fot. z archiwum artystki

Robię to, co sprawia mi przyjemność

"Lubię chodzić po antykwariatach i wąchać kurz osiadły na starych książkach i gazetach, wyszukiwać w stertach pocztówek lub ciekawostek. Oprócz tego, że jest to dla mnie zajęcie nader relaksujące, zawsze po przyjściu do domu z nowymi łupami mam głowę pełną nowych pomysłów" - mówi artystka, fotografka, projektantka i kolekcjonerka Mirella von Chrupek w rozmowie z Moniką Marciniak.

Monika Marciniak: W Muzeum Okręgowym w Koninie stanęła Twoja gablota poświęcona jednej ze stałych wystaw. Dlaczego jej głównym bohaterem stał się właśnie słoń leśny?

Mirella von Chrupek: Z przyjemnością przyjęłam zaproszenie Muzeum Okręgowego w Koninie do zaprojektowania gabloty inspirowanej tamtejszymi zbiorami. Jeszcze bardziej rozświetliły mi się oczy kiedy dowiedziałam się, że dział geologiczno-przyrodniczy posiada w swoich zbiorach jeden z najbardziej kompletnych szkieletów słonia leśnego datowanego na 100 tysięcy lat.

 

Będąc pasjonatką paleontologii, paleoartu i geologii nie mogłam przejść obok tego faktu obojętnie.

 

Dysponując takim kontekstem zdecydowałam się na stworzenie w ogrodzie gabloty inspirowanej XIX wiecznymi teatrzykami lalkowymi. Prezentowana scenka to swoisty mariaż przeszłości i teraźniejszości. Mam nadzieję, że instalacja będzie cieszyła gości odwiedzających muzeum i spacerujących po ogrodowych alejkach.

 

MM: Co sprawiło, że zaczęłaś zajmować się sztuką?

 

MvCh: Myślę, że nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie w żaden zaskakujący sposób. Po prostu robię to, co mnie interesuje i co sprawia mi przyjemność.

 

MM: Jesteś absolwentką anglistyki, nie studiowałaś na Akademii Sztuk Pięknych. Jak zatem rozwijałaś swoje zdolności twórcze? Czy było to pasja, która w jakiś sposób towarzyszyła Ci całe życie?

 

Biały Miś z cyklu Mikro światy, 2019, fot. z archiwum artystki

Biały Miś z cyklu Mikro światy, 2019, fot. z archiwum artystki

MvCh: Od zawsze spełniałam się bardziej z nożyczkami w ręku niż z liczydłem. Jako dziecko dużo rysowałam, kleiłam, malowałam. Organizowałam przedstawienia, wystawy swoich prac dla rodziny i rówieśników. Ten sposób ekspresji znany jest mi od dziecka. Ale myślę też, że przełomem była pierwsza cyfrówka.

Wcześniej robiłam zdjęcia analogowe, a nagle znalazłam się w tej  komfortowej sytuacji, kiedy mogę robić zdjęcia, praktycznie natychmiast je poddawać obróbce cyfrowej, wrzucać do internetu i się nimi dzielić z ludźmi. Początek lat dwutysięcznych to był czas, kiedy nie rozstawałam się z aparatem. Robienie zdjęć, prowadzenie stron internetowych, bloga, to był chyba ten kluczowy moment, w którym moja działalność rozkwitła.

MM: Czy już wtedy (na początku drogi twórczej) powstało Twoje alter ego, czyli Mirella von Chrupek? Kim jest ta postać dla Ciebie?

MvCh: Przygoda z Mirellą zaczęła się ponad 15 lat temu, wraz ze wspomnianą wcześniej działalnością internetową. Lata dwutysięczne były to czasy prężnie działającej blogosfery: blog.pl, grono.net. Prowadziło się wtedy blogi fotograficzne, ale też dużo pisało.

 

Główną bohaterką moich zdjęć z tamtego okresu stała się Mirella von Chrupek. Robiłam autoportrety, a postać Mirelli osadzałam w różnych rolach i okolicznościach.

