fot. Pexels

Przestrzenie zabawy

Dobra zabawa nie jest wyłącznie kwestią przemyślanych strategii rodzicielskich i dobrze zaprojektowanych zabawek, ale rezultatem uważnej obserwacji bawiących się dzieci.

Zacznijmy od sprawy oczywistej: nasze wyobrażenia dziecięcych i dorosłych światów opieramy głównie na parach przeciwieństw. Część z nich wynika z oczywistych różnic biologicznych i rozwojowych między dziećmi i dorosłymi, część jest rezultatem teorii filozoficznych, psychologicznych, pedagogicznych, trendów wychowawczych, polityk publicznych i przekonań dorosłych na temat tego, co to znaczy być dzieckiem.

 

Część z tych narracji to laurki dla dorosłych (racjonalnych, dojrzałych, odpowiedzialnych), część z kolei pokazuje dzieci jako kreatywne, spontaniczne istoty obdarzone wyobraźnią, o jakiej dorośli mogą tylko pomarzyć.

Rozpięty między nimi obraz dziecka i dzieciństwa jest siłą rzeczy co najmniej nieoczywisty. Ma to ciekawe konsekwencje dla rozumienia dziecięcej zabawy. Nierzadko to, w jaki sposób ją interpretujemy, zwłaszcza tę dobrą, mądrą i wartościową, okazuje się nie tyle odzwierciedleniem obserwacji bawiących się dzieci, dokumentacją ich praktyk, marzeń i przez nie definiowanych potrzeb, ile rezultatem rodzicielskich i kulturowych ideologii związanych ze sposobami rozumienia statusu dziecka i sensu dzieciństwa. Co więc widać? 

ZABAWA JAKA JEST, KAŻDY WIDZI

Zabawa pozwala rozwijać funkcje motoryczne, poznawcze, emocjonalne i społeczne dziecka; uczy zasad społecznego współżycia, pomaga poznać i wyrazić siebie oraz budować międzypokoleniowe więzi. Tyle teoria. Doświadczenie podpowiada jeszcze, że mieści się w niej zarówno podążanie za regułami, jak i ryzyko, uważność i eksperymentowanie, tworzenie i destrukcja, porządek i chaos, sukces i porażka, ekscytacja i nuda.

Dzieci bawiące się w piaskownicy (1967). Fot. Grażyna Rutowska, źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

 

Nierzadko poszukujemy gotowych przepisów na dobrą zabawę, próbujemy odróżnić tę mądrą od tej niemądrej, wartościową od bezwartościowej, nieczęsto jednak zadajemy sobie pytanie o to, czym jest zabawa.

Charles Baudelaire niszczycielskie akty bawiącego się dziecka traktował jako jeden z kluczowych aspektów zabawy, widząc w nim nie tyle wandalizm, ile naukową, wręcz metafizyczną ciekawość. Członkowie artystycznych partyzantek i ruchów kontrkulturowych akcentowali wpisany w zabawę potencjał rewolucyjny, koncepcja „homo ludens” (człowieka bawiącego się) pozwoliła z kolei zdefiniować zabawę jako źródło kultury.

Skoro zabawa jest tym wszystkim jednocześnie – jaką soczewkę wybrać, patrząc na bawiące się dzieci? Jakie sensy przypisać temu, co robią? Nie ma, rzecz jasna, jednej odpowiedzi na te pytania. 

CO TO JEST DOBRA ZABAWKA?

Zabawa podlega dzisiaj szczególnemu reżimowi: ma być użyteczna. Skoro nauka potwierdza jej doniosłość w życiu (małego) człowieka, mając świadomość tego znaczenia, chcemy by służyła czemuś pożytecznemu, jak np. rozwój kompetencji, wiedzy czy umiejętności – w myśl zasady „bawi i uczy”.

Dzieci podczas zabawy na chodniku przed blokiem. Widoczne zabawki – łopatki, telefony, kasa fiskalna i waga sklepowa (1977). Fot. Grażyna Rutowska, źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wynika to zapewne zarówno z dominującego „projektowego” myślenia o dzieciństwie jako okresie gromadzenia kapitałów na przyszłość i związanego z nim podejścia do czasu – jako zasobu, którego nie wolno marnować. Przekłada się to z kolei na logikę projektowania zabawek.

