fot. materiał archiwalny

Stanisław Teisseyre… z niepamięci

W holu Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, na piętrze, stoi metalowa figura naturalnej wielkości. Przedstawia niewielkiego wzrostu starszego pana o wydatnym nosie. Studenci poklepują ją dla żartu, wchodząc po schodach. Jeszcze niedawno niewielu z nich wiedziało, kto to jest. Ostatnio przykręcono małą tabliczkę i każdy może przeczytać: „Stanisław Teisseyre”.

Tyle zostało z pamięci o wybitnej dla wielkopolskiej kultury postaci. Jednego z założycieli pierwszej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Poznaniu. Był jej rektorem w latach 1947–1952 i 1965–1978. Wcześniej, zaraz po wojnie, działał w sopockim Instytucie Sztuk Pięknych, któremu później rektorował, po przekształceniu go w Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych w latach 1951–1962.

ZAŁOŻYCIEL I ORGANIZATOR

To Stanisławowi Teisseyre’owi zawdzięcza Poznań ściągnięcie do prowincjonalnego i pozbawionego artystycznych tradycji miasta, grona wybitnych artystów. Z malarzami Piotrem Potworowskim i Tadeuszem Brzozowskim, tkaczką Magdaleną Abakanowicz i grafikiem Waldemarem Świerzym na czele. Wspólnie uczynili z nowo powstałej i sprowadzonej do nauczania praktycznych tylko umiejętności w zakresie projektowania wnętrz i mebli szkoły, jedną z najlepszych w Polsce i liczącą się w Europie uczelnię artystyczną. Udział w tym dziele Stanisława Teisseyre’a jest nie do przecenienia. Podobnie jak atmosfera uprawiania wolnej sztuki, w której wyrosły powojenne pokolenia poznańskich artystów – pod ochronnym parasolem rozpostartym nad poznańską Akademią przez doskonale poruszającego się na komunistycznych salonach profesora Teisseyre’a.

KOMUNISTYCZNY DYGNITARZ SZTUKI

Stanisław Teisseyre potrafił fenomenalnie radzić sobie w każdych czasach. Był człowiekiem wybitnego intelektu, znał biegle kilka języków, był filozofem sztuki i wybitnym mówcą. Wszędzie miał znajomości i potrafił wszystko załatwić. Zaznaczył swą obecność już w przedwojennym Lwowie, gdzie organizował środowisko artystów. Podczas sowieckiej okupacji szybko znalazł się wśród działaczy Związku Artystów Związku Radzieckiego i podróżował swobodnie po całym Sojuzie.

Stanisław Teisseyre

Gdy do Lwowa weszli Niemcy, narażał życie, pomagając Żydom. Zaraz po wojnie aktywnie włączył się w budowę nowego ustroju, przewodząc środowisku artystów. Nie był Konradem Wallenrodem. Był artystą i radził sobie jako artysta. Malował wielkie obrazy socrealistyczne, z robotnikami, chłopami, czerwonymi sztandarami i pochodami pierwszomajowymi. Nie przeszkadzało mu to realizować w tym samym czasie polichromii i witraży do kościołów. Jak było trzeba, świetnie posługiwał się socjalistyczną nowomową, pisał o marksistowskich podstawach sztuki w partyjnych gazetach, a na uczelni opowiadał studentom o najnowszej sztuce w Paryżu. W ciężkich czasach powojennych, gdy wyjazd z Polski graniczył z cudem, Teisseyre zjeździł cały świat. Francję, z której pochodziła jego rodzina, odwiedzał prawie co roku, dotarł też na Kubę i do Egiptu. Ułatwiały mu to jego kontakty – stanowiska w UNESCO i zarządzie Polskiego Związku Artystów Plastyków. Zaraz po wojnie zapisał się do Stronnictwa Demokratycznego, by, jak odwróciła się koniunktura, w 1952 roku przejść do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

A przy tym wszystkim był dobrym, skromnym, pełnym ciepła człowiekiem. Tak naprawdę przez całe długie życie niewiele się dorobił. Jeździł starym fiatem, gdy inni już dawno przesiedli się na limuzyny.

 

Jako rektor potrafił w swoim mieszkaniu gościć studentów, którzy odwiedzali go spontanicznie. I dyskutował z nimi godzinami.

