fot. z archiwum Autorki

Siostry Tułodzieckie

O nierozczochranych pannach, które porządny wiec w Poznaniu urządziły.

Miałam zamiar napisać jeszcze o wielu niezwykłych pannach, żonach, matkach, córkach, wdowach czy kochankach żyjących tu w Wielkopolsce, w mniej lub bardziej odległej przeszłości. Siostry były gdzieś na końcu tej wyliczanki, ale sytuacja wokół nas taka, że warto opowiedzieć o nich już teraz, choćby po to, by przypomnieć, że sto lat temu kobiety w Poznaniu zbierały się tłumnie i mozolnie walczyły o swoje prawa.

 

Na postać Zofii Tułodzieckiej natknęłam się, przygotowując się do napisania kryminału z okazji stulecia Uniwersytetu Poznańskiego. Przez krótką chwilę myślałam, że cofnę się w czasie i stworzę postać jakiejś studentki sprzed stu lat, szalonej feministki, która na przekór różnym przeciwnościom losu trafi na uniwersytet i może zostanie zamordowana.

A potem już zwyczajnie zacznie się toczyć śledztwo, które będzie musiało rozwikłać sprawę sprzed wieku. Pomysł ciekawy, warty oddzielnej książki, ale w tamtych okolicznościach wyjątkowo szybko go zarzuciłam, zachwyciwszy się pierwszym rektorem nowo powstałego uniwersytetu (więcej o tym w tekście poświęconym Helenie z Dąmbskich Święcickiej). Co prawda w kryminale pojawiła się postać rezolutnej studentki, ale jest ona bohaterką drugoplanową i marginalną w stosunku do reszty, a przede wszystkim do materiałów, które zebrałam po to, by dowiedzieć się więcej o kobietach sprzed wieku. Był taki moment, gdy czytałam, drukowałam na potęgę dokumentację i zakreślałam masę informacji…  których potem nie wykorzystałam. Pamiętam, jak po napisaniu „Rektorskiego czeku” z żalem chowałam do szafy teczkę podpisaną „Feministki rozczochrane”. Myślałam, że dużo wody w Warcie upłynie, zanim ją kiedyś jeszcze wyciągnę, o ile w ogóle.  Ale w życiu czasami jak w dobrym kryminale. Nic się nie dzieje, „aż tu nagle…”.

Zajrzałam do szafy już pierwszego dnia rozgrywających się w Poznaniu protestów. To, że w tym momencie przypomniałam sobie o pannach Tułodzieckich, nie jest przypadkiem. Ale po kolei, zaczynając od starszej i szczególnie mnie interesującej Zofii.

Zofia Tułodziecka urodziła się w 1850 roku w Starej Dąbrowie pod Wolsztynem. Aniela, jej siostra – trzy lata później. Rodzeństwa było znacznie więcej.

 

Aleje K. Marcinkowskiego w Poznaniu fot. Poznańska Wiki

Aleje K. Marcinkowskiego w Poznaniu fot. Poznańska Wiki

Według jednych źródeł jeszcze ośmioro, według innych jeszcze trzynaścioro potomstwa miał Antoni Tułodziecki i jego żona Pelagia. Biorąc pod uwagę śmiertelność dzieci w tamtym czasie, jedne i drugie dane mogą być prawdziwe. Ojciec Zofii dzierżawił grunty i gospodarował na nich, ale po powstaniu styczniowym za przetrzymywanie powstańców trafił do aresztu.

Tam podupadł na zdrowiu i zmarł, gdy Zofia miała zaledwie piętnaście lat. Wdowa z gromadką dzieci przeprowadziła się do Poznania. Jak to określiła Aniela Koehlerówna w książce wydanej w 1933 roku, na której wspomnienia powołam się jeszcze nie raz, rodzina

 

„nie opływała w dostatki a stosunki pieniężne były smutne”.

 

Delikatnie powiedziane. Musiało być koszmarnie. Na szczęście Zofia miała wyszukany gust i smykałkę do szycia. Podobno zwróciła na nią uwagę inna postępowa kobieta tamtych czasów – Bibianna Moraczewska, zachęcając ją do nauki krawiectwa.

 

Informacja o działalności Towarzystwa "Warta", fot. Polona

Informacja o działalności Towarzystwa "Warta", fot. Polona

Trzeba też zaznaczyć, że możliwości nie miała jednak zbyt wiele, był to jeden z nielicznych zawodów dostępnych kobiecie w tamtych czasach. Zofia uczyła się w Warszawie i wróciła do Poznania, by pracować i pomagać matce. Początki oczywiście były bardzo skromne.

Zaczęła od małego pokoiku na Strzeleckiej, ale talent musiała mieć ogromy i upór wyjątkowy, skoro ciężką i wytrwałą pracą po kilkunastu latach dorobiła się Salonu Mód przy Alejach Marcinkowskiego. Była to jedna z najbardziej prestiżowych lokalizacji w mieście. Musiały tam powstawać dzieła sztuki, skoro Koehlerówna napisała po latach:

 

„rzetelną, sumienną i umiejętną pracą, wytwornem poczuciem smaku stworzyła Tułodziecka pracownię, w swoim czasie najprzedniejszą w Poznaniu”.

 

Pisał o niej też słynny Marceli Motty, wspominając dziwiętnastowieczny Poznań. Zaznaczył on, że niejaki Sobeski mieszka dokładnie

 

„przy Wilhelmowskiej ulicy, w tym otóż lokalu, gdzie siostry Tułodzieckie dla płci pięknej swoje arcydzieła popełniają”.

 

Pisze on już o siostrach, gdyż do pracy krawieckiej przyłączyła się również Aniela.

Patrząc na projekty ubrań z tamtych czasów, trzeba pokiwać głową z uznaniem. Nie było to łatwe zajęcie. Na szczęście udało się siostrom żyć nie tylko samą pracą. Koehlerówna napisała to tak:

 

Dziennik więzienny Anieli Tułodzieckiej, Poznań, Zarząd St. MIasta Poznania, 1934, fot. Polona

Dziennik więzienny Anieli Tułodzieckiej, Poznań, Zarząd St. Miasta Poznania, 1934, fot. Polona

„znając z doświadczenia zawody i gorycze ciężkiej nieraz doli pracownicy igły, oraz kobiet pracujących w handlu, [Zofia] zajęła się ich losem i stworzyła »Stowarzyszenie Personału Żeńskiego w Handlu i Przemyśle«, pierwszą organizację, która otoczyła opieką ruch zarobkowy licznej rzeszy dziewcząt i kobiet, wyzyskiwanych często przez niesumiennych pracodawców”.

 

Stowarzyszenie to powstało w 1903 roku i przetrwało do 1920 r. Skupiało ono w swych szeregach

 

„pracownice luzem idące… niezorganizowane, nie ujęte myślą przewodnią, rzucone na łaskę i niełaskę losu, a wspierać należało kobiety pracujące: po kantorach, handlach, składach, pracowniach, a więc książkowe [księgowe], kasjerki, sklepowe, krawcowe”.

 

Kobietom nigdy łatwo nie było. Wtedy oczywiście też. Nie dość, że pracowały, prawie zawsze zmuszone do tego biedą i brakiem środków do życia, dostawały wielokrotnie niższe pieniądze za tę samą pracę, to jeszcze były odsądzane od czci i wiary przez nieprzychylną prasę. Wysuwano wobec nich pokrętne logicznie zarzuty, jakoby

 

„zastępowanie pracy mężczyzn dużo tańszą pracą kobiet w istocie prowadziło do zubożenia żeńskiej części społeczeństwa zależnej od dochodów mężczyzn”.

 

Podobno tworzyły „fatalną w skutkach konkurencję” i były „przygniatającym ciężarem”. Zofia Tułodziecka jako córka wdowy bez grosza, za to z tuzinem dzieci, zmuszona pracować od szesnastego roku życia, prawdopodobnie miała dużą odporność na takie zarzuty. Odpowiedziała w „Przeglądzie Kupieckim” jednoznacznie i dosadnie:

 

Józef Prądzyński, Paweł Gantkowski, Halina Rozmiarkowa Przemówienia wygłoszone na wieczorze ku czci Anieli Tułodzickiejw dn. 2 kwietnia 1933 r., fot. Polona

Józef Prądzyński, Paweł Gantkowski, Halina Rozmiarkowa "Przemówienia wygłoszone na wieczorze ku czci Anieli Tułodzickiejw dn. 2 kwietnia 1933 r.", fot. Polona

„od chwili, gdy zmieniające się stosunki społeczne wyprowadziły nieświadomą dotąd kobietę z zacisza domowego na rynek pracy, od chwili, kiedy kobieta samodzielnie zdobywać zaczęła kawałek chleba, zrównały się jej prawa z mężczyzną – wolno jej wybrać zajęcie, jakie się jej podoba i do jakiego jest uzdolnioną, bez względu na to, czy to się komuś podoba czy nie”.

