüler, która na propozycję przełożenia jej wierszy na hebrajski odpowiedziała, że one już są w nim napisane. Może to mnie najbardziej u Wata interesuje.

 

KK: Wspomniała Pani o zainteresowaniu Wata kulturą żydowską. W Pani twórczości również pojawia się to zainteresowanie. Jakie są jego źródła?

JR: Od kiedy jestem dorosłą i piszącą osobą, tematyka żydowska towarzyszy mi cały czas. Wydaje mi się, że zaczęło się od odczucia pustki w moim rodzinnym mieście, to znaczy w Poznaniu. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że wiele znajomych miejsc jest czymś innym, niż się zdawało. Pierwszym symbolem zaniedbania pamięci była w czasach studenckich pływalnia przy Stawnej i Wronieckiej, niegdyś synagoga.

Zdjęcie z prywatnego archiwum J. Roszak

Zdjęcie z prywatnego archiwum J. Roszak

 

Mój rocznik w szkole podstawowej nie otrzymał jeszcze solidnego zaplecza historycznego.

Gdy pojechaliśmy do Oświęcimia – właściwie traktowano tych kilka godzin jako dodatek do wycieczki klasowej do Krakowa. Nie zostaliśmy wprowadzeni w historię tego miejsca. Chodziliśmy między pawilonami bez przewodnika, mnożąc w głowach kolejne pytania. Mieliśmy przeświadczenie, że ewidentnie to powinno wyglądać inaczej.

Dziś naprawdę czuję jakiś rodzaj nieprzyjemnego mrowienia, gdy widzę w Krakowie meleksy z reklamą wycieczki do Muzeum Auschwitz obok zdjęć z Wieliczki. Ale też gdy słyszę o planowanych w polskich szkołach zajęciach z męczeństwa polskich dzieci – tak to sobie w uproszczeniu i okrutnie nazwijmy.

 

KK: Pracuje Pani nie tylko w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk, ale także w szkole. Jak obecnie wygląda kwestia wycieczek szkolnych do takich miejsc?

JR: W tej chwili podejmuje się decyzje dotyczące wycieczek w sposób demokratyczny – to przede wszystkim wybór młodych ludzi. Wśród młodzieży szkolnej jest pewnie wiele osób, które nie chcą skonfrontować się z tym i takim miejscem. Rozumiem to i nie chciałabym być w jakiś sposób odpowiedzialna za ich późniejsze koszmary, a wiem, że kontakt z tak naznaczonymi przestrzeniami nie jest bezkarny.

 

Gdy więcej czytałam i pisałam o getcie warszawskim, w związku z rekonstrukcją historii rodziny Józefa Rotblata, niestety zaprosiłam to miejsce do nocnych koszmarów.

Zdarzyło mi się napisać publicystyczny tekst dotyczący młodzieży ze starszych klas szkoły gimnazjalnej. Przeprowadziłam kilka lat temu badania i sporym wstrząsem było dla mnie to, że młodzi ludzie chcieli (kilka głosów w ankiecie), żeby w Auschwitz odbyły się rekonstrukcje historyczne. Mieli poczucie, że to by ich lepiej zaznajomiło z tematyką. Pamiętam, że ktoś zaproponował przystawianie pieczątek z numerem i przebranie się w pasiak. Wtedy pomyślałam, że jeden z pierwszych pomysłów dotyczących Muzeum Auschwitz w Oświęcimiu, to znaczy pozwolenie temu miejscu na zapadnięcie się pod ziemię na naszych oczach, nie był taki zły.

 

KK: W książce „Słyszysz? Synagoga. Wychodząc spod poznańskiej synagogi przy Wronieckiej” pisze Pani o tym, że Poznań ,,odżydawiał swoją pamięć”. Jak sytuacja wygląda dzisiaj? Czy zmieniła się świadomość i podejście do żydowskiego dziedzictwa w Poznaniu?

JR: Coraz więcej ludzi interesuje się tym tematem. Przybyło także kilka ciekawych publikacji. I miejsc, które mogą stać się wizytówką żydowskiej przeszłości Poznania, ale i jego zaniedbanej historii. W 2019 roku jezioro Rusałka oddawało macewy, którymi zostało utwardzone. Powstało przecież w latach 1941-1942, budowane przez Żydów z Kraju Warty osadzonych w obozach pracy przymusowej.

