fot. materiały prasowe, serial „Ted Lasso”

Serial z reklamy, czyli jak „Ted Lasso” uczy dobrego postępowania

Seriale feel-good nie przedstawiają prawdziwego świata, tylko taki, który mógłby istnieć, gdybyśmy byli lepszymi ludźmi. Ich zadaniem jest oderwać widownię od prozy życia. Bohaterów i bohaterki takich produkcji zwykle określa się: „miłymi”, „dobrymi”, „do rany przyłóż”, ewentualnie „egoistami”, kiedy ich człowieczeństwo weźmie nad nimi górę i okażą się bardziej… no właśnie – ludzcy.

Ktoś dodatkowo rzuci z ekranu inspirującym cytatem (który tylko brzmi jak z książek Paulo Coelho, ale tak naprawdę pochodzi od prawdziwych klasyków), dzięki czemu przez ułamek sekundy będziemy mogli pomyśleć: „Tak, będę lepszy/a”. Trochę drwię, ale porządnie zrobiony, zabawny serial, który wprawia widownię w dobry nastrój to rzadkość.

O czym?

Fabułę „Teda Lasso” zapoczątkowała… seria reklam w stylu mockumentary z 2013 i 2014 roku. Tytułowy Ted (grany przez znanego z „Saturday Night Live” Jasona Sudeikisa), trener amerykańskiego futbolu w USA, zostaje trenerem podupadającego brytyjskiego klubu piłki nożnej. Skecze bazują na braku fundamentalnej wiedzy głównego bohatera o nowej pracy (np. nie wie, że na boisku drużyny grają przez dwie połowy). Jak sprawić, aby żart śmieszny przez kilka minut był ciągle zabawny przez dziesięć trzydziestominutowych odcinków? Obdarzyć głównego bohatera życzliwością, taką supermocą kruszącą nawet najgrubsze mury cynizmu szeregu drugoplanowych postaci.

 

„Ted Lasso”, fot. materiały prasowe

Ted stosuje prostą zasadę: nie ocenia innych, tylko jest ich ciekawy. Od razu robi się ciepło na sercu.

Zatem Lasso przyjmuje posadę w Londynie z czystej ciekawości i dlatego, jak mówi, bo kocha trenować innych. Choć bardziej jest to coaching niż ćwiczenia sportowe (pamiętajmy – nie ma pojęcia o piłce nożnej). W to graj nowej właścicielce Rebecce (złowroga Septa Unella z „Gry o tron”, Hannah Waddingham). Oficjalnie marzy, by zespół wszedł na drogę ku świetności w brytyjskiej lidze. Jednak tak naprawdę pragnie go pogrążyć na złość niewiernemu eksmężowi, kochającemu – prócz kochanek – głównie  właśnie drużynę, którą z kolei przegrał w batalii rozwodowej.

Amerykanin w Londynie

Początkowo Teda nienawidzą niemal wszyscy (łącznie z kibicami lokalnego pubu). Trudno nie patrzeć na niego sceptycznie. Zmiana kierownictwa jest stresująca, tym bardziej wtedy, kiedy ster przejmuje na pierwszy rzut oka niewykwalifikowana osoba i do tego z innego kontynentu. Z czasem jednak nawet Rebecca ulegnie dobroduszności nowego trenera.

Już na starcie ulega mu kitman Nathan (Nick Mohammed), którego Ted jako jedyny traktuje po ludzku (piłkarze ciągle mu dokuczają) i zapamiętuje jego imię (!). Rozwój tego bohatera wpisuje się w klasyczną drogę „od pucybuta do milionera”. Na najprostszym poziomie pokazuje „czary”, których może dokonać Ted.

 

„Ted Lasso”, fot. materiały prasowe

W serialu o piłce nożnej zaskakująco mało jest samego sportu. Drugi plan złożony ze sportowców w dużej mierze tyczy się sporu dwóch czołowych piłkarzy.

Młodego, zakochanego w sobie Jamiego Tartta (w tej roli Phil Dunster) ze starszym i bardziej doświadczonym Royem Kentem (Brett Goldstein). W grę wchodzi też dziewczyna, instagramowa influencerka, Keeley Jones. Początkowo jest partnerką Jamiego, ale – po części za sprawą Teda – zaczyna rozumieć, że zasługuje na kogoś lepszego. W rolę Keeley wciela się Juno Temple, która humorem i umiejętnościami aktorskimi kradnie każdą ze scen.

 

Ted Lasso jest niczym Merry Poppins – spływa z nieba i uczy, że bycie dobrym popłaca, bo przecież dobro zawsze zwycięża.

„Ted Lasso”, fot. materiały prasowe

Jason Sudeikis jest faktycznie wyśmienity jako tytułowy bohater. Jego Ted ma mocny akcent z południa USA, charakterystyczny wąs, umiłowanie do prędkiego mówienia, bycia bezpośrednim i wpadania w kaznodziejskie monologi (które najczęściej przerywane są comic reliefem, co zmniejsza natrętną patetyczność).

Anachronizmy

Ted to cierpliwy i wyrozumiały przełożony, jednak sprawia wrażenie wszystkowiedzącego, posiadającego charakterystyczny dla heteroseksualnego białego kolesia rys: „ja już swoje przeżyłem, więc mogę ci doradzić”. Ten rys wskazuje na pewną anachroniczność omawianego serialu, który bardziej odzwierciedla telewizyjne standardy z  roku 2013 i 2014 (czyli czasu, kiedy powstały reklamy z udziałem Teda) niż te dzisiejsze, spod znaku różnorodności.

 

Badania pokazują, że mężczyźni aplikują na stanowisko już wtedy, kiedy spełniają 60% wymagań. Natomiast kobiety, gdy ich umiejętności w 100% pokrywają się z ofertą pracy.

„Ted Lasso”, fot. materiały prasowe

Tylko uprzywilejowany biały facet mógłby pomyśleć, że nadaje się na trenera piłkarskiego, nawet wtedy, gdy jego umiejętności temu przeczą. Seriale z 2020 roku raczej nie pozwalają sobie już na takie, hmmm, obyczajowe standardy. Podobnie rzecz ma się z rasową różnorodnością. Osoby o innym kolorze skóry niż biały pojawiają się w tle. Są to najczęściej piłkarze, których da się krótko, raczej pejoratywnie, określić: śmieszek, głupkowaty, gorąca głowa. Nawet rozwój wspomnianego Nathana zostaje wpisana w kliszę „białego wybawcy” (to Ted daje mu pole do „rozkwitnięcia”).

 

W serialu brak też innych orientacji niż heteroseksualna.

Trudno mi jednoznacznie określić emocje, które towarzyszyły mi przy oglądaniu „Teda Lasso”. Prawie każdy odcinek został napisany tak, by sprawiał wrażenie, że obcuję ze światem lepszym, do którego – jako społeczeństwo – powinniśmy aspirować. Jest mi w nim po prostu dobrze. Wszystko za sprawą przekazywanych nam z pokolenia na pokolenie klisz, że bezpieczny świat to taki, w którym moralności uczy biały, hetero ciskoleś. A wszystko to, co wykracza poza jego rozumienie, można pominąć lub zminimalizować. W konsekwencji „Ted Lasso” nie wychodzi poza reklamę, z której powstał. Pozostaje wyimkiem większej całości.

 

„Ted Lasso”, Apple TV+, 2020.