fot. Jakub Wittchen

Teatr i wyobraźnia

„Mam dość wybiórcze wspomnienia z czasów, gdy byłam dzieckiem – są okresy, których nie byłabym w stanie odtworzyć wcale, gdyby nie zdjęcia. Jednak wspomnienia zabawy oraz tego, jak działała moja wyobraźnia, gdy miałam kilka lat, są wciąż żywe i chętnie do nich wracam” – mówi Malina Prześluga-Delimata.

Skąd wzięły się zmysłowiska w Teatrze Animacji w Poznaniu?

Punktem wyjścia, zapalnikiem był Piotr Klimek, który przyniósł ten pomysł, gdy zaczął pracować jako dyrektor Teatru Animacji. Wcześniej, w Szczecinie, organizował podobne wydarzenia, przeznaczone dla osób niesłyszących. Wykorzystując rezonatory i inne techniki, umożliwiał osobom z dysfunkcją słuchu doświadczać muzyki. W Poznaniu postanowiliśmy tę ideę poszerzyć o inne zmysły, żeby dotrzeć do większego grona potencjalnych odbiorców.

Stanęło na tym, że pierwsze dwa zmysłowiska dotyczą wyłączenia zmysłu wzroku, choć w planach mamy również działania obejmujące wyłączenia innych zmysłów. Aktualnie zmysłowiska w Teatrze Animacji to spektakle dla odbiorców niewidzących i niedowidzących, ale nie tylko. Są one również bardzo interesującym doświadczeniem dla osób, które widzą. Zabieramy im na chwilę główny zmysł po to, żeby mogły doświadczyć świata na trochę innym poziomie.

 

Podczas zmysłowisk korzystacie z mikrofonu binauralnego. Na czym polega ta technologia?

Mikrofon, stworzony przez naszego akustyka, Macieja Kuśnierza, z zewnątrz wygląda jak głowa manekina, do której przyczepione są po obu stronach uszy. Ich małżowiny są w takim samym kształcie jak prawdziwe ludzkie ucho, by odpowiednio zbierać dźwięki. Taki system sprawia, że jeśli aktor szepnie coś do ucha manekina, odbiorcy słyszą to tak, jakby szeptał bezpośrednio do ich uszu.

Zawsze, gdy zaczyna się zmysłowisko i odbiorcy w słuchawkach słyszą pierwsze słowo wyszeptane do ucha, muszą sprawdzić, czy aktor nie jest tuż przy nich. I okazuje się, że stoi 10 metrów dalej i szepcze do jakiejś sztucznej głowy. Wrażenie jest tak mylące, że czasami można się nawet przestraszyć.

 

Jak odbiorcy reagują na takie zdarzenie teatralne?

Dzięki mikrofonowi binauralnemu naprawdę dzieją się cuda – to zupełnie inny efekt niż słuchowisko, które możemy usłyszeć w radiu. Bardzo lubię patrzeć na odbiorców, kilka razy brałam już udział w zmysłowisku bez słuchawek, siedziałam z boku i obserwowałam reakcje publiczności. Dokładnie widziałam, kiedy słyszą piękną muzykę – świadczyły o tym ich uśmiechy. Albo kiedy się wystraszyli, bo ktoś nagle szepnął coś bardzo blisko. Pod koniec pierwszego zmysłowiska, gdy stwarza się świat, odbiorcy znajdują się w pierwotnym lesie, pełnym zapachów i muzyki – widać po ich błogich minach, że się tam faktycznie przenieśli w wyobraźni. Ale też, co jest równie fajne, część z nich nie wytrzymuje i podgląda.

Malina Prześluga-Delimata, Teatr Animacji

Zmysłowisko, Teatr Animacji w Poznaniu, fot. W Kadrze, Piotr Bedliński

Założyliśmy oczywiście taką możliwość. Nie można ludziom kazać siedzieć bezwolnie w stanie wyłączenia zmysłów. Czasami ktoś, często dziecko, czuje, że musi przerwać.

 

Pojawia się jakiś rodzaj strachu/wątpliwości i wtedy popatrzenie sobie na to, co się dzieje, przynosi ulgę, ale także jest bardzo ciekawym, teatralnym doświadczeniem. Bywa to nawet zabawne.

Gdy mamy zamknięte oczy, jesteśmy gdzieś w środku lasu, słyszymy szum drzew, czujemy zapach kwiatów. Po czym podglądamy i okazuje się, że trójka aktorów gania dookoła mikrofonu z suchymi badylami, szeleści jakimiś papierkami, ktoś ma w plastikowym pojemniku wodę z aromatem i wachluje w stronę publiczności. Przez chwilę widzimy, jak teatralna magia powstaje od kuchni, a potem zamykamy oczy i znowu jesteśmy w lesie. To rzadka sposobność tak podglądać teatr od zaplecza.

 

Podstawą zmysłowisk są twoje teksty.

Tak to zostało pomyślane. Pierwsze zmysłowisko – „Nic, dzika mrówka, Adam i Ewa” –powstało na podstawie tekstu, który stworzyłam wcześniej, ale nie pisałam go z myślą o tego typu zdarzeniu. Okazało się jednak, że świetnie się nadaje, choćby dlatego, że jedną z głównych postaci było Nic. Dwie wcześniejsze realizacje teatralne miały z tym kłopot, bo jak pokazać coś, czego nie ma? A tutaj Nic pasowało nam jak znalazł.

Natomiast kolejny tekst napisałam już z myślą o zmysłowisku i to było dla mnie fantastyczne doświadczenie, ponieważ wiedziałam już, jakie mamy możliwości, a jakie ograniczenia. Starałam się tak konstruować tę historię, by inne zmysły, bo nie tylko słuch się tu pojawia, miały rację bytu. Na przykład postaci mają w pewnym momencie kontakt z bardzo intensywnym zapachem ryby.

 

Wszystko dzieje się w kosmosie, bo razem z reżyserką Julią Szmyt uznałyśmy, że to świetna przestrzeń do rozwijania opowieści i jej doświadczania w obszarze zmysłów.

 

Tworzymy świat przeróżnych planet, na których dzieją się rozmaite rzeczy, tak czy inaczej oddziałujące na zmysły. Bardzo mnie ta historia poniosła i jestem zadowolona z tego, co napisałam. Mogę też zdradzić, że jedna z postaci w „Halo kosmos!” jest niewidoma od urodzenia. To zresztą dość naturalne, bo to dżdżownica. One są niewidome, więc dżdżownica nie ma z tym żadnego problemu. Myślę, że ta postać wnosi interesującą perspektywę dla odbiorców, do których chcemy trafić.

Jestem też bardzo ciekawa, jak to będzie wyglądało, kiedy podejdziemy do projektu zmysłowiska w inny sposób, kierując go do osób niedosłyszących i niesłyszących. Wówczas zdarzenie nie będzie się opierało na tekście. Będę raczej tworzyła libretto, historię, którą będziemy potem opowiadać za pomocą obrazów, zapachów i może jakichś wibracji – tego jeszcze nie wiem, ale to też będzie interesujący eksperyment.

Malina Prześluga-Delimata, Teatr Animacji

Zmysłowisko, Teatr Animacji w Poznaniu, fot. W Kadrze, Piotr Bedliński

 

Drugie zmysłowisko w Teatrze Animacji pod tytułem „Halo kosmos!” będzie miało premierę 29 listopada, podczas festiwalu Konteksty. Jak przebiegają próby?

Teraz to wyglada tak, że na Scenie Witraż położona jest puszysta, czarna wykładzina, która tłumi wszelkie kroki. Dookoła stoją ekrany wygłuszające zrobione z zastawek, ustawione tak, by dźwięk się nie odbijał, a pośrodku stoi mikrofon i leży strasznie dużo dziwnych przedmiotów. Zbieranina rzeczy, które wydają przeróżne dźwięki. Znajduje się tam na przykład kilkanaście słoików po passacie pomidorowej. Nasz producent dostał zadanie i musiał zutylizować zawartość tych słoików, więc cały teatr przez jakiś czas zajadał passatę. Potrzebne były te konkretne słoiki, a nie inne, bo właśnie one wydają dźwięk, o który nam chodzi.

Bardzo fajne jest eksperymentalne poszukiwanie dźwięków, bo czasami wydaje się, że jakiś odgłos przypomina start rakiet, czy stąpanie po żwirze, a gdy zakładamy słuchawki, okazuje się, że to nie to i trzeba szukać dalej. Czujemy się troszeczkę jak twórcy animacji filmowych, którzy tworzą tętent kopyt przy pomocy łupin kokosa. Na przykład ruch dżdżownicy po podłożu otrzymujemy teraz dzięki tarciu rzepa o rzep. Prób jest dużo, byśmy mogli szukać tych brzmień. Za muzykę odpowiada Patryk Zakrocki, a za udźwiękowienie Bartek Olszewski.

 

Co jeszcze, oprócz premiery zmysłowiska, zobaczą w tym roku widzowie Kontekstów?

