fot. M. Adamczewska

Smoczyca z wielkim biustem i inne fantastyczne stwory

Na spotkaniach autorskich najczęściej zadawane pytanie to: „Skąd pani/pan czerpała/czerpał inspirację?”. Wiem to z doświadczenia i rozlicznych rozmów z autorami wszelkich gatunków. Większość albo nie wie, co powiedzieć, albo ma przygotowaną z góry, wielokrotnie powtarzaną i wyuczoną na pamięć odpowiedź...

Oczywiście nikt nie wykręca oczami, choć niejeden chciałby się wykręcić od odpowiedzi, nie jest ona bowiem prosta. „Zewsząd” – pasowałoby chyba najbardziej, ale jednym słowem nie wypada odpowiadać zainteresowanym czytelnikom. Ja mówię, że za każdym razem, przy każdej książce czy opowiadaniu jest inaczej. Czasami pomysłów szuka się długo i mozolnie, a czasami przychodzą niespodziewanie i zawłaszczają wyobraźnię, tak że nie sposób się ich pozbyć.  Tak było w przypadku „Ars Dragonii”, powieści fantasy dla młodzieży. Nie miałam jej zupełnie w planie, pisałam wtedy kolejny kryminał, w głowie miałam jakiś następny thriller… aż tu nagle… zdarzyła się taka historia.

 

Stojąc w korku

Siedemnastolatek, wykorzystując znanego mi rodzica, poprosił, abym wymyśliła mu jakąś fabułę, bo on zamierza narysować komiks. Jako że moja znajomość kończyła się na Thorgalu, poprosiłam, by pokazał mi, co go interesuje. Zajmowały go prawie wyłącznie japońskie mangi, a przede wszystkim duchy, stwory z Dalekiego Wschodu. Jedną z opowieści uznał za wyjątkowo interesującą, w jego mniemaniu – prostą do wymyślenia historyjkę.

 

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

Musiałam wyprowadzić go z błędu i poinstruować, że tak „prostą” fabułę wymyśla ośmiu Japończyków, przez pół roku, przez osiem godzin dziennie, dlatego wydaje się taka „prosta”. Na pożegnanie obiecałam, że się zastanowię, ale zapowiedziałam, że szanse są marne, bo mitologia japońska jest mi obca i na smokach za bardzo się nie znam.

Nie minęło dwadzieścia minut, jak korek samochodowy sprawił, że utknęłam na ulicy Grunwaldzkiej, tuż przed skrętem w ulicę Matejki. Stałam, stałam, stałam, z nudów rozglądałam się na boki… i w wtedy ją zobaczyłam – smoczycę z wielkim biustem! Wiła swe jaszczurcze ciało i rozdziawiała pysk pod gzymsem drugiego piętra kamienicy. Chwilę później zobaczyłam skrzydlatego gryfa nad drzwiami. W połaciach między oknami dostrzegłam fantastyczne stwory skrywające się za tarczami, a tuż pod dachem niezwykłe, oplatające balkony drzewo. Poruszałam się w ślimaczym tempie, coraz bardziej wykręcając głowę. Trwało to parę minut, ale wystarczyło, bo to wszystko, co widziałam, jak na wezwanie ożyło. Nagle stało się oczywiste, że smoki mają magiczną moc, wyjątkową inteligencję i strzegą skarbów, a przede wszystkim nie są na Dalekim Wschodzie, a na poznańskim Łazarzu!

 

fot. M. Adamczewska

fot. M. Adamczewska

Tak powstała nie tylko fabuła książki, ale narodziła się moja wielka fascynacja sztukateriami z poznańskich kamienic. Gdy przyjechałam do Poznania studiować historię sztuki, oczywiście zdawałam sobie sprawę, że te budynki to ciekawe obiekty, ale brudne, pomazane kamienice, nieprawdopodobnie niszczejące i do tego przysłonięte koszmarnymi reklamami, łatwo dawały się ominąć. Po czasie wzrok przyzwyczaił się do nowego miasta i nie interesowałam się nimi, i tak jak i większość poznaniaków.

A wystarczyło zadrzeć głowę do góry, przyjrzeć się dokładniej, by objawił się niezwykły świat fantastycznych dekoracji. Dopiero niedawno przyszedł na to czas. Na szczęście na poznawanie historii i podziw dla sztuki nigdy nie jest za późno.

 

Secesja w Poznaniu 

Poznańska secesja jest wyjątkowa. Zawitała do miasta w czasie wielkiego bumu budowanego, jaki przydarzył się na końcówce XIX i początku XX wieku. Wtedy to zadecydowano, że Poznań przestaje być miastem twierdzą z zakazem budowania poza obrębami murów, a staje się wschodnią rezydencją cesarstwa niemieckiego. Wybudowano dzielnicę cesarską wraz zamkiem Wilhelma II i setki kamienic na Jeżycach, Wildzie i Łazarzu. Dla przykładu Zamek powstawał między 1905 a 1910 rokiem, a tylko w 1908 i 1909 roku wypłynęło 1011 wniosków o pozwolenie na budowę. Ponad osiemset rozpatrzono pozytywnie.