 

KK: A co ze stadionem im. Edmunda Szyca, na którym dawniej mieścił się obóz pracy dla żydowskich mieszkańców Wielkopolski?

JR: Mogę powtórzyć formułę eseju Martina Pollacka: otaczają nas skażone krajobrazy. Wielu z nich jeszcze nie znaleźliśmy, nie zamapowaliśmy. Pamiętam to wrażenie, gdy stanęłam nad rozbitymi płytami cmentarza przy Głogowskiej wyłożonymi przed Muzeum Martyrologicznym w Żabikowie i czytałam nazwiska: Amalie Nasch, Jenny Lissner, Wilhelm Kronfeld.

 

Miejsce, o które Pani pyta, przed wojną nazywano stadionem miejskim, w PRL-u Stadionem 22 lipca.

Kruszeje, jak przez lata kruszała pamięć o tym, co działo się tam podczas wojny. Coś dobrego dla pamięci o nim zrobi na pewno książka Rafała Rosoła ,,Chorągiewki z tałesu. Piłka nożna, antysemityzm i Zagłada”. Cały rozdział, mający tytuł ,,Trzy drewna”, jest poświęcony temu miejscu. Ale na nią trzeba jeszcze poczekać do przyszłego roku.

 

KK: Chciałabym zapytać o Fundację im. Rotblata, której jest Pani współzałożycielką. W jaki sposób zainteresowała Panią postać tego noblisty? Jakie są dalsze plany fundacji?

JR: Zakładaliśmy tę fundację, mając pełną świadomość, że będzie nam łatwiej prowadzić działania na rzecz naszego patrona na tym wstępnym etapie, jeśli jakoś sformalizujemy starania. Mówimy o czasie, gdy Rotblat nie miał na przykład hasła w polskiej Wikipedii. Przez czas pandemii zrobiliśmy niestety niewiele, ale nawet nie czuję, że powinniśmy się z tego tłumaczyć. Nie jesteśmy zatrudnieni w Fundacji, pracujemy w niej dla idei. Przed epoką koronawirusa za każdym razem, gdy jechałam gdzieś w celach zawodowych, na przykład na konferencję, szukałam szkoły, w której mogłabym wpaść i przeprowadzić warsztaty.

Zdjęcie z prywatnego archiwum J. Roszak

Zdjęcie z prywatnego archiwum J. Roszak

 

Esencją prac fundacji były dla mnie i są nadal działania edukacyjne.

Pyta Pani o plany. Zaproponowano mi przekład „Żurawia z origami. Opowieści o Józefie Rotblacie” na język angielski, z czego się ogromnie cieszę. A w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN można od niedawna oglądać wystawę „Dziedzictwo”, która przybliża sylwetki polskich Żydów: ludzi kultury, sztuki, nauki. W tej konstelacji – obok m.in. Idy Kamińskiej, Artura Rubinsteina, I. B. Singera, Leopolda Kronenberga, Heleny Rubinstein – znalazło się miejsce dla Józefa Rotblata. 2 września Muzeum POLIN zorganizowało internetową rozmowę o naszym patronie. Miałam przyjemność wziąć w niej udział.

 

KK: W Pani publikacji ,,Żuraw z origami. Opowieść o Józefie Rotblacie” pojawia się bardzo ciekawe zdanie – ,,W niniejszej książce, poświęconej Józefowi Rotblatowi, symbolem lubelskich ofiar Holokaustu stała się Tola Rotblat”.

JR: Tak, historia Toli to także historia 43 tysięcy lubelskich Żydów. Rekonstruowanie jej losów było i fascynujące, i depresyjne. Anglojęzyczna książka wprowadziła mnie w błąd – na fotografii kobieta, jasne włosy, przytulona do Rotblata, a podpis pod zdjęciem wskazywał na to, że była jego żoną.

 

Być może Tola robiła to zdjęcie, jednak po miesiącach odwiedzania archiwów, korespondowania z rodziną profesora, pozyskania listów i zdjęć – stało się jasne, że to nie ją przedstawiono na fotografii.

Takich aporetycznych historii było kilka. Ale i kilka momentów prawdziwej epifanii. Dziś myślę, że rzeczniczką mojego zainteresowania Rotblatem stała się właśnie jego żona, polonistka w świecie fizyka. Czułam z nią rodzaj połączenia.

 

KK: Zajmowanie się trudnymi doświadczeniami jest Pani dość bliskie. Kiedyś, w czasie spotkania Koła Miłośników Kultury i Literatury Żydowskiej ,,Dabru emet”, wspomniała Pani o różnych inicjatywach związanych z pomocą uchodźcom. Co można robić na gruncie edukacji? Czy jako polonistka wprowadza Pani temat uchodźców w obręb lekcji?

JR: Podczas każdych 45 minut można pokazywać postawy otwartości, miłości i szacunku. A bardziej tematycznie: zaprosiłam na lekcję Marinę Hulię, która opowiadała o dzieciach z dworca Brześć. Jedna z moich uczennic przepłakała większość tego spotkania.

W ramach projektu „My/mi/granci” wspólne kilkudniowe warsztaty przeprowadziliśmy z Hacenem Sahraoui, każdy ich element prowadził dziewczyny z moich klas do stworzenia krótkiego spektaklu o uchodźczyniach i uchodźcach.

 

Aż przykro w tym kontekście pomyśleć o zdalnej edukacji, która okazuje się czarną dziurą – takie spotkania, długie, prawdziwe jednak nie są możliwe na ekranie.

W ramach akcji „Pomagamy na sportowo” zbieraliśmy w szkole buty dla umieszczonych w obozie Nea Kavala. Zaprosiliśmy Jarosława Mikołajewskiego, który napisał poruszające teksty – i wiersze, i reportaże – o sytuacji uchodźców. Zawsze warto wyjść od historii jednej, konkretnej osoby i zobaczyć nie tysiące ludzi, którzy musieli opuścić na przykład Syrię, ale właśnie spotkać się z jedną osobą i poznać jej historię. Wymieniliśmy kilka wiadomości mailowych z byłym mieszkańcem Aleppo.

Najważniejsze jest połączenie człowiek-człowiek, rzeczywiste spotkanie, nawet jeśli czasem brakuje języka, jeśli szwankuje połączenie internetowe, jeśli osiągnie się mniej spektakularny efekt, jeśli zgłosi się mniej chętnych, niż się oczekiwało. Jak w nauce obcego języka: connection over perfection.

 

KK: Czy spotkanie się z niezadowoleniem ze strony dyrekcji czy rodziców uczniów?

JR: W poprzedniej szkole, gdy chciałam zaprosić uchodźczynię, Shirin z Iranu, aby młodzież mogła z nią porozmawiać, spotkałam się z oporem dyrekcji. Bardzo zależało mi na tym, aby na wzór książki „Trudne pytania w dialogu polsko-żydowskim” spisać pytania, które młodzi ludzie zadaliby uchodźczyni, oraz pytania, które pojawiłyby się z jej strony. Niestety, rozmowa nigdy się nie odbyła, jako „zagrożenie dla wartości chrześcijańskich”. Takich hitów doprawdy mogłabym przytoczyć więcej.

 

Jeśli tego typu wiedzy i emocji nie damy dzieciom i młodzieży, nie możemy oczekiwać, że same z nich wykiełkują. Ale może o to właśnie chodzi. Żeby młodzi ludzie nie myśleli krytycznie, żeby nauczyli się chodzić jako półtoraroczne dzieci, a później siedzieli grzecznie w ławce i słuchali?

Jak najdalsza jest mi taka wizja. Dlatego edukacja pokojowa (też spokojowa, skupiona na dobrostanie psychicznym) to kwintesencja działań szkoły, która nie chce zawodzić młodych ludzi. Ale należy ich uczyć o globalnych problemach (pandemia pokazała, że to nasza rzeczywistość), o komunikacji nieprzemocowej, rozwiązywaniu konfliktów.

Zdjęcie zrobione podczas Festiwalu Miłosza w 2021, z Facebooka Festiwalu

Zdjęcie zrobione podczas Festiwalu Miłosza w 2021, z Facebooka Festiwalu

 

Nie zliczę, ile razy cytowałam już Józefa Rotblata, który parafrazował antyczną sentencję „Si vis pacem, para bellum”.

Będąc niedawno w Krakowie, natknęłam się na makietę ekskluzywnego budynku mieszkalnego z tym łacińskim hasłem nad wejściem. Kto chciałby mieszkać pod inskrypcją: „Chcesz pokoju, przygotuj się na wojnę”? „Chcesz pokoju, przygotuj się na pokój” – to co innego. Gdybym kiedyś założyła szkołę, to byłoby jej motto.