fot. Antoni Hoffmann

Smyczkowy marzec

Marzec w Filharmonii Poznańskiej należał do skrzypków, wykonywali Beethovena i Dvořáka, ale też kompozytorów mniej znanych – Franza Berwalda i Johana Halvorsena. Oprócz tego grano symfonie (Mozarta, Brahmsa, Sibeliusa) oraz utwory Wagnera, Liszta i Weinberga.

Po najkrótszym miesiącu nastąpił najbardziej wypełniony wydarzeniami – w marcu filharmonia zaproponowała aż pięć wieczorów. Nie mogłem niestety wybrać się na ostatni z nich, więc nie wiem, jak Timothy Chooi zabrzmiał w koncercie skrzypcowym Maxa Brucha.

Można powiedzieć, że orkiestra Filharmonii Poznańskiej specjalizuje się w występach ze skrzypkami, wszak partneruje im podczas konkursów im. Wieniawskiego. To na ostatniej jego edycji poznała się z Bomsori Kim, zdobywczynią drugiej nagrody, którą w obecnym sezonie zaproszono jako solistkę-rezydentkę (przekłada się to głównie na wspólne koncertowanie poza Polską).

Pierwszego marca atmosfera była odświętna, promowano wspólną płytę Bomsori i Rafała Blechacza, przypomniano, że muzycy razem wystąpili w Poznaniu w czerwcu ubiegłego roku i ubolewano, że pianista nie może być teraz z nami. Ale – żeby nam ten brak osłodzić – odczytano jego esemesa nadesłanego z Montrealu, a jeszcze śmieszniej zrobiło się, gdy tę odezwę nagrodzono brawami.

DOSTOJNIE I MAJESTATYCZNIE

Wracając do muzyki, Bomsori Kim zagrała „Koncert skrzypcowy” Dvořáka, w którym zaskoczyła nieprzyjemnie szklistym dźwiękiem, cienkim i chwilami za cichym. Jej partia bywała płochliwa, wobec czego instrumenty dęte brzmiące niczym rogi myśliwskie wydawały się za nią gonić. To akurat wypadło ciekawie, bo dodawało utworowi dramaturgii, o którą bardzo dbał Václav Luks. Czeski dyrygent znany jest przede wszystkim z interpretacji baroku, ale wypuszcza się też w inne epoki – prawie dokładnie rok temu prowadził w Poznaniu „Requiem” Donizettiego. Mam nadzieję, że kiedyś wróci tu ze swoim zespołem Collegium 1704.

Luks wręcz teatralizował narrację, wydobywał i podkreślał akcenty rytmiczne na drugim planie, wszystko było bardzo klarowne, także ze względu na pomniejszoną obsadę.

Skrzypaczka Bomsori Kim i dyrygent Václav Luks. 1 marca, koncert „Ze Złotej Pragi”, fot. Antoni Hoffmann

Mocno wybrzmiał taneczny finał, a zarówno solistka, jak i dyrygent trochę podrygiwali, ale wcześniej zdarzały się fragmenty mdłe i bez wyrazu. Choć może to mój problem, bo już pisząc o wykonywanej tu w lutym „VII symfonii” Dvořáka, zastanawiałem się, czy nie staram się znaleźć w tej muzyce czegoś, czego w niej po prostu nie ma.

Koncert czeskiego kompozytora okalały utwory Mozarta w jakiś sposób związane z Czechami, co zresztą zaproponował Luks. W Pradze miał swoją premierę „Don Giovanni”, z którego uwerturę usłyszeliśmy na początku, a „XXXVIII symfonia” została skomponowana z myślą o prezentacji w tym mieście. Szkoda, że poprzedziła ją przerwa, bo bez niej lepiej można by wysłyszeć konsekwencję podejścia i spójność koncepcji dyrygenta stosowaną do różnej materii. Tu też popracował nad dramaturgią (może jedynie kotły na wstępie były zbyt nachalne, przez co w finale nie brzmiały już tak mocno). Całość była dostojna (zwłaszcza dęte), chwilami majestatyczna, ale zarazem lekka, oddychająca, zwiewna, pełna powietrza. Spoista, ale zachowująca indywidualność głosów. Miło było patrzeć na ruchy Luksa, który sięgał, wręcz wyciągał poszczególne dźwięki z orkiestry i tak też dziękował potem jej członkom.

WAGNER VS. BRAHMS

Kolejny tydzień (8 marca 2019) i kolejna skrzypaczka, Antje Weithaas, choć „twarzą” tego koncertu był dyrygent Eivind Gullberg Jensen.

Skrzypaczka Antje Weithaas. 8 marca, koncert „Geniusze bez humoru”, fot. Antoni Hoffmann

Koncepcja wieczoru została zbudowana wokół XIX-wiecznego sporu muzycznych konserwatystów, których przedstawicielem był tutaj Johannes Brahms, a poszukujących nowego z Richardem Wagnerem na czele oraz faktu, że oba obozy ceniły Ludwiga van Beethovena. Zapowiadający koncert Mikołaj Rykowski tak się tym konfliktem rozemocjonował, że na początku pomylił Richardów i wspominał o Straussie. W tekście do programu też zdarzył mu się kiks – pisze tam o „Pierścieniu Nibelungów” (zamiast Nibelunga; w innym miejscu książeczki trafiłem na intrygujące stwierdzenie, że Tabea Zimmermann jest altowiolistą).

Zaczęto od uwertury do opery „Tannhäuser” Wagnera, zagranej dobrze, choć można by się przyczepić do smyczków, które zbyt wybijały się swoim skrzypiąco-piskliwym brzmieniem.

 

Weithaas była dla mnie odkryciem tego wieczoru i podobnie jak Dorota Anderszewska grająca w ubiegłym miesiącu koncert Schumanna pozwoliła odkryć znany utwór na nowo.

Dyrygent Eivind Gullberg Jensen, 8 marca, koncert „Geniusze bez humoru”, fot. Antoni Hoffmann

W „Koncercie skrzypcowym” Beethovena zachwyciła dźwiękiem krystalicznym, ale pełnym, sprężystym, na początku swawolnym, potem hipnotyzującym, zwłaszcza w zestawieniach z samymi kotłami albo pizzicato smyczków. Tak jak wtedy u Anderszewskiej, tutaj też słyszałem ludowość (momentami skojarzenia nawet z lirą korbową i cymbałami). Swoją energią skrzypaczka spajała ten utwór, nieco zaskakujący, bo rozczłonkowany przez solowe fragmenty popisowe. Z kolei, gdy nie grała, widać było, że nadal jest z utworem i w nim – ruszała się, jakby zagrzewała orkiestrę do wysiłku.

Po przerwie „IV symfonia” Brahmsa, w której to, co nie udało się we wspominanej Dvořáka, tutaj wyszło pięknie. W pamięć zapadły mi specyficzne ruchy dyrygenta, koliste, przygarniające, przyciągające, nabierające. I takie było też to wykonanie – falujące, bez silnych zderzeń, choć czuło się napięcie, zamierzoną masywność, ale wszystko pozostawało w ruchu, działało z wewnętrzną siłą, z przekonaniem. O powagę zadbały żałobnie brzmiące instrumenty dęte.

POWRÓT REZYDENTA

Skrzypek Henning Kraggerud i dyrygent Marek Pijarowski. 15 marca, koncert „Nordyckie zorze”, fot. Antoni Hoffmann

Tydzień później (15 marca 2019) wystąpił obecny artysta-rezydent FP Henning Kraggerud (był już w grudniu, wróci jeszcze w czerwcu), a wieczór stał pod znakiem muzyki skandynawskiej. Zawsze cieszę się, gdy filharmonia wychodzi poza standardowy zestaw nazwisk, choć rezultatem tego było trochę pustych miejsc. Ale tak to bywa, gdy z plakatów nie nęcą „wirtuozi” ani „gwiazdy”.

Najpierw „Wettlauf” Szweda Franza Berwalda (1796–1868), pełna wigoru etiuda, która urzekała zalotnym motywem fletów. Następnie Norweg Johan Halvorsen (1864–1935) i jego odnaleziony po latach „Koncert na skrzypce i orkiestrę”. Tu inspiracje muzyką ludową były wyraźne; szkoda, że orkiestra nie dała się im porwać, była za mało zadziorna, zbyt ociężała zwłaszcza w drugiej części. Solista poszedł w las, a oni zostali na balu. Korzyść z tego taka, że ładnie wypadły trąbki i fagoty w trzeciej części, która przywodziła na myśl utwór Berwalda.

 

Skrzypce były tego wieczoru ważne także dlatego że, jak przypomniała Róża Światczyńska w zapowiedzi, wszyscy prezentowani kompozytorzy byli skrzypkami.

Również najbardziej znany fiński twórca Jean Sibelius, którego „II symfonię” grano po przerwie. Jest to utwór idealny dla tej orkiestry, odpowiednio masywny, ale także pełen detali. Dyrygujący tego dnia jej szef, Marek Pijarowski, znakomicie wygrywał przeciwko sobie właśnie drobiazgi i obfitość. Fagot czasami zabrzmiał niczym dudy, flety i trąbki wplatały swoje filigranowe motywy, wszystko się powoli i konsekwentnie ze sobą łączyło, stapiało, wznosiło i wypiętrzało. Aż szkoda, że owacja nastąpiła tak szybko.

NIEZAPOWIEDZIANY WIRTUOZ

Wiolonczelista Tomasz Daroch. 22 marca, koncert „Magiczna dziewiątka”, fot. Antoni Hoffmann

Kolejny tydzień (22 marca 2019) – znów pustki, a można by zaryzykować i zaanonsować wiolonczelistę Tomasza Darocha jako „wirtuoza XXI wieku”, tak jak grającego w lutym Sheku Kanneh-Masona. Polak jest od niego o dziesięć lat starszy, ale nie tak znany. A po tym, co zaprezentował w „Koncercie na wiolonczelę i orkiestrę” Mieczysława Weinberga dziwię się, czemu wcześniej o nim nie słyszałem. Mam nadzieję, że będzie częściej zajmować się muzyką tego kompozytora, bo jeśli wykonywać go będą tacy muzycy jak on, czy występujący niedawno w Poznaniu Linus Roth, to ma ona szansę dotrzeć do szerszego grona. W tym utworze znów pojawiły się odwołania do muzyki ludowej – tym razem klezmerskiej. Szczególnego charakteru nadawało brzmienie klarnetu basowego oraz trąbek z tłumikami i bez.

 

Weinberg mistrzowsko kontrastował nie tylko barwy, ale również nastroje, co dobrze odczytał dyrygent Ilyich Rivas.

Dyrygent Ilyich Rivas i wiolonczelista Tomasz Daroch. 22 marca, koncert „Magiczna dziewiątka”, fot. Antoni Hoffmann

Przedtem usłyszeliśmy „Don Juana” Richarda Straussa – postać uwodziciela jest drugim motywem przewodnim marca, bo pojawił się on nie tylko dzięki uwerturze Mozarta, ale nawet w zapiskach Sibeliusa do symfonii. Był to trafny wybór na początek, bo utwór swoją witalnością i porywczością otworzył i wyczulił uszy. Świetnie z trudnym zadaniem poradziły sobie waltornie. Wykonany po przerwie poemat symfoniczny Liszta „Preludia” nie jest w stanie wzbudzić we mnie większych emocji, ale czuć było, że bardzo pasuje on orkiestrze. Do jednej harfy z tego utworu dołączyła druga, a do tego dołożono tamburyn, trójkąt, werbel, fagoty i tubę – wszystko po to, żeby zagrać poemat choreograficzny „La valse” Ravela.

W tej interpretacji tytułowy taniec jawił się jako zombie, żywy trup chwiejący się, kroczący niepewnie – jeśli taka była koncepcja, to brawa za odwagę i realizację.

CZYTAJ TAKŻE: Historie zapisane w dźwiękach

CZYTAJ TAKŻE: Gwiazdy i kontrasty. Koncerty w Filharmonii Poznańskiej

CZYTAJ TAKŻE: O Grażynie Bacewiczównie nieco inaczej. Część I: O muzyce