fot. M. Kiszka

Śladami Mistrzów

O zakończonym właśnie fotograficznym festiwalu im. Ireneusza Zjeżdżałki, z organizatorami – Władysławem Nielipińskim i Mateuszem Kiszką – rozmawia Michał Sita.

Michał Sita: Wasz festiwal miał zwykle formułę przeglądu, w którym każda z regionalnych instytucji mogła zaprezentować własną wystawę o dowolnej treści. W tym roku zdarzyło się coś nowego – pojawiło się wspólne zainteresowanie klasykami fotografii. Skąd ta zmiana?

Władysław Nielipiński: Nie, tu nic się nie zmieniło. Nadal obowiązywała pełna dowolność – lokalne ośrodki proponowały wystawy i wydarzenia wokół zjawisk, jakie uznały za istotne na ich terenie. Hasło „śladami mistrzów” było sformułowane jedynie pod kątem głównej ekspozycji festiwalowej, prezentowanej w Galerii u Jezuitów.

 

Kurator, Bogusław Biegowski, zwrócił uwagę na fotografów, którzy żyli i tworzyli na terenie Wielkopolski, o których historia milczy. Zauważył, że warto ich przypomnieć. Pierwotnym pomysłem był cykl spotkań w miejscowościach, w jakich ci mistrzowie tworzyli i pracowali. Miały to być wydarzenia edukacyjno-plenerowe, zainspirowani historyczną twórczością mieliśmy zaproponować coś własnego.

 

Pandemia przekreśliła te plany, ale Bogusław Biegowski przez szereg miesięcy publikował w swoich kanałach internetowych dziennik, notes, jakkolwiek by to nazwać – przybliżał sylwetki historyczne i sugerował różne możliwe sposoby reinterpretacji ich twórczości. Nawiązał kontakt z kilkoma fotografami z Wielkopolski, oni zainspirowani wybranymi postaciami starali się do nich odnieść. W efekcie powstała ta wystawa.

 

Wystawa Śladami Mistrzów, fot. M. Kiszka

Ale zdarzyło się coś jeszcze. Kiedy hasło głównej wystawy i całego festiwalu stało się publiczne, przełożyło się ono na treści, jakie zaproponowały lokalne ośrodki we własnym zakresie. Na przykład w Koninie wystawa festiwalowa dotyczyła postaci zmarłego niedawno Marka Sobkiewicza. W Kole – przybliżała prace Ryszarda Fórmanka. W Poznaniu wystawy Jana Kurka i Romana Stefana Ulatowskiego skupiły się na klasykach. Takich rewizji przeszłości powstało kilka, można więc odnieść wrażenie, że cały festiwal odbywał się pod wspólnym hasłem.

 

MS: Główna wystawa konfrontuje osiem nazwisk historycznych z pracami współczesnymi. Kim są „mistrzowie”, kto ze współczesnych fotografów odniósł się do ich pracy?

WN: Postacie historyczne to Antoni Bajerlein – animator i organizator ruchu fotograficznego na południu Wielkopolski. W Wieruszowie, Ostrzeszowie, Kępnie, Ostrowie Wielkopolskim prowadził kółka fotograficzne. Jego wychowankiem był. m.in. Marek Dytfeld, który, wraz  z żoną Ewą, prezentuje prace  wprost  wywodzące się z linii edukacyjnej Mistrza.

Zafascynowani byliśmy działalnością teatralną Antoniego Jeśmontowicza; pracami, jakie tworzył, dokumentując spektakle Teatru im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie. Przewodnim motywem dla wystawy stały się jego autoportrety – zdjęcia, które wykonał, gdy sam grał na przykład postać Fantazego w 1966 roku, albo „autoportret inscenizowany” z 1956. Nawiązaniem do tych prac są fotografie Witolda Jagiełłowicza i jego młodzieńcze eksperymenty portretowe.

Zdzisław Szklarkowski to postać dla Konina legendarna: z jednej strony dokumentalista, z drugiej – kolekcjoner sprzętu fotograficznego, który gromadził pod hasłem muzeum fotografii w latach 70. i 80. ubiegłego wieku. Tu nawiązaniem jest sama fascynacja archaicznymi technologiami fotografii.

Wystawa "Śladami Mistrzów", fot. M. Kiszka

Wystawa Śladami Mistrzów, fot. M. Kiszka

Leonard Durczykiewicz – fotograf z Czempinia i jego sztandarowe osiągnięcie – album  „Dwory polskie w Wielkiem Księstwie Poznańskiem” . Nawiązaniem do tej pracy jest współczesna publikacja Waldemara Śliwczyńskiego „Typografia niepamięci”. Zauroczony międzywojennymi zdjęciami Durczykiewicza, przyjrzał się on współczesnej degradacji dawnych siedzib ziemiańskich z terenu Wielkopolski.

