fot. O. Urban

Powrót do kokonu

Abakan – tajemnicze hasło, ale oznaczające twory zadziwiająco znajome. Drzewiaste, roślinne, kłączowate, organiczne abakany, choć tak oryginalne i trwale związane z artystką, której nazwisku zawdzięczają nazwę, są równocześnie mimo pewnego niepokoju zaskakująco bliskie.

A jak abakan

W szkole podstawowej uwielbiałem wertować kilkutomową encyklopedię PWN pożyczaną od sąsiadów, później miałem już własny jednotomowy egzemplarz. Studiowanie papierowej encyklopedii ma pewną wadę; zaczynając lekturę od początku, możemy zbyt wiele uwagi poświęcić literze „A”, zaniedbując mniej szczęśliwe litery.

 

Magdalena Abakanowicz pojawiła się w moim życiu wraz z tajemniczym hasłem „abakan”; nazwa jej dzieła była mi wcześniej znana niż sama artystka. Abakan – tajemnicze hasło, ale oznaczające twory zadziwiająco znajome. Drzewiaste, roślinne, kłączowate, organiczne abakany, choć tak oryginalne i trwale związane z artystką, której nazwisku zawdzięczają nazwę, są równocześnie mimo pewnego niepokoju zaskakująco bliskie.

To był czas, gdy problemem był brak, a nie nadmiar informacji i konieczność ich selekcjonowania. Czuło się raczej pewną nadstabilizację, porządek, nie zaś przesadny rozrost, wybujały jak kłączowate macki; buchające nadmiarem barokowego ekscesu światy raczej nie były tym, co nam doskwierało. Stąd tajemnicze abakany jak korzeń w betonowym chodniku przebijały otaczającą nas rzeczywistość.

U siebie

Wchodząc na wystawę „Magdalena Abakanowicz. Jesteśmy strukturami włóknistymi”, poczułem się u siebie. Uświadomiłem sobie, że obcowanie z dziełami artystki to proces anamnezy, odkrywania tego, co znałem, w czym wzrastałem, a co chwilowo uległo zapomnieniu.

 

fot. O. Urban

fot. O. Urban

Przekrojowy charakter wystawy, której kuratorką była Anna Borowiec, a za aranżację odpowiadał Rafał Górczyński, jeszcze wzmacniał to poczucie. Szczególnie pierwsza, główna powierzchnia, eksponująca najstarsze prace, dawała poczucie powrotu do domu. Przypominała o tym, jaką moc przeobrażenia wyobraźni zbiorowej miały prace Abakanowicz, jak bardzo stworzona przez nią Pracownia Gobelinu wpłynęła na PRL-owską wyobraźnię plastyczną.

Abakany nie tylko stały się hasłem encyklopedycznym, ale także trwałym elementem zbiorowej wyobraźni.

Ucieczka

Droga artystyczna Magdaleny Abakanowicz, gra pomiędzy zmianą i kontynuacją, prywatnością światów wyobraźni i odwagą przeobrażania wyobraźni zbiorowej, to ilustracja tego, co daje możliwość stworzenia stałych, instytucjonalnych ram dla kreatywności, a równocześnie przykład na to, że z tradycją, stabilizacją, ramami instytucjonalnymi trzeba walczyć, aby móc tworzyć. To, co zniewala, równocześnie jest warunkiem twórczości. Abakanowicz jest wbrew pozorom wytworem nowoczesności; jej poszukiwania, często na granicy ram sztuki, szczególnie przedefiniowanie roli tkaniny, było możliwe dzięki temu, że nowoczesność widziała w sztuce pole warte stabilizowania i wspierania. Kreacja wymaga czasu i przestrzeni, w której może się zrealizować; Pracownia Gobelinu przy ówczesnej ASP (dziś UEP) artystce to umożliwiła. Choć nie przyszło to łatwo, gdyż wymagało wielkiego wysiłku i przedefiniowania całego pola pomiędzy sztuką a tkactwem; to co dawało oparcie, było też tym, co stawiało opór:

 

fot. O. Urban

fot. O. Urban

Byłam złą studentką. Chciałam czym prędzej skończyć studia i uciec jak najdalej od tych wszystkich ustabilizowanych kierunków, od ludzi (…). Uciec można tylko w siebie (…). Ucieczka trwa do dziś (…). Abakany były jednym z jej etapów. Wśród złożonych powodów ich powstania była także moja chęć udowodnienia sobie i innym, że zdołam z tej ciasnej dyscypliny o rzemieślniczych ograniczeniach zrobić sztukę czystą, wbrew jej całej tradycji.

 

Równocześnie, jak widzimy także na wystawie, z tą tradycją Abakanowicz cały czas dyskutuje, sprzecza się, wyrasta ponad nią i poza nią. Rezultat przytłacza. Abakanowicz to twórczyni światów, potrafiła utkać narrację, która organizowała wyobraźnię zbiorową. Jej kłącza, organiczne twory wyprzedzały tak modne dziś koncepcje posthumanistyczne. Dziś, gdy dyskutujemy na uniwersytetach teksty Serres’a, Haraway, Deleuze’a, Latoura, zapominamy często, że to, co fascynujące w ich myśli, Abakanowicz wyraziła językiem swymi kłączami, rzeźbami, linami o wiele wcześniej. Oglądając wystawę, czułem, że my mieszkańcy półperyferii skazani jesteśmy na los Koziołka Matołka, który „znów poszedł biedaczysko po szerokim szukać świecie tego co jest bardzo blisko”. Świat przeglądał się w dziełach Abakanowicz, wyprzedzały one mody intelektualne, trendy, a paradoksalnie równocześnie dostrzegamy to, używając zewnętrznych, „zachodnich” okularów teoretycznych.

Ku innemu światu 

Dobrym przykładem owego „wyprzedzania” są przypomniane na wystawie formy drzewiaste, które w  1991 r. zaproponowała ona jako propozycję przebudowy Wielkiej Osi Paryża, przecinającej miasto od strony Luwru przez Pola Elizejskie i Łuk Triumfalny aż do dzielnicy La Défense. Te wówczas awangardowe prace wyprzedziły jakże dziś żywą dyskusję o antropocenie. Abakanowicz i jej gigantyczne, obrośnięte zielenią budynki projektowały świat, który dziś chcielibyśmy, aby zaistniał. Jej futurystyczno-organiczna wyobraźnia dziś współgra z poszukiwaniami ocalenia od katastrofy związanymi ze zmianami klimatu. Cieszę się, że pokazano także ten aspekt jej twórczości, gdyż zbiega się z wystawą, która równolegle odbywa się w Galerii Miejskiej Arsenał „Refugia. Strzeż (się) tych miejsc”.

 

fot. O. Urban

fot. O. Urban

Formy drzewiaste Abakanowicz, które miały być zielonymi arkami, które pozwolą z jednej strony na bycie przyrodzie, z drugiej wciąż pozostaną częścią miast, współgrają z zaprezentowaną na wystawie „Refugia” pracą Jarosława Kozakiewicza „Zaburzenia horyzontalne” (2021), gdzie kłączowate struktury rozrastają się, przerastają miasto, tworząc postludzki świat. W tym sensie Abakanowicz jest swoiście posthumanistyczna.

Tworzy monstra, hybrydy, kłącza jako ukazanie wypartego momentu nowoczesności. Przywraca równowagę, wskazuje, że oprócz kątów prostych, gładkich powierzchni, abstrakcyjnego piękna kartezjańskiej siatki, świat to też sploty, gęstwa, magma, przerosty. Materialna obecność, usytuowanie w ciele świata, tak ważne w twórczości Abakanowicz, przez dziesiątki lat przygotowywały naszą wyobraźnię do tego, żeby zobaczyć świat poza nowoczesnym jego „pokrojeniem”.

Wystawa nie oddaje tego, jaki ogrom prac, pomysłów, zostawiła po sobie Abakanowicz. Wydaje się odrobinę zbyt sterylna, „pokrojona”. Tylko momentami czułem, że ogarnia, przenika, zaplata się wokół mnie włóknisty, gąbczasty świat Abakanowicz. Odczuwałem to jednak zbyt słabo, zbyt obecna była higieniczna przestrzeń wystawy, podkreślana bielą ścian oraz zimnem stalowych konstrukcji, na których eksponowano kłącza, co unieruchamiało rozbuchany rozrost struktur włóknistych.

 

fot. O. Urban

fot. O. Urban

Wbrew tytułowi wystawy, czułem, że brzmi on raczej „Wszyscy byliśmy strukturami włóknistymi”; zatrzymanie w śmierci odczuwałem bardziej niż wybuch życia. Przyznam, że chciałbym wystawy, gdzie abakany ściekałyby ze ścian, gdzie podłogę stanowiłyby zwały lin i kłączy, gdzie pomiędzy poszczególnymi pomieszczeniami musielibyśmy się przeciskać, przedzierać przez jelita włóknistych korytarzy. Gdzie schody byłyby giętkim tubami, które uginając się pod naszymi stopami, wytwarzałyby strach przed połknięciem. Tak, chciałbym zostać wchłonięty, przeżuty i wypluty przez ów włóknisty kokon abakano-świata.

Tak, wystawa przypomniała, że „my z niej wszyscy”, że mówimy jej językiem wyobraźni wszyscy, często o tym nie wiedząc. A że było według mnie zbyt sterylnie? Cóż, zdaję sobie sprawę, że moje rozbuchane barokowe marzenie pewnie realnie nie jest możliwe ze względów finansowych, logistycznych, technicznych, i co szczególnie intrygująco brzmi w tym kontekście – epidemiologicznych.