 

Stowarzyszenie Personału Żeńskiego prężnie działało. Dorobiło się małego mieszkania, praktycznej biblioteki. Organizowało wykłady, między innymi na temat równouprawnienia kobiet i budżetu kobiety pracującej. Poza tym sprawne biuro informacyjne pośredniczyło w otrzymywaniu pracy. Powstała również kasa oszczędnościowa na pomoc „dla wyczerpanych pracą”.

Zofia Tułodziecka założyła także spółkę udziałową pod nazwą „Pracownia sukien”. Miała ona za zadanie zwalczanie konkurencji obcych (niemieckich miast) i

 

„podniesienie zawodu krawieckiego, damskiego, przez wyszkolenie pracownic igły”.

 

Siedem krawcowych uczyło kolejne, które po dwóch latach nauki składały egzamin, otrzymywały

 

„patent na wydoskonalone krawcowe”

 

i stawały się wspólniczkami spółdzielni. Zofia stawiała przede wszystkim na samodzielność kobiet i ich praktyczne wykształcenie. Bo jak wspominała jedna z ówczesnych działaczek, bywało, że kobiety „wykształcone” znały po trzy języki: niemiecki, francuski i angielski, a „w każdym z nich czytały tylko romanse”.

W tym samym czasie Aniela Tułodziecka założyła „Towarzystwo przyjaciółek wzajemnego pouczania się” Warta. Członkinie zapewne rzeczywiście pouczały się wzajemnie, ale nie o to w tym stowarzyszeniu chodziło. Nazwa miała zmylić pruskich zaborców, ponieważ panie zajęły się tajnym nauczaniem dzieci, które umiały mówić po polsku, ale czytać już nie. W ramach towarzystwa panie uczyły i zakładały przytuliska dla dzieci przez prawie dwadzieścia siedem lat. Pruska policja oczywiście walczyła z Wartą. Raz nawet aresztowała Anielę, która dostała wyrok za odczyt w języku polskim: miała zapłacić grzywnę lub spędzić dwanaście dni w więzieniu. Aniela, wzorem angielskich sufrażystek, wybrała więzienie, nagłaśniając tym samym sprawę. Rzeczywiście prasa opisywała, że po wyjściu z więzienia witały ją tłumy a dzieci rzucały pod nogi kwiaty. Gazety jednak nie zawsze były przychylne. Założycielki Warty wspominały po latach:

 

Wanda Jankowska "Zasłużona Wielkopolanka Aniela Tułodziecka", Poznań Drukarnia Uniwersytetu Poznańskiego, 1933, fot. Polona

Wanda Jankowska "Zasłużona Wielkopolanka Aniela Tułodziecka", Poznań Drukarnia Uniwersytetu Poznańskiego, 1933, fot. Polona

„Nie oszczędzono nam wówczas, przeważnie bardzo młodym, uwag i docinków. A zwłaszcza brano nam za złe, że postanowiłyśmy się rządzić same, bez męskiego patrona czy kuratora. Była to rzeczywiście nowość w naszych stosunkach”.  

 

Uszczypliwości znosiła zarówno Aniela, jak i Zofia, ale obie te kobiety miały niezwykle silną potrzebę upowszechniania swoich idei i chciały, by dotarły one do jak najszerszej grupy kobiet. W tym celu postanowiły zorganizować w Poznaniu wiec.

 

Pierwszy zwołała Warta już w 1899 roku. Przyszło około 600 kobiet ze wszystkich warstw społecznych, protestowały przeciwko zakazom nauki polskiego i karom nakładanym na nauczycielki.

To pierwsze wystąpienie kobiece wywarło dobre wrażenie. Gorzej już było w 1907, kiedy to tematem stały się prawa kobiet. Wiec otwierała Zofia, która

 

„energicznie domagała się uświadomienia kobiet w sprawach społeczno-ekonomicznych, w zakresie których dotąd są bierne, dlatego wyzyskiwane; niezaradne; nie umieją zabiegać około własnego dobra, łatwo popadają w chorobliwą uczuciowość, która przeszkadza im w orientowaniu się w rzeczywistym życiu”.