Jego wnikliwe, pełne dygresji erudycyjnych korekty prac studenckich były słynne. Jednocześnie, jeszcze w połowie lat 70., egzekwował na uczelni obowiązkowy temat malarski i rzeźbiarski – „portret Lenina”.

W Poznaniu długo mieszkał w wynajmowanym przez uczelnię mieszkaniu przy ulicy Ostroroga. Dopiero w 1979 roku, w wieku 74 lat, zaczął budować swój pierwszy dom na stoku Cytadeli.

UTOPIA DOMÓW DLA ARTYSTÓW

Artysta długo mieszkał w Poznaniu w wynajmowanym przez uczelnię mieszkaniu przy ulicy Ostroroga. Dopiero w 1979 roku, w wieku 74 lat, zaczął budować swój pierwszy dom na stoku Cytadeli.

Już w 1964 roku, w pierwszym planie zabudowy Rataj, przy ulicy Rocha planowano wzniesienie osiedla domków z pracowniami dla artystów. Odpowiadało to komunistycznej wizji raju. Szczęśliwi robotnicy mieli w ramach rekreacji przechadzać się wokół bloków, w których mieszkali. Mieli podziwiać rzeźbiarzy i malarzy, tworzących na chwałę socjalistycznej ojczyzny. Taka była idea, poparta przez jedynie słuszną partię. Tak naprawdę to działacze związków twórczych chcieli wyszarpać dla siebie coś od państwa. A to państwo chciało nastawiać ile się da byle jakich betonowych mieszkań. Bez żadnej towarzyszącej infrastruktury, bez sklepów, szkół i domów kultury, które na długo pozostały tylko w planach. Podobnie jak fanaberia mieszkań dla artystów.

Na odczepne dostało się artystom trochę pracowni na ostatnich piętrach stawianych na osiedlach wieżowców. Architekci wrócili do pomysłu osiedla dla artystów w drugiej połowie lat 70., gdy miasto zdecydowało się zabudować tereny pod poznańską Cytadelą. Wtedy to Gabriela Kapela-Rzyska i Jerzy Schmidt opracowali projekt małego osiedla domów z przeznaczeniem dla twórców. W fantastycznej jak na Polskę i owe czasy formie domów atrialnych w kształcie litery L, z dużymi wewnętrznymi dziedzińcami i przylegającymi do nich przeszklonymi pracowniami artystycznymi. Podobno Jerzy Schmidt zainspirował się domami dla artystów, jakie zobaczył w czasie swojej podróży do Włoch.

 

Zaprojektowano „osiedle twórców” na dwadzieścia domów i wszystkie zrealizowano. Działki dostali malarze, rzeźbiarze, architekci. Miał być ktoś z opery i jacyś naukowcy.

Była to gratka nie dla każdego. Coś dla zasłużonych działaczy. Każdy dostał projekt i budował sam. Trwało to od 1976 roku do końca lat 80. Wtedy to liczba szczęśliwców z rezydencjami pod Cytadelą wzrosła do 150. I więcej było pułkowników milicji i służby bezpieczeństwa, prokuratorów, dygnitarzy partyjnych niż artystów. W czasach pierwszej Solidarności było to przedmiotem głośnej afery. Z czasem sprawa przycichła, a domy zaczęły przechodzić w inne ręce, rosły przebudowywane bez ładu i składu. Ubyło artystów, a przybyło nowobogackich.

MAGICZNE MIEJSCE

Tylko jeden z domów trwa niezmieniony. Jedynie zieleń pochłania go z roku na rok coraz bardziej. To dom Stanisława Teisseyre’a – zwany Teserówką. Zapisany wraz z jego archiwum i kolekcją dzieł sztuki poznańskiej Akademii, przez lata pełnił funkcję domu gościnnego, gdzie uczelnia mogła przenocować artystów odwiedzających ją czy to z wystawą, czy z wykładami. Pomieszkiwali oni w Teserówce, śpiąc na jego łóżku, korzystając z jego kubka i talerza i kąpiąc się w jego wannie.

Tylko jeden z domów trwa niezmieniony. Jedynie zieleń pochłania go z roku na rok coraz bardziej. To dom Stanisława Teisseyre’a – zwany Teserówką.

Sam zawiozłem kiedyś do tego domu – dawno temu – uczelnianego gościa. Był już wieczór, z trudem znaleźliśmy zarośnięte dzikim winem wejście. Dom był skromny i sprawiał wrażenie, jakby właściciel miał za chwilę pokazać się w drzwiach któregoś z pomieszczeń. Wąski korytarz był jednocześnie biblioteką pełną francuskich książek o sztuce. Prowadził do pracowni profesora. Tam na sztaludze spoczywał niedokończony obraz. Wokół walały się porozrzucane pędzle i niezakręcone tubki z farbami. Obok stała leżanka i małe biurko. Drzwiczki nie domykały się. Chciałem je przymknąć, ale coś stawiało opór. Otworzyłem je, a tam wystawał z szuflady róg zeszytu, który blokował drzwiczki. Gdy wyciągnąłem zeszyt otworzył się w miejscu, gdzie Teisseyre zapisał swoje wspomnienia z pobytu na greckiej wyspie Santorini – ze szkicami białych domów zwieszających się na skałach. Weszliśmy do sąsiedniego pokoju, a tam na ścianach wisiały duże obrazy, jak okna. Z widokami z tej greckiej wyspy. Egzotyczna bajka w szarym Peerelu. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że następnego dnia rankiem miałem lecieć właśnie na Santorini. I był to pierwszy w ogóle samolot z Polski na tę wyspę…

Stanisław Teisseyre

Domy na wyspie Santorini

Z czasem Teserówka podupadła, obrazy pokryła pleśń. Piwnicę zalała woda i wszystko przenikła wilgoć. Ostatnie wyliniałe doniczkowe rośliny przeżyły chyba tylko dzięki niej.

 

Zbiory nie zostały nawet sfotografowane czy skatalogowane. Niezabezpieczone prace ginęły. Z czasem wszyscy zapomnieli o profesorze Teisseyrze i jego domu.

Stanisław Teisseyre zmarł w 1988 roku. W swoim domu pomieszkał tylko niecałe dwa lata. Akademia wyprawiła swojemu wieloletniemu rektorowi wspaniały pogrzeb, z wystawianiem trumny w uczelnianej auli. Ostatnia wystawa obrazów Stanisława Teisseyre’a miała miejsce w Poznaniu w Arsenale w 1988 roku, tuż po jego śmierci. Nastał burzliwy czas politycznych przemian i o osobie profesora wszyscy zapomnieli. Na długie trzydzieści lat. Uczniowie robili kariery, potomków dbających o spuściznę nie miał.

Przypominam wyjątkową postać profesora w związku ze wspaniałą inicjatywą Działu Kolekcji Uniwersytetu Artystycznego – dwóch wystaw poświęconych jego osobie i sztuce: w Teserówce i Galerii Piekary. Można je oglądać jeszcze do 9 listopada 2018 roku. Otwarte dla wszystkich są drzwi jego domu w Poznaniu, Na Szańcach 4. Każdy może zajrzeć do Teserówki i poczuć atmosferę tego magicznego miejsca. Pojawił się pomysł funkcjonowania tam otwartej pracowni artystycznej. Niestety, tylko pomysł.

Stanisław Teisseyre malował różne obrazy – lepsze i gorsze. Opinie, że nie był wybitnym artystą, są krzywdzące. Pokazanie na obecnie trwającej wystawie kilku zaledwie prac artysty i to samych abstrakcji nawiązujących do sztuki Potworowskiego nie daje pełnego obrazu jego sztuki. Teisseyre’owi należy się w Poznaniu wielka wystawa dająca nowe spojrzenie na jego malarstwo. Kłaniam się nisko jego uczniom, dzisiaj szacownym profesorom Uniwersytetu Artystycznego i Poznańskiemu Muzeum Narodowemu, ciągle mając nadzieję, że to możliwe.

CZYTAJ TAKŻE: Winna Góra – nowa wizytówka Wielkopolski
CZYTAJ TAKŻE: Obrazki ze średniowiecznego komiksu
CZYTAJ TAKŻE: Chopin znów w AntoninieStanisław Teisseyre