 

Po jakimś jednak czasie natrafiłam w internecie na lalki, które mnie zauroczyły swoją plastycznością i naturalnością. To był idealny moment na przeskok do świata nieożywionego. No i chciałam uwolnić wreszcie Mirellę od ciągłego pozowania.

Przez następne lata tworzyłam małe scenografie, miniświatki, których głównymi bohaterkami były lalki. Po jakimś czasie jednak poczułam, że obcowanie z tą samą formą nie dawało mi już takiej satysfakcji. Mimo, że lalki poddawać można customizacji, makijażem nadać im inną osobowość, charakter, to forma jest wciąż ta sama.

 

Obecnie lalki i zabawki odeszły nieco na plan dalszy.

Nie znaczy to jednak, że się ich wyrzekłam zupełnie. Wciąż są bohaterkami moich prac, które na przykład przygotowuję dla magazynu „Kosmos dla Dziewczynek”, gdzie prowadzę swoją stałą rubrykę. Nie są już jednak motywem przewodnim moich ostatnich działań artystycznych.

 

Bez tytułu, z cyklu Mikro-światy, 2019, fot. z archiwum artystki

Bez tytułu, z cyklu Mikro-światy, 2019, fot. z archiwum artystki

MM:  W jaki sposób zaczęłaś tworzyć swoje mini światy i jak zapoczątkowałaś cykl wystaw prezentowanych w Gablotce?

MvCh: Pewnego dnia w 2014 roku uwagę moją zwróciły dwie gabloty usługowe przy wejściu do bramy pewnej zniszczonej i obdrapanej kamienicy w centrum Warszawy. Należały one niegdyś do szewca, który miał swój zakład wewnątrz podwórka, a w gablotach wystawiał swoje wyroby. Kiedy szewc zamknął działalność, gabloty długo stały opuszczone. Zamarzyło mi się zagospodarowanie jednej z nich. Początkowo zawarłam umowę na trzy miesiące, ale tak się rozkręciłam, że okres najmu przedłużył się do trzech lat.

 

W tym czasie udało mi się zaaranżować trzynaście odsłon „Gablotki”. Uważam, że to dość dobry wynik. Przestrzeń przy Marszałkowskiej 41 to był mój autorski projekt – osobisty i kolorowy. Sama finansowałam działalność galerii. Po prawie trzech latach działalności zamknęłam jednak mój udomowiony kącik.

Dostawałam potem propozycje na zaaranżowanie „Gablotki” w innych miastach. Ale nie o to chodzi – nie zależy mi na gablotkowym szlaku Mirelli od morza do Tatr. Ten rozdział jest już zamknięty. Ta  mała uliczna galeria wpasowała się w tkankę miejską i skradła serca przechodniów. Przyjemnie jest po kilku latach wciąż słyszeć miłe komentarze ludzi dotyczące tego zakątka.

Projekt przeszedł płynnie w książkę o przygodach Dino Bambino, bohaterki jednej z odsłon Gablotki, której pomagają pozostałe postacie znane z kolejnych miniświatów.

 

Bez tytułu, z cyklu Mikro-światy, 2019, fot. z archiwum artystki

Bez tytułu, z cyklu Mikro-światy, 2019, fot. z archiwum artystki

Tekst napisała Sylwia Chutnik, książkę złożyła Ania Niemierko.

Ukazała się w wydawnictwie Wytwórnia. Ja przygotowałam ilustracje – specjalne aranżacje, scenografię i fotografie. Jestem z niej bardzo zadowolona. „Gablotka” stała się także początkiem mojej działalności jako projektantki dioram wykorzystywanych do wystrojów witryn sklepowych.

 

MM:  Widziałam fotografie przedstawiające wnętrze Twojego mieszkania. Kiedy na nie patrzę, mam wrażenie, że przenoszę się do jednej z Twoich realizacji. Czy dom to ważne dla Ciebie miejsce, które Cię napędza twórczo?

MvCh: Zdecydowanie tak. Pracuję w domu i spędzam w nim większą część dnia. Przeważnie przy biurku, w ciszy. Bez biurka trudno mi się pracuje. Nie wyobrażam sobie nie mieć swojego kąta, przestrzeni tylko dla siebie, gdzie mogę się schować przed światem. Musi to być miejsce, w którym  dobrze się czuję i dobrze mi się w nim pracuje. Miło byłoby mieć oddzielną przestrzeń przeznaczoną wyłącznie do pracy. W przyszłości muszę nad tym pomyśleć.

 

MM:  Zajmujesz się również kolekcjonowaniem figurek, które stają modelkami i modelami w Twoich bajkowych fotografiach. Czy kolekcjonerstwo to również ważna część Twojego życia?

MvCh: Owszem, choć coraz w mniejszym stopniu. Obecnie bardziej niż robienie zdjęć lalkom, czy innym małym bohaterom bawi mnie wertowanie starych papierowych magazynów, z których potem tworzę oniryczne kolaże do mojego cyklu „Miasto Niezwykłe”. Lubię jak moje zainteresowania ewoluują. Zmiany mnie napędzają i stymulują.

 

MM:  Wydaje mi się, że sztuka jest obecna w każdym aspekcie Twojego życia. Tworzysz projekty artystyczne, zajmujesz się fotografią, kolekcjonerstwem a Twoje mieszkanie wygląda jak jedno z Twoich dzieł. Czy coś jeszcze zajmuje Cię twórczo?

MvCh: Lubię chodzić po antykwariatach i wąchać kurz osiadły na starych książkach i gazetach, wyszukiwać w stertach pocztówek lub ciekawostek. Oprócz tego, że jest to dla mnie zajęcie nader relaksujące, zawsze po przyjściu do domu z nowymi łupami mam głowę pełną nowych pomysłów. Jak już wspomniałam, od kilku lat interesuję się geologią i paleontologią. Zresztą inspiracje paleoartem i dawnymi dziejami Ziemi można zauważyć w moich pracach.

 

MM:  Obserwowałam Cię przy projekcie realizowanym w Muzeum Okręgowym w Koninie. Jesteś bardzo skupiona na zadaniu i precyzyjna, masz wszystko zaplanowane i chyba trudno rozproszyć Twoją uwagę podczas pracy?

MvCh: Projekty jak dioramy, aranżacje scenograficzne wymagają ode mnie czasu i skupienia. Przeważnie nad tego typu projektami pracuję sama lub w bardzo małym zespole. To prawda, przy montażu lubię być skoncentrowana, nie mam wtedy za dużo czasu na rozmowy. Poza tym lubię ciszę.

 

MM: Nad jakim projektem obecnie pracujesz?

MvCh: Właśnie skończyłam dioramę dla warszawskiej piekarni „Cała w Mące”.  Witrynę i jej chlebową bohaterkę można podziwiać stojąc w kolejce po chrupiące wypieki. Ponadto nieustannie pracuję nad moim projektem „Miasto Niezwykłe” , którego motywem przewodnim jest koncept Eutopii (grec. eu-topos, dobre miejsce), królestwa bez czasu, nieprzypisanego do określonego obszaru na mapie świata, umiejscowionego jednak w paralelnej rzeczywistości.

 

Bez tytułu, z cyklu Miasto niezwykłe, 2020, fot. z archiwum artystki

Bez tytułu, z cyklu Miasto niezwykłe, 2020, fot. z archiwum artystki

Projekt ten bazuje na materiałach archiwalnych: zbiorze tygodników „Stolica”, starych pocztówkach, albumach, artefaktach znalezionych na pchlich targach. Praca nad tymi onirycznymi krainami sprawia mi dużo przyjemności.

Równolegle pracuję nad dwoma innymi cyklami, do których używam także materiałów archiwalnych. A w tej chwili pakuję właśnie walizkę i wyjeżdżam na dwumiesięczne stypendium. Wiosnę planuję przywitać w słonecznej Italii.