Dwie główne kategorie ilustrujące powyższe trendy to: edukacja i kreatywność. Zabawki edukacyjne i kreatywne to „zabawki inwestycje”, mimo że każda – czy będzie to komplet klocków z cyferkami, lalka Barbie, klej w brokacie czy zestaw do hodowania kryształów – potencjalnie zakłada wykorzystywanie i wytwarzanie wiedzy o świecie, eksperymentowanie z zasadami, które nim rządzą oraz indywidualną ekspresję.

O ile zabawki edukacyjne kierują się głównie logiką psychologii rozwojowej, prowadząc młodego człowieka przez kolejne szczeble rozwoju (o czym informują przedziały wiekowe umieszczane na opakowaniach i naukowy żargon opisów rozwijanych kompetencji), o tyle zabawki kreatywne stają w obliczu ciekawego paradoksu.

Z jednej strony mają na celu rozwijanie umiejętności, która polega między innymi na przekraczaniu ograniczeń i szukaniu alternatywnych rozwiązań, z drugiej – są przecież zabawkami, a więc przedmiotami o zaprojektowanej formie i przeznaczeniu, służącymi do osiągania określonego celu, czyli rozwoju dziecięcej kreatywności.

 

Wiara w to, że dziecięcą kreatywność da się zaprojektować, bierze się przynajmniej po części z naszego uzależnienia od systemu wiedzy eksperckiej, która narosła wokół zabawy i jej właściwych, rozwijających dzieci form.

Zabawa staje się coraz bardziej sprofesjonalizowaną czynnością, wymagającą konkretnych narzędzi i zakładającą określone efekty. A przecież kreatywność i zdobywanie wiedzy o świecie potrzebują zarówno sprzętu, jaki przyzwolenia (dorosłych i dzieci) na eksplorację, w tym na próby i nieudane eksperymenty.

Z moich obserwacji wynika, że kreatywność i wiedzę pobudzają dwa czynniki notorycznie usuwane z pola widzenia zabawy, nieoczywiste bliźniaki: nuda i ryzyko

UWAGA! NUDA!

„Nudzę się” – to chyba najbardziej stresujące słowa, które rodzic może usłyszeć od dziecka. Impuls zrobienia czegoś, żeby nudę zabić, jest bardzo silny. A jednak psychologowie coraz częściej przepisują nudę jako lekarstwo na trudy współczesnego dzieciństwa, którego głównym wrogiem jest chyba raczej nadmierna stymulacja niż ryzyko nicnierobienia.

Co to zresztą znaczy nic? Nuda daje przestrzeń na oddech, na pobycie ze sobą, na poszukiwanie impulsów do działania poza obszarami wyobraźni, które nierzadko wypełniają za nas inni – prowadzący kreatywne warsztaty, budujący place zabaw czy produkujący zabawki oferujące gotowe rozwiązania.

 

Wydaje się, że czasami zamiast zabijania nudy, warto zanurzyć się w nią razem z dzieckiem i przyjrzeć, jak wygląda i o czym nam mówi.

Dzieci podczas zabawy (1973). Fot. Grażyna Rutowska, źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Warto nauczyć się doświadczania nudy, bo oglądanie przepływających obłoków, liczenie pękniętych płytek chodnikowych czy pochylanie się nad ślimakami może okazać się przecież wstępem do fascynujących scenariuszy zabawy.

Podobnie z ryzykiem. Podejmowanie przez dzieci ryzyka jest bardzo ważnym elementem zabawy – pozwala im poznać i przekraczać granice własnych możliwości, proponować alternatywne scenariusze rozwiązań (jak mogę zrobić to inaczej?), budować swoją siłę i konfrontować się ze swoją kruchością.

Oczywiście – trzeba o tym pamiętać – ryzyko to nie to samo, co niebezpieczeństwo. Mówiąc obrazowo, ryzyko jest widoczne i można je skalkulować, niebezpieczeństwo na nas czyha i zazwyczaj się go nie spodziewamy.

Ryzykowna może być próba wejścia na drzewo, na którym siedzi już nasz przyjaciel, niebezpieczne jest wspinanie się na spróchniałą gałąź, która w każdej chwili może pęknąć.

PRZESTRZENIE ZABAWY

Dzieci bawiące się na zjeżdżalni podczas uroczystości otwarcia ogródka jordanowskiego przy ulicy Opaczewskiej 1 w Warszawie (1936). Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Myśląc o dzieciństwie, często przyglądamy się mu przez filtr własnych wspomnień, przywołujących nostalgiczne obrazy podwórek z trzepakami w tle, gier w klasy rysowanych kredą na asfalcie i innych niekoniecznie dziecięcych miejsc realizowania najdzikszych scenariuszy zabaw.

Tymczasem w praktyce obecność dzieci w miastach – bo tam większość z nich przeżywa swoje dzieciństwo – sprowadzana jest głównie do placów zabaw. I choć historia placów zabaw jest arcyciekawa, projektuje się je zazwyczaj według mało fascynującej formuły 4S (swing, see-saw, slide, sandbox), która definicję miejsca dziecięcych zabaw sprowadza do żelaznego zestawu: huśtawki, ważki, zjeżdżalni i piaskownicy. Można jednak inaczej.

Moje ulubione alternatywne miejsca zabawy to „place budowy zabaw”, naturalne place zabaw i sztuka publiczna dla dzieci (Carl T. Sørensen zauważył, że dzieci chętniej bawią się wszędzie indziej, tylko nie na specjalnie zaprojektowanych urządzeniach – wolą niegotowe struktury niż domknięte projekty).

„Plac budowy zabaw”, którego ilustracją może być opuszczona parcela z francuskich przygód Mikołajka, odwołuje się do idei dziecięcej sprawczości, przyjemności nie tylko zajmowania, ale także wytwarzania przestrzeni zabawy i to z „dorosłych” elementów, jak stare opony, deski i inne śmieci.

 

Naturalny plac zabaw, w którym model 4S zastępują konary, kamienie, piasek, woda i rośliny, jest potencjalnym lekarstwem na doświadczany przez współczesne dzieci deficyt natury, w betonowej dżungli.

Natomiast sztuka publiczna – raczej pretekst do zabawy niż miejsce zabaw – otwiera możliwość myślenia o zabawie nie tyle jako ściśle dziecięcej aktywności, ile o przedsięwzięciu, które łączy dzieci i dorosłych, wszystkich po równo obdzielając frajdą z przekraczania granic rutynowego używania miejskich przestrzeni.

PRZEPIS NA ZABAWĘ

Dziewczynka na rowerku w kształcie motocykla. Za nią widoczna dziewczynka z rowerem składanym (1979). Fot. Grażyna Rutowska, źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Według Cynthii Gentry dobrze zaprojektowane miejsce zabaw powinno – po pierwsze – zachęcać do ruchu. Świetnie nadają się do tego różnice w ukształtowaniu powierzchni i poziomach, czego przykładem jest uwielbienie dzieci dla chodzenia po murkach. Po drugie plac zabaw powinien pobudzać zmysły i wyobraźnię (niekoniecznie musi to być gra w kółko i krzyżyk) i oddawać ducha miejsca (nawiązując do otaczającej architektury albo lokalnej historii).

Jeśli się dobrze zastanowić, przestrzeń publiczna nierzadko nadaje się do tego lepiej niż plac zabaw. Dobra zabawa nie jest wyłącznie kwestią przemyślanych strategii rodzicielskich i dobrze zaprojektowanych zabawek, ale – być może przede wszystkim – rezultatem uważnej obserwacji bawiących się dzieci i traktowania ich jako partnerów w projektowaniu jej ram.

Obserwacja i współpraca pozwolą nam zobaczyć, czym zabawa jest dla nich, co się dzieje, kiedy się bawią. Ostatecznie to one są tutaj prawdziwymi ekspertami. Czasem lepiej po prostu stanąć z boku i nie przeszkadzać.

 

Tekst ukazał się 1 czerwca w dodatku Kultury u Podstaw do „Głosu Wielkopolskiego”. 

MAJA BRZOZOWSKA-BRYWCZYŃSKA – socjolog, adiunkt w Zakładzie Badań Kultury Wizualnej i Materialnej Instytutu Socjologii UAM w Poznaniu, mama dwójki dzieci. Naukowo zajmuje się analizą możliwości, form, obszarów i problemów związanych z dziecięcą partycypacją w życiu społecznym, poszukuje dobrze zaprojektowanych placów zabaw, promuje ideę dziecięcego obywatelstwa. Angażuje się w projekty społeczne i artystyczne, zwłaszcza związane z pograniczem sztuki, zabawy i sprawczości.

CZYTAJ TAKŻE: Laboratorium gier – projekt rodem z Leszna

CZYTAJ TAKŻE: Wtajemniczenie w świat. Dzieci i nauka – Laboratorium Wyobraźni

CZYTAJ TAKŻE: Spotkanie – oswajanie świata przez sztukę. Rozmowa z Jerzym Moszkowiczem