Festiwal potrwa cztery intensywne dni. Szczegółowy program znajduje się na stronie internetowej. W tym roku czeka nas polska edycja z racji tego, że nie udało nam się, jak i wielu innym instytucjom, uzyskać dofinansowania z budżetu państwa. Ograniczyliśmy się do tego, co powstaje w Polsce, a to też są bardzo interesujące propozycje. Pokażemy 11/12 spektakli. Będą to zdarzenia z pogranicza teatru formy, teatru lalkowego, ale rozumianego bardzo nowocześnie i współcześnie.

 

Idiomem, wokół którego zbudowaliśmy program, jest hasło „zjawiska” – chodzi o ten niepodobny do niczego rodzaj zachwytu, który daje nam obcowanie z nietuzinkowym teatrem.

Oprócz naszej premiery pokażemy też dwie inne realizacje Teatru Animacji – „Miłość do trzech pomarańczy” i „La la lalki”. Ze spektakli, które chcemy pokazać, warto wymienić choćby wielokrotnie nagradzane: „Don Kichota” w koprodukcji Grupy Coincidentia i Teatru Pinokio z Łodzi, „Pod adresem marzeń” z kieleckiego Kubusia czy „Minutkę” Teatru Baj w Warszawie. Bilety na wszystkie wydarzenia festiwalowe kosztują tylko 15 złotych i już można je kupować.

 

Listopad będzie bardzo intensywnym miesiącem w Teatrze Animacji – szykujecie jeszcze jedną premierę w połowie miesiąca.

15 listopada zapraszamy do teatru na spektakl „Ja, Bałwan” na podstawie mojego tekstu, który reżyseruje Artur Romański. To będzie zimowa historia, stąd premiera tuż przed zimą. Co ciekawe, spektakl będzie bardzo multimedialny – łączymy aktorów w żywym planie oraz formy z technologią. Używamy kilku rzutników i kamer, cała scenografia jest z papieru, pojawią się makiety, które z płaskich zmieniają się w przestrzenne i zaskakują widzów tym, że tam się wszystko rusza, obraca. Za scenografię i technologię papieru odpowiada poznańska artystka Marta Maria Madej. Muzykę komponuje Tomek Lewandowski.

Malina Prześluga-Delimata, Teatr Animacji

„Ja, Bałwan”, na podstawie tekstu Maliny Prześlugi-Delimaty, reż. Artur Romański, Teatr Animacji w Poznaniu

 

To historia dla starszych dzieci, od 8–9 lat w górę. Opowiada o Bałwanie, który za chwilę stopnieje i na swojej drodze spotyka Marchewkę – zgorzkniałego i niezbyt miłego typa bez perspektyw, który cały wolny czas spędza w salad barze.

Naiwny, świeżo narodzony dzieciak – Bałwan – pozwala mu uwierzyć, że życie jest godne uwagi, choć on sam ma go w końcu niewiele, bo zbliża się odwilż. Zawiązuje się między nimi prawdziwa męska przyjaźń, która sprawia, że w pewnym sensie obaj oszukują przeznaczenie – w metaforyczny sposób udaje im się uniknąć końca. Staramy się balansować między powagą a humorem, bo tekst jest lekki i dowcipny, ale sprawy, których dotyczy już nie.

 

Jako autorka tekstów operujesz niebywałą, zachwycającą wyobraźnią. Skąd czerpiesz inspiracje, żeby tak patrzeć na świat?

To pozostałość z dzieciństwa. Mam dość wybiórcze wspomnienia z czasów, gdy byłam dzieckiem – są okresy, których nie byłabym w stanie odtworzyć wcale, gdyby nie zdjęcia. Jednak wspomnienia zabawy oraz tego, jak działała moja wyobraźnia, gdy miałam kilka lat, są wciąż żywe i chętnie do nich wracam. Personifikacja obiektów, zjawisk, roślin, zwierząt, czyli typowo dziecięce postrzeganie świata. Nadawanie duszy i osobowości wszystkiemu, co nam wpadnie w ręce.

Dzieci powinny bawić się nie wyłącznie zabawkami, które są skończone i mają określone przeznaczenie czy zadanie (na przykład edukacyjne) do wykonania, ale tym wszystkim, co się napatoczy, od patyków i szyszek z lasu po przyrządy kuchenne, garażowe, łazienkowe. Dzięki nim najlepiej rozwija się wyobraźnia, wrażliwość i pewna elastyczność myślenia, które owocują w dorosłym życiu.