fot. Mariusz Forecki

Regionalna sztuka zewnętrzna

Zwiedzając wielkopolskie miasta, warto przyjrzeć się nie tylko zabytkom, ale również niektórym muralom. Tym bardziej że wielkoformatowe malarstwo to sztuka ulotna. Nigdy nie wiadomo, kiedy właściciel ściany postanowi ją ocieplić albo powiesić na niej reklamową płachtę.

Historia muralizmu w Polsce to dzieje pewnej obsesji. W ciągu ostatniej dekady w kraju zapanowała „muraloza”. Wszystkie duże miasta na czele z Poznaniem, Łodzią, Katowicami czy Gdańskiem prześcigały się w malowaniu jak największej liczby wielkoformatowych prac, powtarzając błędy, które popełnili organizatorzy światowych imprez nazywanych umownie streetartowymi. Skupienie się jedynie na estetyce, angażowanie tych samych artystów czy ignorowanie zjawiska gentryfikacji, zamieniającego przestrzeń dla lokalnych mieszkańców w turystyczną scenografię – to tylko kilka podstawowych grzechów.

Gdy duże miasta wyleczyły się z mody na murale, podchwyciły ją mniejsze miejscowości, szczególnie w formie wszelkich upamiętnień. Rocznice (szczególnie powstania wielkopolskiego), znane postaci czy wydarzenia historyczne – wszystko stawało się dobrym tematem na mural. Widać to doskonale, gdy podróżuje się po Wielkopolsce. Nie znaczy to jednak, że w małych miejscowościach nie znajdziemy na murach dobrych i ciekawych realizacji. Oto niektóre z nich.

„Kaseta”, Mariusz Waras (M-City), Jarocin, ul. Waryńskiego, 2012

W Jarocinie przez kilka lat trwał festiwal streetartowy „Z kontrkultury w popkultury”, którego kuratorem był Filip Fajfer. Początkowe założenia imprezy polegały na tym, by za pomocą murali upamiętnić rockową tradycję Jarocina. Praca M-City była jednym z pierwszych murali w wielkopolskim mieście, a do tego jedną z najlepszych realizacji w całej historii tej imprezy. Wykonana w „punkowym stylu” złamana kaseta jest doskonałym symbolem końca pewnej epoki. Epoki drapieżnego, niezależnego punku, nagrywanego przez publiczność jarocińskich festiwali podczas koncertów, na ówczesnych cudach techniki, czyli magnetofonach marki Kasprzak. Z kolei sam Mariusz Waras to jeden z najbardziej poważanych muralistów na całym świecie.

„Adam i Ewa”, Wojciech Kołach (Otecki), Leszno, róg Nowego Rynku i ul. Matejki, 2016

Wojciech Kołacz, działający pod pseudonimem „Otecki”, jest liryczny i zakorzeniony zarówno w świecie naiwnej sztuki ludowej, jak i artystycznej tradycji głównego nurtu, począwszy od sztuki średniowiecza oraz wczesnego renesansu. Bardzo zręcznie łączy wszystkie źródła swoich inspiracji, przekładając je na własny, oryginalny i współczesny język. Mural „Adam i Ewa” jest doskonałym przykładem tej strategii. Mamy tu płaską perspektywę, zgaszone kolory i geometryzującą kompozycję. Wszystko to sprawia, że praca jest dynamiczna, ale nie przytłacza i nie krzyczy w przestrzeni publicznej. 

murale

„Adam i Ewa”, Wojciech Kołach (Otecki), Leszno, róg Nowego Rynku i ul. Matejki, 2016. Źródło: polskaniezwykla.pl

„Bez tytułu", grupa MURall, Śmigiel, ul. Sienkiewicza, 2017

Grupa MURall odpowiada za słynne malowidło na poznańskiej Śródce, będące jedną z atrakcji turystycznych stolicy Wielkopolski. Efekciarska i kiczowata fantazja na temat historycznej dzielnicy Poznania sympatycznie wygląda na Instagramie, ale w rzeczywistości uderza kolorami, bajkowym banałem i czymś, co architekci nazywają infantylizacją przestrzeni publicznej. Za to świetny mural wykonany przez te same osoby w maleńkim Śmiglu jest prawie nieznany. Nie jest krzykliwy, wykorzystuje za to autentyczne źródła wizualne. Twórcy przenieśli bowiem na ściany XVIII-wieczną panoramę miasta, imitując grafikę warsztatową z epoki, opartą na delikatnej, czarnej kresce. Co więcej, praca obejmuje szczytową ścianę i znajdujący się poniżej mur. Połączenie tych dwóch przestrzeni nie było łatwe, a dało doskonały efekt. 

„Cyfrowy antyk”, Michał Mąka, Kalisz, ul. Majkowskiej, 2019

Podobną metodę do tej zastosowanej przez artystów w Śmiglu wykorzystał Michał Mąka w zrealizowanym w tym roku „Cyfrowym antyku”. Słynny pomnik Flory znajdujący się w kaliskim Parku Miejskim stał się punktem wyjścia do przeniesienia tej postaci na ściany. Jako że język rzeźby rządzi się innymi prawami niż płaski fresk, Mąka postanowił namalować boginię w komiksowym stylu, stosując gruby kontur. A żeby antyk stał się „cyfrowy”, na twarzy Flory zobaczymy różnokolorowe pasy, przypominające zakłócenia na ekranie monitora. Cóż, dziś wszystko jest symulakrum i wszystko jest tymczasowe. Murale w szczególności. 

murale

„Cyfrowy antyk”, Michał Mąka, Kalisz, ul. Majkowskiej, 2019. Fot. Andrzej Kurzyński, źródło: kalisz.naszemiasto.pl

„Bez tytułu”, Nitzan Mintz, Dede, Ostrów Wielkopolski, ul. Raszkowska (Forum Synagoga), 2018

Znajdujący się obok słynnej ostrowskiej synagogi mural to jedyny przykład w Wielkopolsce zastosowania języka hebrajskiego w wielkoformatowym malarstwie, choć tu raczej należałoby powiedzieć – wielkoformatowej, typograficznej kompozycji. Praca izraelskich artystów korzysta bowiem z tradycji poezji konkretnej, w której formie graficznej liter nadaje się znaczenie. Tak jest i tutaj: na ścianie widzimy bowiem wiersz zapisany w dwóch językach: polskim i hebrajskim, które istnieją wobec siebie w lustrzanym odbiciu.

 

Tekst ukazał się 30 listopada w dodatku Kultury u Podstaw do „Głosu Wielkopolskiego”, który można pobrać w zakładce naczytnik.

 

 

SEBASTIAN FRĄCKIEWICZ – dziennikarz kulturalny i krytyk, na co dzień pracuje jako copywriter. Obecnie współpracuje głównie z „Polityką” i „Przekrojem”. Wydał 3 książki: „Wyjście z getta. Rozmowy o kulturze komiksowej w Polsce”, „Żeby było ładnie. Rozmowy o boomie i kryzysie street artu w Polsce” oraz „Ten łokieć źle się zgina. Rozmowy o ilustracji”. Dwukrotny stypendysta Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.