 

Jeszcze przed pierwszą wojną światową mówiła, że świat potrzebuje już

 

„innej kobiety – nowej, wolnej obywatelki”.

 

Domagała się też wstępu do szkoły handlowej, która właśnie w Poznaniu powstała, a do tego żądała prawa głosu w sądach kupieckich.  Takie postulaty zaczęły denerwować prawicową prasę. Jak zbadał Jarosław Urbański, „Dziennik Poznański” publikował wypowiedzi swoich czytelniczek, które krytykowały ideę wiecu, stwierdzając, że kobiety powinny być wierne roli matki Polki i uczestniczyć w kwestiach społecznych „bez hałasu, bez występowania na arenie publicznej”. Bardzo chciano przyczepić niezależnemu kobiecemu ruchowi łatę feminizmu i socjalizmu. Gdy rok później Zofia pojechała z odczytem do Krakowa, poznańska prasa też komentowała, że na tamtejszym wiecu prezentował się

 

„wojujący feminizm, który jest tylko przykrywką dla żydowsko-socjalistycznej agitacji i ma na celu zgniecenie inteligencji narodu polskiego”,

a

„chaos, bezmyślność, brak logiki walczą tam o lepsze z próżnością i zarozumiałością, opartą na przykrym dyletantyzmie”.

 

Sama Tułodziecka napisała, że feministką i socjalistką nie jest i nigdy nie będzie, bo jest

 

„głęboko wierząca i zbyt drogie są jej ideały narodowe”.

 

Równocześnie nigdy nie pozwoliła na jakakolwiek ingerencje z zewnątrz. Stowarzyszenie Personału Żeńskiego było jedynym w Poznaniu i Wielkopolsce związkiem pracownic, które nie podlegało kurateli księży. Sugerowano im połączenie z organizacjami katolickimi, ale Zofia nigdy nie zgodziła się, uważając, że

 

„cele, idea czy interes Personału Żeńskiego to nie umoralnianie kobiet, a podniesienie zawodów i oświaty, a tem samem (służące) wyzwoleniu kobiet”.

 

Zofia i Aniela zorganizowały jeszcze wiele wieców. Nauczyły czytać i wykształciły rzesze kobiet i dzieci. Do śmierci mieszkały razem w kamienicy o nazwie Żelazko, wychowując osieroconą córkę jednej ze swoich sióstr – Zofię z Długołęckich Michałkiewiczową

Obie były wierne swoim ideałom. Zofia, jak podsumowała ją biografistyka, pozostała

 

„zawsze prawa, nieugięta, wysoko dzierżąca sztandar godności kobiecej”.

 

Sama napisała o sobie:

 

„Wołają na nas »rozczochrane feministki«, sypią się publiczne napomnienia, wstrętne podejrzenia, głosy zacofanych matek wyszydzających stare panny, wdowy i rozwódki, nie widzą w zaślepieniu swojem, iż depczą najszlachetniejsze serca przejęte miłością Ojczyzny i miłością bliźnich. Czyż nie wiedzą o tem, że inteligentna kobieta, czy ta z ludu, czy ze sfer wyższych, na każdem stanowisku znaleźć się potrafi – pozwólcie jej tylko być sobą – nie pielęgnujcie sztucznie w niej jakichś przestarzałych form i zasad niezgodnych z duchem czasu”.

 

Zofia Tułodziecka zmarła w 1924, Aniela osiem lat później, czyli niecałe sto lat temu.

Ciekawe to kobiety były.

 

Bibliografia:
Aniela Koehlerówna, „Zofja Tułodziecka – pionierka ruchu zawodowego w Wielkopolsce”, Kraków 1933
Jarosław Urbański, „Początki radykalnego zawodowego ruchu kobiecego w Wielkopolsce”, „Przegląd Anarchistyczny” nr 8, jesień–zima 2008–2009
Violetta Szostak, „Kongres Kobiet przypomni Panny Tułodzieckie. »Wołają na nas rozczochrane feministki«. Sto lat temu organizowały pierwsze wiece kobiet w Poznaniu”, „Gazeta wyborcza”, 8 września 2017