fot. Magda Hueckel

Śmierć i mit

„Śmierć Jana Pawła II” to najnowszy spektakl z repertuaru poznańskiego Teatru Polskiego. Tak brzmiący tytuł musi rodzić pytania i przypuszczenia, z czym mamy do czynienia.

Postać papieża Polaka jest – przynajmniej według oficjalnej, instytucjonalnej pamięci – jedną z najistotniejszych w dwudziestowiecznej historii naszego kraju. Podejmować temat pomnikowy, to ryzykować obrazą czyichś uczuć, mimowolnie bądź całkiem świadomie. To mierzyć się z całą machiną pamięci wokół pomnika zogniskowaną.

 

Bo z pomnikami w Polsce jest tak, że albo kładzie się pod nimi kwiaty z pełną atencją, albo obala się je z hukiem i nie mniejszym zapałem.

A że Teatr Polski to nie szkółka niedzielna ani teatrzyk szkolny, wyglądać może ta premiera na prowokację.

Spektakl dokumentalny

W czasie tak silnych podziałów, jakich doświadczamy, oczekiwać można, że owa prowokacja wpisywać się będzie w bieżące debaty i stanowić część publicystyki – ważnej skądinąd, odległej jednak od sztuki teatralnej. Zaangażowanie jednak nie musi ześlizgiwać się w publicystyczne mielizny. W Poznaniu to bezpieczne z racji rozkładu poparcia politycznego widocznego w kolejnych wyborach, choć niechroniące przed kontrowersjami. One jednak – w świecie wciąż głodnym newsów i silnych doznań – mogłoby być też skalkulowane i pożądane.

 

fot. Magda Hueckel

fot. Magda Hueckel

To właśnie dzisiejsze pole sztuki, na którym „Śmierć Jana Pawła II” się pojawia. Wcześniejszy tryb przypuszczający domaga się postawienia pytania wprost: jak lokuje się ten spektakl w wyżej określonych granicach?

Przedstawienie koncentruje się na ostatnich dnia życia papieża. To w istocie docudrama – inscenizowana relacja o charakterze dokumentalnym. Nie tylko z braku konwencjonalnej fabuły i przypisanych jej cech – bo oglądamy nieudramatyzowane ludzkie umieranie – ale i z powodu licznych pojawiających się na ekranach fragmentów wypowiedzi medyków i papieskich współpracowników przedstawiających to umieranie w terminach medycznych i religijnych.

 

fot. Magda Hueckel

fot. Magda Hueckel

Co jakiś czas może też widz zobaczyć nagrania wypowiedzi osób pytanych o osobę papieża i jego znaczenie dzisiaj.

Ten dokumentalizm pozwolił uniknąć możliwej pułapki sentymentalizmu i taniego patosu z jednej strony, z drugiej zaś szyderstwa. Uniknięcie pokusy dramatyzowania zdarzeń i pozostanie na poziomie oszczędnej w środkach rekonstrukcji dało twórcom spektaklu szansę na osiągnięcie kilku rzeczy. Pozwoliło zaproponować refleksję nad relacją ludzkiego ciała i instytucji, nad rolą mitu w polskiej przestrzeni społecznej i ze zdystansowanym szacunkiem odłączyć od tego kwestię religii. Same problemy nie są nowe, postać papieża Polaka czyni je jednak niezwykle wyraźnymi i istotnymi.

Na jednym poziomie naturalistyczny obraz męki umierania Karola Wojtyły – z towarzyszącymi temu zadławieniami, charkotem, buntem wyrywającego się spod władzy świadomości ciała – odsłania kulisy niedostępne wiernym wyczekującym kolejnych komunikatów o zdrowiu papieża, ubieranych w retorykę wzniosłości.

 

fot. Magda Hueckel

fot. Magda Hueckel

Tu widz uczestniczy w okrutnym i prozaicznym spektaklu śmierci. Jest świadkiem torsji, cewnikowania, przebierania pieluch.

I pojawia się pytanie, prowokowane wyświetlanym na wejściu cytatem z jednej z encyklik papieskich o różnicy między eutanazją a zaniechaniem uporczywej terapii, pozwoleniem na ulgę śmierci: czy można było oszczędzić tego staremu, umierającemu człowiekowi?

Ciało zinstytucjonalizowane

Wszystko dzieje się jednak w ramach instytucji, której odchodzący papież jest uosobieniem, instytucji wciąż dlatego właśnie domagającej się jego obecności i aktywności. Wierni czekają na słowa z papieskiego balkonu, gest błogosławieństwa. Papież jest potrzebny wszystkim i w efekcie traci przymiot człowieczeństwa. Musi żyć, bo nadaje sens życiu innych. Jednocześnie fizyczny kryzys opowiadany jak historia święta, przeprowadza go w stronę sacrum.

 

fot. Magda Hueckel

fot. Magda Hueckel

Podwójna optyka tu widoczna ukazuje nieusuwalne napięcie między fizycznymi ciałami ludzi – psującymi się, szwankującymi, słabymi i umierającymi wreszcie – a tworzonymi przez nich i potrzebującymi ich instytucjami, które muszą trwać, by zapewnić ramy ludzkim działaniom, nadać im sankcję i sens.

Chory, umierający człowiek nie może się wymknąć z tej pułapki. Jest niezbędny jako pasterz, jako papież i jego odchodzenie – nieuniknione przecież – musi mieć odpowiednie decorum, musi być odpowiedziane w sposób zapewniający instytucji trwanie. To teatr śmierci.

Pokolenie JP2

Twórcy, na innym poziomie, mierzą się z mitem Jana Pawła II. Proponują jego negliż. Zbiorowy wstrząs doznany w chwili śmierci papieża wyzwolił siłę określaną jako metanoja – nawrócenie. Oto jako społeczeństwo mieliśmy doznać przeobrażenia kierującego nasze zbiorowe i indywidualne życie na nowe tory. Przykładem może być pojednanie walczących dotychczas ze sobą kibiców Cracovii i Wisły Kraków.

 

fot. Magda Hueckel

fot. Magda Hueckel

Nic już nie miało być takie, jak przedtem. O 21.37, dnia 2 kwietnia 2005 roku rodziło się pokolenie JP2. Co z tego zostało?

Emocje, zgodnie ze swoją naturą, wypaliły się szybko. Ich intensywność nie pozwoliła na długie trwanie. Nie sposób ciągle funkcjonować w stanie pełnej mobilizacji. Śmierć papieża Polaka nie stworzyła nowego pokolenia, natomiast w podjętym natychmiast haśle „Santo subito” utrudniła bilans pontyfikatu Jana Pawła II, zamiast tego dając „złotą legendę”. Do dziś nie pozwala ona jakąkolwiek dyskusję i problematyzowanie obecności Karola Wojtyły na tonie Piotrowym, atakiem ma być wszelka próba osadzenia działań i wypowiedzi papieża w szerszym kontekście – poza hagiografią, a blisko licznych kulturowych i społecznych procesów, w których uczestniczył, bądź nie.

To, co przechowuje pamięć społeczna, pokazuje płytkość mitu, jego dający się sprowadzić jedynie do emocji wymiar. Najmłodsza z osób przepytywanych o postać Jana Pawła II wyznaje swoją niewiedzę, mogąc jedynie zanucić „Barkę”. Kolejne wypowiedzi wyświetlane na ekranie, to przywoływanie pamięci o chwili śmierci i emocji z tym związanych. 

 

fot. Magda Hueckel

fot. Magda Hueckel

Prócz autentycznego wzruszenia związanego ze wspólnotowością przeżycia jest tylko mem. To być może najbardziej prawdziwe pośmiertne życie Jana Pawła II – memy. O nich niejednokrotnie można usłyszeć.

Oblekanie papieskiego ciała w szaty, celebra żałoby, katafalk – tworzą mit. Instytucja tworzy mit, który właściwie jest pusty. Traktuje go z całą możliwą celebrą. Figura papieża przypomina figurę Maryi właściwą dla dużej części polskiego emocjonalnego i powierzchownego katolicyzmu. Odnajduje się on w rytualizmie, ale jest wewnętrznie próżny.

Największe polskie nieszczęście

Przy tym wszystkim spektakl „Śmierć Jana Pawła II” unika pułapki obrazy uczuć religijnych – nie dotyka kwestii wiary, czy świętości. Pozostaje na poziomie społecznego dyskursu i kulturowych instytucji. Forma wybrana do prezentacji napięć pozwoliła uniknąć takiego – bezprzedmiotowego w gruncie rzeczy – zaangażowania.

Co nie znaczy, że przedstawienie i jego twórcy nie będą oskarżani – mit Jana Pawła II stanowi i skutek, i jedną z przyczyn pogłębiających się podziałów i sam namysł nad miejscem papieża w świadomości i pamięci Polaków ma w sobie obrazoburczy potencjał, może wywołać oskarżenia o naruszenie świętości.

fot. Magda Hueckel

fot. Magda Hueckel

 

Tymczasem największe polskie nieszczęście, jakim był ten pontyfikat, znajduje w micie swoje spełnienie.

Do wszystkich fantazmatów, licznie zapełniających naszą narodową wyobraźnię, dodał on element świętości, który – jak wyraźnie to widać w sposobie funkcjonowania polskiego Kościoła – skutecznie uniemożliwia wydostanie się z pułapki samoiluzji, wyobrażonego obrazu siebie.

Ostatnia scena spektaklu jasno to pokazuje. Ciało papieża spoczywa na katafalku, a publiczność zostaje zaproszona na scenę. Można oddać hołd zmarłemu, albo zrobić sobie selfie – w każdym przypadku zostajemy wciągnięci w orbitę świętego i po niej krążymy – chcąc nie chcąc.

 

fot. Magda Hueckel

fot. Magda Hueckel

Potrzebujemy trzeźwego spojrzenia, a mamy oczy przesłonięte łzami, w uszach rozbrzmiewa „Barka”.

Świętość papieża paraliżuje, bo dopełnia dzieła przebóstwienia narodu i społeczeństwa. W metanoi wypatrywaliśmy szansy na zmianę. Oczekiwanie tego było pragnieniem swoiście polskiej wersji historii zbawienia, tęsknotą za czymś takim. To jednocześnie pozwala na bierność – bo świętość papieża sama miała nas wyzwolić.

To pułapka, w której ugrzęźliśmy. Zderzenie tego mitu ze śmiercią ciała i pamięcią o niej może być uwalniające. Pokazać świętość jako ułudę potęgi. Moglibyśmy na końcu mieć nagiego, bezbronnego w tej nagości i ludzkiego jednocześnie starego człowieka, znajdującego w śmierci wytchnienie. Otrzymujemy jednak to, czego potrzebujemy albo chcemy – figurę świętego.

Wyzwolenie nie nastąpi w teatrze.

 

Teatrowi Polskiemu w Poznaniu dziękujemy za możliwość wykorzystania zdjęć ze spektaklu.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
1
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
3