fot. Dawid Tatarkiewicz, wejście do Ogrodu Botanicznego w Poznaniu

Polskie kolibry

Przyroda istniała na długo przed człowiekiem i radziła sobie bez niego doskonale. Podobnie radziłaby sobie teraz, gdyby człowiek w nią nie ingerował i zostawił jej wystarczający skrawek przestrzeni życiowej, a nie tylko skromne refugia.

Wstęp przyrodoznawczy

W nielicznych miejscach, w których spełniony jest przynajmniej pierwszy warunek, przyroda szybko odradza się, wybucha życiem i potrafi dać nam wytchnienie. Dla ciała i ducha.

Jedną z form odpoczynku dla człowieka współczesnego jest obserwacja przyrody. Jest to wykonalne nawet w mieście, tym bardziej na wsi. Co więcej: staje się to modne.

 

Tym bardziej włodarze miast i miasteczek powinni zadbać, by było tam jak najwięcej zieleni – z pożytkiem dla mieszkańców.

Swoje obserwacje czyniłem w okresie zimowym w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Teren niewielki, ogrodzony, gdzie pies i rower nie mają wstępu, a więc bez większych obaw można zadzierać głowę do góry.

 

To właśnie często czyni ornitolog, czyli ten, który interesuje się awifauną (tym, co lata), a ściślej – ptakami.

Tak, ptakami, nie dronami, które mają aspirację naśladować ptaki i oby na aspiracjach się skończyło. Nie chciałbym na niebie lub w koronach drzew obserwować dronów zamiast ptaków lub pszczół, a są obawy, że jeśli nadal będziemy bezrefleksyjnie gnębić przyrodę w imię niezrównoważonego rozwoju oraz niepohamowanego wzrostu gospodarczego, to możemy tak skończyć.

Przyroda nie służy do ujarzmiania (mówi o tym między innymi papież Franciszek), gdyż czyniąc to – ujarzmiamy każdą jej integralną część, a więc i siebie.

Obserwację przyrody polecam zwłaszcza tym osobom, których wzrok kieruje się (czasami bez możliwości wyboru, w pracy) zasadniczo w jednym wiodącym kierunku, mianowicie w kierunku źródeł światła, które emitują ekrany i monitory wszelkich urządzeń przenośnych i stacjonarnych, które nagminnie kradną nam czas także z codzienności prywatnej. Lajkoholizm nie sprzyja przecież kontaktom międzyludzkim w realnym świecie, a o kontakcie z żywą przyrodą można zapomnieć.

Ad rem!

Czy w Polsce żyją kolibry? Jeśliby chcieć krótko odpowiedzieć na to pytanie, trzeba od razu powiedzieć: nie. Choć niektórym wydaje się czasem, że tak, że widzieli je i to widzieli na pewno. Jest tak z racji napotykania raz po raz (zapewne coraz rzadziej) dużych motyli, które pożywiają się, zawisając w powietrzu przy wybranej roślinie. Rozwiniętą trąbką (narządem gębowym) trafiają przy tym do odpowiednich części kwiatu, przypominając kolibry na tyle łudząco, że niektórych skutecznie, acz niechcący wprowadzają w błąd.

 

Tabliczka informacyjna dotycząca mysikrólika, fot. Dawid Tatarkiewicz

Tabliczka informacyjna dotycząca mysikrólika, fot. Dawid Tatarkiewicz

Skoro jednak nie ma kolibrów, to jakie ptaki mogą je przypominać?

Po pierwsze, powinny to być stworzenia małe. I to się zgadza, gdyż mowa będzie tu o najmniejszym ptaku Polski. Po drugie, powinny być to ptaki bardzo zwinne, by lot zawisający nie stanowił dla nich problemu. Czy jednak widział ktoś kiedyś zawisającego w locie małego przedstawiciela polskiej ornitofauny? Raczej nie.

A to dlatego, że latem – kiedy nastaje czas urlopów i wakacji – szansa na dostrzeżenie bohatera tej opowieści jest raczej niewielka, jak on sam. Łatwiej można usłyszeć jego piskliwy, wysoki głos, kiedy przemyka tak też – wysoko – wśród gęstego listowia, a raczej igliwia. Jest to bowiem ptak wybitnie związany z drzewami iglastymi.

Kto zacz?

 

Miłośnicy rozwiązywania krzyżówek, którzy hasło o najmniejszym ptaku Europy i Polski zarazem napotykają stosunkowo często, powinni już wiedzieć o kogo chodzi: jest to mysikrólik (Regulus regulus).

Żeby mieć to szczęście i spotkać go oko w oko, trzeba podejść pod występujące w miejscu obserwacji iglaki, rosnące choćby w skąpych grupach, najlepiej te o gęstym igliwiu, jak świerki czy jodły. I nasłuchiwać. Jego obecność zdradza wspomniany już wysoki, krótki głos, którym poszczególne ptaki niejako informują się nawzajem o swojej obecności i miejscu pobytu w danej chwili.

 

Odzywają się wtedy zwykle powtórzonym dwukrotnie: ci, ci. Czasem jednak da się usłyszeć ci, ci-ci, cirr-irr-irr lub cirr-cirr-cirr-cirr, a także ci-ri-ri-ri-ri(r).

By było nieco trudniej, mysikróliki lubią przebywać w towarzystwie innych drobnych ptaków: sikor (bogatek, modraszek) i kowalików, które – przynajmniej modraszki – odzywają się, jak na moje ucho, bardzo podobnie owym „ci, ci”. Kiedy więc nie widzimy osobników wydających głos, gdyż przebywają wysoko w koronie drzewa, a my nie mamy lornetki, pojawia się pierwszy problem: modraszka to czy mysikrólik?

 

Zgodnie ze znanym powiedzeniem, początki – w tym przypadku obserwacji – mogą być trudne. Pewne gatunki wydają się na początku nierozróżnialne. Odczułem to przede wszystkim badając zwinne i szybkie  ważki.

 

Ogólna zasada, obowiązująca w takich sytuacjach i wypróbowana przeze mnie, jest taka: im dłużej przebywamy w przyrodzie, tym więcej o niej wiemy, tym więcej widzimy i tym łatwiej możemy dokonać właściwej identyfikacji gatunkowej.

Jest tak dlatego, że osobnik, należąc do określonego gatunku, cechuje się nie tylko właściwym sobie głosem czy kolorem, ale również, a może przede wszystkim, właściwym dla swojego gatunku zachowaniem.

Dygresja

W tym miejscu nastąpi dygresja: kiedy już zadrzemy głowę i postoimy bez ruchu, próbując dostrzec ruch w koronie drzewa, poczujemy że obserwacja jest rodzajem fizycznej pracy. Utrzymać tak głowę przez pewien czas wcale nie jest łatwo.

Do tego ostrzegam, że u osób postronnych przedstawiciel Homo sapiens wnikliwie przyglądający się koronie drzewa budzi podejrzenia różnej natury, na początku zwykle dalekie od właściwej natury, tej obserwowanej. Nie wiadomo wszak, czy to miłośnik świąt, który zapatrzył się w choinkę i marzy właśnie z rozrzewnieniem o Wigilii; czy też może jegomość ów niewygodnie spał i nie może teraz opuścić głowy.

 

“A może on tam coś ciekawego dostrzegł?” – myśli wreszcie obserwator obserwatora.

 

I zaczyna się proces dochodzenia do prawdy. Jeśli obserwator przyrody ma przy sobie lornetkę, jego obserwator zaczyna powoli rozumieć, że ma do czynienia z miłośnikiem natury.

Kuleczki w koronach drzew

Skoro więc już dostrzeżemy ptasi ruch w koronie drzewa, trzeba skupić wzrok i gonić za „kuleczkami”, które skaczą z gałęzi na gałąź. W gęstym igliwiu jest stosunkowo ciemno i nieraz trudno dostrzec cokolwiek, poza sylwetką. Barwy umykają. Kiedy już jednak ptaki usłyszymy i je zlokalizujemy, istnieją dwie możliwości.

Pierwsza jest taka, że ptaki te wciąż będą żerować wysoko i przemieszczać się między gałęziami i poszczególnymi drzewami. Właśnie tu w rozróżnieniu gatunku pomocna może być istotna różnica behawioralna.

 

Sikory i kowaliki często przelatują na „gołe” w tym okresie drzewa liściaste lub krzewy. Mysikróliki, jak powiedziałby prawnik: co do zasady, nie czynią tego lub zdarza im się to sporadycznie. Trzymają się drzew iglastych.

Są przy tym zwykle bardziej jeszcze ruchliwe od wspomnianych innych gatunków ptaków. Mysikróliki nie usiedzą na miejscu ani sekundy, a w każdym razie czynią to rzadko. Za to zdarza im się podlatywać pod gałęziami i bezgłośnie zawisać w powietrzu. Machają przy tym skrzydłami tak szybko, że zasadniczo dostrzegamy tylko „mgiełkę” – zarys tychże skrzydeł.

 

Mysikróliki machają skrzydłami tak prędko, że dostrzegamy tylko mgiełkę, fot. Dawid Tatarkiewicz

Mysikróliki machają skrzydłami tak prędko, że dostrzegamy tylko mgiełkę, fot. Dawid Tatarkiewicz

To właśnie przez te krótkie chwile widzimy tytułowe polskie „kolibry” w pełnej krasie.

Niemniej, często bywa tak, i jest to druga możliwość, że ptaki, przemieszczając się, „schodzą” w naszym kierunku, a wtedy warto być przygotowanym. Dlatego zamieszczam fotografię portretową mysikrólika. Kiedy zobaczymy go z bliska i porównamy z modraszką, dostrzeżemy subtelną, ale wyraźną różnicę w wielkości (dodać należy, że równie mały, ex aequo z mysikrólikiem, jest mniej liczny w Polsce zniczek [Regulus ignicapillus], który jednak u nas zasadniczo nie zimuje).

Widać wówczas również różnicę w ubarwieniu. Mysikróliki mają piękne, stonowane oliwkowozielone ubarwienie z ciemnymi skrzydłami i jaśniejszymi na nich wzorami oraz z bardzo charakterystycznym wzorem na głowie: kontrastowo obwiedzionym czarnymi piórami żółtym środkowym paskiem ciemieniowym (u samca pośrodku pomarańczowym, co nie zawsze jest widoczne w terenie).

Myślę, że stąd wzięła się jego polska nazwa, tak oryginalna. Nie chodzi tu o skojarzenie z królikiem – zwierzęciem, ale raczej o zdrobnienie od słowa król.

 

Fotografia portretowa mysikrólika, fot. Dawid Tatarkiewicz

Fotografia portretowa mysikrólika, fot. Dawid Tatarkiewicz

Jest to więc mały król – „królik” – ale nie zwykły, lecz mysi, gdyż tak jak mysz mały. Tym samym jego niewielkie rozmiary zostały w jednej nazwie podkreślone dwukrotnie, jakby zaznaczając wybitną rangę tej fizycznej małości.

No i ten piskliwy, ale jednak bardzo miły głosik oraz wdzięczny ogonek, wyraźnie różny od mysiego…

Spotkanie w cztery oczy

Najpiękniejsze dopiero przed nami. Jeśli będziemy mieli okazję spotkać mysikrólika, czekajmy cierpliwie (najlepiej w bezruchu) i obserwujmy jego zachowanie. Może się bowiem zdarzyć, że on zechce przyjrzeć się nam. A wtedy potrafi zbliżyć się do człowieka niemal na wyciągnięcie ręki.

 

Popatrzy nam w oczy, a nie ma wielu piękniejszych chwil niż te, w których zobaczymy dzikie zwierzę z tak bliska, z jego wyboru, bez żadnej ingerencji w jego życie i środowisko.

I choć potrwa to tylko chwilę, to zapadnie w pamięci na długo. Panie i Panowie, oto był jego wysokość, najmniejszy król Polski, mysikrólik! Właśnie w ten sposób, szanując każde ogniwo życia, damy szansę obcowania z pięknem przyrody (naturą natury) również przyszłym pokoleniom.

To właśnie dzika przyroda, obok kultury, jest naszym najcenniejszym dziedzictwem. Mieliśmy ją i jeszcze gdzieniegdzie – wyspowo – mamy. Dajmy jej szansę na przetrwanie i odrodzenie, a skorzystamy na tym wszyscy.