Pozostali to Tadeusz Wański – postać świetnie znana, klasyk piktorialnej fotografii ze Środy Wielkopolskiej. Ireneusz Linde – fotograf z Sierakowa,  Franciszek Włosik – artysta rzemieślnik z Wrześni i Reginald Rębisz – w latach 1959–1962 prezes Średzkiego Towarzystwa Fotograficznego.

 

MS: Mateusz, ty na kanwie działań wokół postaci historycznych zaproponowałeś niewielką wystawę złożoną z prac Romana Stefana Ulatowskiego. To jeden z najważniejszych fotografów międzywojennego Poznania. Wysoko postawiłeś sobie poprzeczkę, starając się na nowo spojrzeć na jego dobrze znany dorobek.

Mateusz Kiszka: Przebrnąłem przez tysiące zdjęć w archiwach CYRYL-a i Miejskiego Konserwatora Zabytków. Zacząłem je grupować na poszczególne działy. Wewnątrz tych kategorii zdjęcia okazały się bardzo powtarzalne – można było ułożyć spójne0 typologie dokumentacji zakładów przemysłowych, budynków, panoram miasta. I właśnie w jednej z tych szufladek pojawiły się „sztuki piękne”. Im przyjrzałem się bliżej. Zastanawiałem się, jak Ulatowski podchodził do ówczesnej twórczości, architektury, rzeźby? Jaki obraz współczesności układa się z tej rzemieślniczej dokumentacji dzieł sztuki? Jakie aspiracje za nią stoją?

 

Doszedłem do wniosku, że nie chcę przedstawiać Ulatowskiego w oczywisty sposób – jako postaci wybitnej, którą oczywiście był – ale skupić się na tym jednym aspekcie jego pracy. Wybrałem coś, co w jego zdjęciowych reprodukcjach dzieł sztuki było dla mnie uderzające – opowieść o władzy i dążeniu do wielkości. Zwróciłem uwagę na to, jak wydajemy się mali wobec historii, posągów i rzeźb – ikon powstających po to, by oddawać im hołd.

 

MS: Z komercyjnych zleceń Ulatowskiego, realizowanych w początkach XX wieku, wybrałeś więc tylko fragment. Zestawiłeś dokumentację przestrzeni muzealnych, rzeźb i malarstwa. Czego w nich szukałeś?

MK: Chciałem, by skromna wystawa złożona z wizerunków dzieł sztuki, jakie tworzył Ulatowski, miała prosty przekaz – aby świadczyła o tym, że historię zawsze piszemy na nowo, że interpretujemy ją wciąż z nowych punktów widzenia. Współcześnie w przestrzeni publicznej wracamy przecież do międzywojennej nacjonalistycznej estetyki, a umacniająca się władza o autorytarnych zapędach tworzy własne kanony, podobnie jak działo się to w dwudziestoleciu. Może warto więc przyjrzeć się tym międzywojennym analogiom u źródeł? Głównym wątkiem w tym opracowaniu archiwum Ulatowskiego stał się motyw „władzy” i jej megalomanii. Ten trop jest bardzo widoczny w wizerunkach, jakie na zlecenie instytucji tworzył. Bo nie uciekniemy od tego, że Ulatowski był przede wszystkim rzemieślnikiem.

 

Wystawa Sztuki Piękne Romana Stefana Ulatowskiego, fot. M. Kiszka

Wystawa Sztuki Piękne Romana Stefana Ulatowskiego, fot. M. Kiszka

Mimo że jego techniczną doskonałość, finezję i medytację nad obrazem można porównać do Eugène Atgeta – to Ulatowski nie fotografował z wewnętrznej potrzeby. Robił zdjęcia na zlecenie, a treści, jakie tworzył, były podporządkowane wymogom zleceniodawców – w tym wypadku instytucji sztuki. Patrząc z tej perspektywy, jego zdjęcia mogą więc być świadectwem czasów, ich estetycznych wymogów, standardów i aspiracji.

MS: Sztuka, jaką fotografował Ulatowski i jaką wybrałeś do wystawy – to sztuka podporządkowana projektowi budowania narodu.

MK: Tak. To był świadomy ruch, to główny trop wystawy. Sztuka, poza tym, że niesie ze sobą oddech i wrażliwość, bywa też wykorzystywana dla potrzeb władzy. Z dorobku Ulatowskiego – postaci pomnikowej – wybrałem więc maleńki wątek świadczący właśnie o tym podporządkowaniu twórczości potrzebom władzy.

 

Katalog Festiwalu im. Ireneusza Zjeżdżałki, a w nim teksty kuratorskie i noty o postaciach historycznych fotografów wielkopolskich, dostępny jest za darmo, w formie cyfrowej, na stronie Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury.