fot. Krystian Daszkowski, wsparcie na sesji Magdalena Stawińska

Słodko-gorzki ballroom

„Nagość nigdy mnie nie przerażała, jestem z nią całkowicie pogodzona. Seksualność i ciało to coś, co jest immanentnie nasze, więc w teorii nie powinniśmy odczuwać związanego z tym wstydu” - mówi Aleksandra Kargul, voguerka, członkini Lokalnych Poznańskich Voguerów.

Jakub Wojtaszczyk: Kiedy zobaczyłem cię w ballroomie, pomyślałem: „Wow, ta osoba absolutnie pasuje do tego miejsca”…

Aleksandra Kargul: Dzięki, to wiele dla mnie znaczy! Tak, myślę, że to moje miejsce od momentu, kiedy się o nim dowiedziałam. Wtedy jednak nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę mieć szansę być jego realną częścią. Pamiętam, gdy po raz pierwszy obejrzałam teledysk do piosenki „Vogue” Madonny i mój świat zmienił się na zawsze.

 

W clipie pokazany jest Old Way, klasyczny rodzaj voguingu, gdzie każdy ruch jest czysty, przemyślany i elegancki. Absolutnie piękny.

Do tego wizualność inspirowana malarstwem i fotografią (ważny aspekt dla – jak się okazało – przyszłej historyczki sztuki) i wyczuwalny erotyzm. To wszystko sprawiło, że uznaję to doświadczenie za kluczowe dla mojej późniejszej podróży. Nawet napisałam magisterkę o Tamarze Łempickiej, której obrazy pokazane są w tym teledysku. Stanowi to argument za tym, że życie rzeczywiście potrafi pisać scenariusze (śmiech). Kiedyś często odwzorowywałam układ z „Vogue” na imprezach. Na jednej z nich usłyszałam: „Ale ten taniec do ciebie pasuje!”. I chyba rzeczywiście tak jest.

 

Aleksandra Kargul, fot. Krystian Daszkowski, wsparcie na sesji Magdalena Stawińska

JW: Zapisałaś się na warsztaty z voguingu?

AK: Musiało minąć trochę czasu, bo w Polsce mało kto wtedy słyszał o voguingu. A już z pewnością nikt go nie uczył. Informacji o ballroomie szukałam więc sama lub razem z jednym z przyjaciół, który podzielał moją fascynację. Na raczkującym YouTubie trafiłam na fragmenty bali, obejrzałam kanoniczny film „Paris is Burning”. Wreszcie, prawie pięć lat temu, poznałam Zozo, późniejszego członka House of Army i kolektywu Lokalni Poznańscy Voguerzy (LPV). To w jego mieszkaniu, o 4:00 nad ranem, dowiedziałam się, że Madlen (wtedy jeszcze matka House of Army, aktualnie polskiego chapteru House of Revlon) od niedawna prowadzi w Poznaniu zajęcia z voguingu. Poszłam i spotkałam swoich ludzi.

 

JW: Od razu poczułaś, że ballroom jest dla ciebie?

AK: Prawda jest taka, że odkąd pamiętam, chciałam tańczyć. Niestety, w moim rodzinnym mieście działały tylko zespoły folkowe. Mimo że oferowały szeroką edukację taneczną, nie chciałam iść w tym kierunku. A kiedy pojawiły się zajęcia poświęcone stylom współczesnym, byłam już w liceum i mocno skupiałam się na nauce, mojej drugiej pasji.

 

Na studiach przez chwilę uczyłam się burleski, co było ważnym doświadczeniem, ale dość krótkotrwałym, bo prowadząca zajęcia w pewnym momencie wyjechała. Dlatego zajęcia z voguingu były dosłownie spełnieniem moich marzeń – nareszcie mogłam tańczyć i to jeszcze konkretnie TO.

Myślę jednak, że nic by z tego nie wyszło, gdyby nie ludzie, których tam poznałam. Każda z osób, które spotkałam na swojej voguingowej drodze, posiada jedyną w swoim rodzaju energię. To naprawdę bardzo nietypowy zbiór charakterów. Silnych, kreatywnych i fascynujących osobowości. Sama nie należę chyba do grona osób mało wyrazistych, więc było to dla mnie (i jest nadal) bardzo intrygujące doświadczenie.

 

Aleksandra Kargul, fot. Krystian Daszkowski, wsparcie na sesji Magdalena Stawińska

JW: Czy coś cię zaskoczyło?

AK: Tak, przede wszystkim różnorodność ballroomu. Że to nie tylko Old Way z Madonny, Vogue Fem z nowszych produkcji czy Realness, o którym dowiedziałam się z „Paris is Burning”. Zaskakujące było dla mnie to, jak wielowymiarowa to przestrzeń, bo obejmująca nie tylko taniec, ale także inne, szeroko rozumiane działania performatywne, modę, sztukę i wiele więcej. Odkryciem było również to, że ballroom jest bardzo ustrukturyzowany, że to miejsce obowiązywania bardzo konkretnych zasad, których nie da się przyswoić „na raz”. Będąc w ballroomie, ciągle uczysz się jego historii i szacunku do jego twórców.

 

JW: Czyli osób niebiałych, nieheteronormatywnych i mocno nieuprzywilejowanych, którym odbierano podstawowe prawa…

AK: Tak. Dla mnie wciąż jest tak, że tu, w Polsce, większość z nas jest w tym trochę gośćmi. Ta świadomość jest dla mnie istotna, bo jako cishetero biała kobieta zostałam dopuszczona do czegoś, co tworzone było przez ludzi w innej sytuacji i z innymi motywacjami. Dostrzegam swój przywilej.

 

Bywa jednak tak, że moja orientacja i pochodzenie mnie blokują i każą się zastanawiać, na ile mogę rościć sobie pewne prawa.

Natomiast, ani w ballroomie, ani w LPV nigdy nie usłyszałam, że jestem nie na miejscu. Z drugiej strony tam, gdzie powinnam przynależeć „standardowo”, jest mi absolutnie niewygodnie i nie identyfikuję się z tym światem, więc niezwykle doceniam, gdy przypisuje się mnie do queer. Tam mi lepiej.

 

JW: W jakich kategoriach wychodzisz?

Aleksandra Kargul, fot. Krystian Daszkowski, wsparcie na sesji Magdalena Stawińska

AK: Na początku byłam przekonana, że moją kategorią będzie Vogue Fem, czyli taniec wyolbrzymiający stereotypowe ruchy kobiece, złożony z pięciu elementów (Duckwalk, Catwalk, Hands, Floor Performance oraz Spins and Dips), bez których wykonania podczas balu dostajesz chop i odpadasz z gry. Patrząc na świetnych tancerzy, mało osób zdaje sobie sprawę, jak obciążająca dla ciała to kategoria. Nie uciągnęłam tego kondycyjnie, tym bardziej, że gdy zaczynałam, pojawiły się u mnie problemy ze zdrowiem. Poza tym jestem ogromną perfekcjonistką, niestety często w negatywnym tego słowa znaczeniu. Za wolno osiągałam satysfakcjonujące efekty, co mnie zdemotywowało. Na szczęście po drodze odkryłam Runway, a później na jednych z zajęć Madlen powiedziała nam o Sex Siren

 

JW: Co to takiego?

AK: Zdarzyło mi się słyszeć porównania, że to soft porno (śmiech), ale od zawsze byłam adwokatką patrzenia na tę kategorię w zupełnie inny sposób. Jeśli miałabym wybrać, co chciałabym, aby czytający ten wywiad z niego wyniósł, to to, że Sex Siren is not porn. Tak, to prawda – sporo tu nagości, bielizny, wolnych, rozerotyzowanych ruchów. Głównym założeniem tej kategorii jest także uwodzenie sędziów i widzów. Odsłaniasz swoją seksualność i ciało, ale tak naprawdę, co innego – swoją pewność z nich wynikającą.

 

W Sex Siren nie chodzi o erotyczny taniec, ten jest wręcz zakazany. To kategoria performatywna, a więc to, co musisz tu osiągnąć, to przerobienie swojej seksualności na akt, występ, wydarzenie.

fot. Krystian Daszkowski, wsparcie na sesji Magdalena Stawińska

Dosłownie wydarzenie, bo Sex Siren z uwagi na swoją specyfikę nie można nagrywać lub fotografować bez zgody, więc to, co widzisz jako widz, zdarza się tylko tu i teraz. I wcale nie musi to oznaczać konwulsyjnego rzucania się po scenie. Najlepsze z osób w tej kategorii potrafią jednym ruchem czy gestem sprawić, że na sali robi się duszno. Na początku sądziłam, że nigdy w tej kategorii nie wyjdę, ale z perspektywy czasu myślę, że od pierwszej sekundy wiedziałam, że to zrobię.

 

JW: Przeraziłaś się negliżu?

AK: Nie, nagość nigdy mnie nie przerażała, jestem z nią całkowicie pogodzona. Seksualność i ciało to coś, co jest immanentnie nasze, więc w teorii nie powinniśmy odczuwać związanego z tym wstydu. Natomiast wtedy na warsztatach, gdy poznałam Sex Siren, uruchomiły się we mnie kalki społeczne; te związane z wychowaniem i z myślami: „Co pomyśli rodzina?!”, „Co pomyślą ludzie?!”. Przecież miałam wykonywać performance oparty na seksualności przed wieloma osobami. Ale odważyłam się…

 

JW: I?

AK: Moje pierwsze wyjście w Sex Siren uznaję za jedno z fundamentalnych dla mnie przeżyć. Na wybiegu cały stres i wątpliwości znikają. Rush adrenaliny, który daje moment wyjścia, jest nieporównywalny z niczym innym. Ta kumulacja energii jest dla mnie kwintesencją maindfulness, prawdziwego bycia tu i teraz oraz bycia w zgodzie ze sobą. Zawsze uważałam się za bardzo sensualną osobę; odkrycie, że mogę wyrażać się w taki sposób, było niezwykle ważne.

 

JW: Czyli w ballromie nie przyjmujesz persony, alter ego?

Aleksandra Kargul, fot. Krystian Daszkowski, wsparcie na sesji Magdalena Stawińska

AK: Długo się nad tym zastanawiałam. Miałam problem z przybraniem przydomku. Ten, który funkcjonuje obecnie, czyli Pani Prezes LPV, powstał przypadkiem. Ktoś mnie tak nazwał i już zostało. Tym bardziej, że pasuje, bo mam zapędy do bycia boss bitch. Ze wszystkimi tego plusami i minusami (śmiech). Za przydomkiem nie kryje się jednak wykreowana persona. Przed wyjściem na runway i już na nim ciągle jestem sobą. Dla mnie to performance artystyczny, w którym jest dużo ze mnie. Nie umiałabym tych dwóch światów rozdzielić.

 

JW: Wspomniani przez ciebie Lokalni Poznańscy Voguerzy to kolektyw, który współtworzysz z innymi osobami z ballroomu – Zygzakiem, Yantarem, Sinoą, QQ, Miss Pinky, Boną i Mewą. Jesteście dla siebie wsparciem?

AK: Zdecydowanie, LPV to najlepszy system supportu zarówno na balu, jak i poza nim. Dla mnie nasz kolektyw to prawdziwy kiki house, choć tak naprawdę nim nie jesteśmy i chyba nawet nie mamy potrzeby, aby się nim stać. Najważniejszą rzeczą jest tu to, że dobrze się znamy i lubimy. Powstaliśmy w ramach House of Army na długo przed tym, zanim wszyscy do niego dołączyliśmy i zanim house się rozpadł. Jakoś naturalnie nas do siebie ciągnęło.

 

LPV pokazują mi, że mimo moich 33 lat (a to więcej, niż ma większość osób uczestniczących w ballroomie) nadal mogę realizować się w taki sposób, w jaki chcę.

Celebrować swoją kreatywną stronę i nie dać się wtłoczyć w ogólnie obowiązujące ramy. Samo szykowanie się na bal czy na występ – szycie strojów, eksperymentowanie z makijażem, przygotowywanie choreografii – jest trochę jak spełnianie nastoletnich marzeń, gdy miało się potrzebę wielkich, scenicznych momentów. To trochę zabawne, ale ballroom naprawdę mi to daje.

 

JW: Z tego, co mówisz, ballroom głównie daje. Ale czy coś zabiera?

AK: Dla mnie zawsze będzie to słodko-gorzka relacja, bo ballroom to nie tylko fun and games, gry i zabawy. Jeżeli jesteś w kryzysie i masz nieprzepracowane sprawy, to bardziej niż pewne, że to wszystko wywali ci w twarz tuż przed wyjściem na wybieg. Runway wiąże się ze stresem. Jasne, może być on ekscytujący, ale trzeba być w odpowiednim miejscu w swojej głowie, żeby dopuścić do siebie tę perspektywę.

 

fot. Krystian Daszkowski, wsparcie na sesji Magdalena Stawińska

Potrafię zrezygnować z wyjścia, gdy wiem, że jestem aktualnie nie tam, gdzie powinnam, i runway przysporzy mi tylko więcej negatywnych myśli, bo nie spełnię swoich oczekiwań.

Paradoksalnie cenię sobie te momenty. Mocno uwypuklają to, z czym sobie radzę, a z czym nie.

 

JW: Zmagasz się z głównie z własnym perfekcjonizmem, czy z czymś jeszcze?

AK: Od prawie dekady mierzę się z nawracającymi epizodami depresyjnymi. Pojawiają się z różnych powodów.

 

Byłam w terapii, brałam różne leki. Niedawno dotarło do mnie, że epizody to jedynie symptom szerszego problemu, jakim jest moje ADHD.

Choć wciąż czekam na oficjalną diagnozę, ta moja własna sprawiła, że czuję się zdecydowanie lepiej. Większość moich schematów stała się bardziej zrozumiała, wszystko ma większy sens. Wydaje mi się, że wynikające z ADHD sposoby funkcjonowania były ze mną od zawsze, ale jako dziewczynka byłam bardziej pacyfikowana przez społeczeństwo, by zachowywać się bardziej akceptowalnie. Być ogólnie „mniej” – ciszej mówić, nie być tak aktywną, nie wyrażać swojej autonomii. To sprawiło, że jako dorosła osoba nie umiałam poradzić sobie z różnymi rzeczami, bo absolutnie nie potrafiłam być „mniej”. I nie byłam, ale czułam związany z tym wstyd. Non stop towarzyszyło mi poczucie, że robię wszystko źle, więc cały czas próbowałam udowodnić wszystkim, jak bardzo się mylą, i przekuwać tę energię na działanie do granic możliwości fizycznych i psychicznych. Udowadniać innym – nie sobie – swoją wartość.

 

Te problemy przełożyły się na moje niezdrowe relacje z jedzeniem. Binge eating to wciąż mój duży problem.

To wszystko odcisnęło piętno na moim zdrowiu. A potem przyszła pandemia. Od lekarstw i uziemienia w domu moja waga mocno skoczyła. Nadmierne kilogramy wpływają na moje funkcjonowanie w przestrzeni i na to, jak podchodzę do performance’u. Nadal mam potrzebę wyrażania seksualności i cielesności. Co ważne, w ballroomie nigdy nie spotkałam się także z body shamingiem [zawstydzanie złośliwymi lub niewybrednymi komentarzami z powodu wyglądu – przyp. red.], ale z tyłu głowy wciąż załącza mi się kulturowy schemat: „Jesteś na to za duża”. Dlatego przez ostatnich kilka miesięcy nie bywałam na balach. Musiałam to przepracować, oswoić to w sobie.

 

JW: Udało się?

AK: Na pewno nie przepracowałam tego do końca, takie procesy mają to do siebie, że rozciągają się w czasie. Odkryłam jednak, że bardziej cierpię, jak mnie w ballroomie nie ma, niż jak w nim jestem. Przed nami kilka wspaniałych wydarzeń – plan jest taki, by być ich nieodłączną częścią.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
5
Świetne
Świetne
9
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
2
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0