 

fot. M. Adamczewska

fot. M. Adamczewska

Budowa dochodowej kamienicy, z mieszkaniami na wynajem, była świetnym interesem, nic więc dziwnego, że majętni obywatele miasta inwestowali w to pieniądze. Co bystrzejsi poszli jeszcze dalej, między innymi budowniczy kamienicy przy Grunwaldzkiej 20a, która tak przykuła moją uwagę, niejaki Heinrich Pitt. Ten radny gminy Jeżyce, a przede wszystkim mistrz rzeźnicki i jak to określano, handlarz „nierogacizną”, wybrał dla syna Paula Pitta inną karierę niż handel mięsem. Posłał go na studia architektoniczne, być może na Politechnikę w Charlottenburgu.

Dobry wybór, bo został on jednym z najwybitniejszych architektów poznańskiej secesji i związał się z tym miastem całe życie (nie wyjechał jak większość Niemców po przegranej wojnie, tylko został w Polsce; umarł w latach trzydziestych w Środzie Wielkopolskiej).

Tak duża liczba domów powstających w jednym czasie sprawiła, że chcąc przyciągnąć bogatych mieszkańców, musiały być one nie tylko wygodne, ale i modne. Zaczęto się więc prześcigać w rozwiązaniach architektonicznych oraz w dekoracjach fasad. Sztukator został pożądanym, a także niezwykle dochodowym zawodem. Do Poznania ściągali nawet Włosi. Osiedlili się tu tacy twórcy dekoracji fasad jak Max Biagini czy Sante Zanetti, ale i pochodzący z Wielkopolski artyści również stali się niezwykłymi mistrzami w swoim fachu. Między innymi mój ulubiony twórca smoczycy Bolesław Richelieu.

Urodzony nieopodal, w Luboniu, a żonaty z Nepomuceną Kołodziejczak z Długiej Gośliny. Był on właścicielem firmy sztukatorskiej. Do niego należą realizacje z kamienic przy Staszica, Jackowskiego czy Szamarzewskiego. Stworzył z Paulem Pittem niezwykłą udaną spółkę. Architekt zbudował mu kamienicę przy Grunwaldzkiej 20a, a on ją ozdobił. Była nie tylko jego własnością, ale też wizytówką firmy. Dekoracja nie mogła być banalna i powielana z ogólnodostępnych wzorników. Musiała być odzwierciedleniem jego warsztatu, gustu i fascynacji. Udało się.

 

Popisał się nie tylko biegłością w wykonaniu misternego detalu, jak chociażby przy wijących się gałęziach zjawiskowego drzewa, ale pokazał również swoje uwielbienie dla fantastycznych opowieści.

Widać to w dziwacznych stworach, które chowają się za tarczami. Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, co oznaczają i jaką bajkę opowiadają. Być może w swoim czasie były znacznie czytelniejsze niż dziś, choć też nie da się wykluczyć, że to tylko swobodna fantazja artysty. Co do jednego jestem jednak przekonana – Richelieu lubił smoki. Spod jego ręki wyszedł też fantastyczny smok zdobiący kamienicę na Matejki, zastanawia mnie jednak coś zupełnie innego… Smok nie musi mieć błoniastych skrzydeł, to jaszczurczo-wężowy stwór z łapami zakończonymi ostrymi pazurami. Pokryty łuską, zieje ogniem bądź truje jadem, ale bardzo rzadko ma pokaźne piersi. Czy Bolesławowi Richelieu przyśnił się taki stwór? Czy gdzieś go widział? Czy był to zabawny żart dla mieszkańców? Czy jawna prowokacja skierowana do drobnomieszczańskich poznaniaków? Czy tylko przykuwająca oko reklama?

 

fot. M. Adamczewska

fot. M. Adamczewska

Nie wiadomo. Wiadomo na pewno, że smoczyca przyciągnęła moją uwagę, rozbawiła i pobudziła wyobraźnię. Bardzo bym sobie życzyła, żeby koszmarne reklamy znikły z frontów, wszystkie fasady były odnowione, dzieci wraz z dorosłymi zadzierały głowy i otwierały usta ze zdziwienia, odnajdując bajkowe detale, a Poznań chwalił się swoją secesją, bo jest wyjątkowa.

 

A o smoki zapytałam doktora Macieja Kanerta, japonistę, tłumacza i byłego pracownika Instytutu Orientalistycznego UAM w Poznaniu, osobę, do której pierwszej zadzwoniłam, chcąc się dowiedzieć trochę więcej o fantastycznych stworzeniach z bardzo daleka.  

 

Joanna Jodełka: Nasze smoki pojawiają się w mitach greckich, legendach sumeryjskich, słowiańskich, skandynawskich. Są symbolem prachaosu, czasami grzechu. Zazdrośnie strzegą skarbów i są chętnie zabijane przez rycerzy tudzież szewczyków. Czym się różnią od swoich kuzynów z Dalekiego Wschodu?

Maciej Kanert: Japońscy kuzyni smoka wawelskiego przybyli na wyspy z Chin. Zanim mieszkańcy Wysp Japońskich zaczęli utrzymywać kontakty z Krajem Środka i zapożyczać na potęgę z chińskiej szeroko pojętej kultury, sami smoków nie znali. Na  przykład na dzwonach, które pełniły funkcję rytualną i które wykonano w III wieku, widzimy ważki, jaszczurki i jelenie, ale ani jednego smoka. Pojawiają się one jednak już wiek później, obok innych importowanych z Chin mniej lub bardziej fantastycznych stworzeń. Podstawowa różnica: smoki chińsko-japońskie to zwierzęta wodne. Na suchym lądzie raczej nie żyją, a nawet jeżeli się pojawią, to zawsze związane są z wodą.

 

JJ: A czym różnią się z wyglądu? Nasze są z reguły fantastyczną mieszanką gatunków. Mają ciało węża, może być pokryte rybimi łuskami, łapy jaszczurki, szpony orła, sokoli wzrok, czasami skrzydła nietoperza, jedną lub więcej głów. A japońskie?

MK: W sumie są dosyć podobne, a różnice wynikają bardziej z odmiennej stylistyki jako takiej niż z innych cech anatomicznych. Czasami nie mają wyraźnie ukształtowanych łap – żyją przecież w wodzie lub w chmurach, nierzadko ukazując się tylko w części spoza nich. Co ważne, smoki to nie zwierzęta, tylko inna kategoria istot, zbliżona do duchów i bóstw. Co równie ważne, występujące w mitologii indyjskiej węże, które również odgrywają ważną rolę w mitycznej warstwie buddyzmu, w procesie tłumaczenia zostały przełożone na chiński jako „smoki”, łącząc cechy indyjskich węży i chińskich smoków.

 

JJ: Fascynacja dorosłych sztuką japońską sięga jeszcze XIX wieku, nawet ostatnio widziałam drewnianą skrzynię z wyposażenia cesarskiego zamku, która ma nogi stylizowane na orientalne smoki. A czym tłumaczyć fascynację dzieci mangami? Czasami występują w nich stworzenia z lokalnych legend lub zawiłej mitologii?

MK: W Japonii tradycja „komiksowa” sięga początków kultury w ogóle. Już w VIII wieku jedna z sutr buddyjskich została spisana z ilustracjami poszczególnych scen. Potem to już poszło… „Emaki” („Ilustrowany zwój”) jest pełnoprawną formą sztuki malarskiej, w której ilustracja towarzyszy tekstowi. Ta bogata i sięgająca setek lat tradycja wybuchła w XX wieku i jest niezwykle bogata. Są mangi klasycznych dzieł japońskiej literatury, ale i mangi podręczniki ekonomii i zarządzania. Dlaczego miano by się nimi nie fascynować?

 

Przedstawienie smoka ze świątyni Hōryūji w Ikaruga z ok. 670 r., fot. M. Kanert

Przedstawienie smoka ze świątyni Hōryūji w Ikaruga z ok. 670 r., fot. M. Kanert

Bardzo często bohaterowie mang są bezpośrednio przeniesieni z tradycyjnej mitologii lub nią inspirowani, myślę jednak, że czytelnicy niekoniecznie odczytują zawsze takie kulturowe skojarzenia. Raczej po prostu dobrze się bawią, gdy nagle w tekście pojawia się jakiś dziwny stwór.

 

JJ: Czy jakieś fantastyczne stwory z Europy przeniknęły do kultury japońskiej?

MK: Ponieważ mangi są o wszystkim, więc w nich europejskie potwory i stwory też się pojawiają, ale obecności smoka wawelskiego i pobratymców wcześniej nie stwierdzono. Moim ulubionym jest przedstawienie smoka ze świątyni Hōryūji w Ikaruga z ok. 670 roku. Na pawilonie jako praktyczny piorunochron są z czterech stron. Bo skoro rządzą wodą, to na pożar nie pozwolą…

 

Wiele informacji dotyczącej kamienic zaczerpnęłam ze znanej mi prawie na pamięć „Secesji w Poznaniu” autorstwa profesora Jana Skuratowicza, Magdaleny Adamczewskiej i Piotra Walichnowskiego. Wkrótce poszerzone wydanie z nowymi zdjęciami. Nie mogę się doczekać!  

 

O smokach, wraz z Maciejem Kanertem, opowiadaliśmy też w Radio Pogoda, posłuchaj: