fot. Dawid Stube, na zdjęciu Jarek Mikołajczyk

Stawiam na famułę i wiaruchnę z fyrtli

Z Jarkiem Mixerem Mikołajczykiem - gnieźnieńskim człowiekiem-orkiestrą, o tym, czym się zajmuje, o wielu jego wcieleniach, miłości do teatru i ważnych osobach, o Muzeum Początków Państwa Polskiego, krytycznej postawie i postcovidowej nadziei - rozmawia Kamila Kasprzak-Bartkowiak.

Kamila Kasprzak-Bartkowiak: Lalkarz, animator, dziennikarz, muzealnik czy performer – to tylko niektóre z uprawianych przez Ciebie profesji. Kim w takim razie jest Jarek Mixer Mikołajczyk, czyli czy masz potrzebę określania się, na czym budujesz swoją tożsamość?

Jarek Mikołajczyk: Najmniej czuję się dziś performerem. Nie mam potrzeby wyrażania się w formie happeningu, mam też dystans do tego określenia, bo dziś performancem nazywa się prawie wszystko, a dla mnie to jednak ma swoje znaczenie i miejsce w kulturze. Mam czasem wrażenie, że dziś dziennikarze traktują performance jako słowo wytrych, definicję wszystkiego.

Lalkarz i animator po prostu animują, jeden lalką drugi kulturą. Dziennikarz, myślę, że dziś bardziej publicysta, choć to brzmi nieco patetycznie. Może regionalista?

 

To, że mogę kreować Muzealnego Detektywa i jako archaiczny, nonszalancko elegancki osobnik badać tajemnice Gniezna, jest dla mnie radością, jaram się tym jak 10-latek nową fiszką.

Gdzieś w tęsknocie wewnętrznej czuję się lalkarzem. Podwórkowym artystą, który ma niewymuszoną publikę, nie zżyma się na „pana artystę”. Pan Walizka to jedno z istotnych alter ego, z którym bardzo czuję się tożsamy. Nie mam potrzeby określania się za wszelką cenę, choć na pewno jestem Pyrą.

 

Jarek Mikołajczyk, fot Dawid Stube

Jarek Mikołajczyk, fot Dawid Stube

Tożsamość kulturową buduję na patriotyzmie najbliższego winkla i na świadomości, że na tym winklu niedawno mieszkali Wielkopolanie, Polacy, Niemcy i Żydzi.

Nie jest dla mnie ważna ich narodowość, a miłość do Gniezna. Taka małomiasteczkowa wielokulturowość. Buduje na setkach obejrzanych spektakli, i chyba nie przesadzam, tysiącach koncertów, ale też na języku, którym posługiwała się babcia Anna Mikołajczykowa. Jako Pyra stawiam na famułę i na wiaruchnę z fyrtli.

 

KKB: W Gnieźnie, ale też w regionie, na polu kulturalnym działasz od dekad. W czym tkwi sekret Twojej aktywności i fakt, że potrafisz odnaleźć się w różnych realiach i nawiązujesz żywy kontakt z kolejnymi pokoleniami twórców?

JM: Chciałbym nadal ten kontakt nawiązywać. Teraz bywa różnie, mam nadzieję, że to wynik pandemii. Jestem na etapie: Sary Powagi, Krystiana Kleja, Zuzy Chełek, Zubla, Miksona, Wiki Młynarczyk, Jonasza Kopeckiego, Krzysia Libnera, Tymka (mojego syna), a wcześniej tych, których zagarniało na moment sypanie kolorowych mandali z piasku czyli Malarzy Ulotnych. Przed covidem była jeszcze ekipa z III LO jako Teatr 100 Metrów.

 

Faktem jest, że w tych, których wymieniłem są symfonicy, poeci slamowi, raperzy, plastycy.

Odnajdowanie się w różnych realiach? Mógłbym powiedzieć, że to cecha ludzi inteligentnych, którą po prostu dostali od: losu, genów, rodziny i splotu wydarzeń życiowych. Myślę, jednak, że to uproszczenie. To myślenie, które preferuje system. Jak sięgnę pamięcią, zawsze słyszałem, że jestem zdolny, ale leniwy. W szkole odpowiadając na wszystkie pytania dobrze – dostawałem czwórkę. Ktoś inny odpowiadał na ¾ pytań i dostawał też czwórkę.

 

“Bo ciebie stać na więcej” – słyszałem. „Jak na więcej? Halo!? Prze pani, pani przecież o więcej nie pytała” – tak mi zostało w głowie ze szkoły.

 

Jak, coś zrobisz, tak że jest dobrze, no po prostu gites jest, to mówią, że ci się udało. A udać to się może trafić w totka, wszystko inne trzeba zrobić, zdobyć, umieć.

Bywało różnie w moim życiu, czasem biedniej – trzeba było działać w każdych realiach, w absurdzie kultury instytucjonalnej, ale i na własny rachunek. Kiedy na przykład zagrasz imprezę dla „śmietanki towarzyskiej”, właściciele lokalu prosili byś grał ambitnie najlepiej neo swing, albo new jazzy, a po godzinie podchodzi nawalony prezes jakiejś firmy i chce od ciebie disco polo…

 

Jarek Mikołajczyk, fot Dawid Stube

Jarek Mikołajczyk, fot Dawid Stube

Jeszcze godzinę temu to on „tylko Miles Davis” – to już wiesz, że tego nie chcesz dalej robić.

Wiesz, że ta śmietanka towarzyska to nawet nie zsiadłe mleko. Kiedy przestajesz się bać, że utoniesz, to zaczynasz pływać, jeszcze sprawia to tobie przyjemność. Wtedy wiesz, że będziesz chodził przez swoje miasto z walizką w meloniku już zawsze, będziesz blubrał w lujówce jako ten Szczun z Kareji aż cię giry już nie będą chciały nosić. I jeszcze będziesz kochał to swoje miasto, swoje podwórko jako ten Muzealny Detektyw – tak zawodowo, bo nie chcesz inaczej, bo ono zasługuje na zawodową miłość.

Po prostu nie ma co udawać kogoś kim się nie jest, zdarzało mi się to chyba do 30-tki. To do niczego oprócz zawodu, rozgoryczenia innych i siebie nie prowadzi. Idziesz na pełnym halsie na mieliznę depresji, wypadasz za burtę. A życie to ani Czarna Wołga, ani gra o „złote kalesony”.

 

KKB: Chciałabym teraz zapytać o lalkarstwo, a także o teatr, który sam od lat tworzysz, ale też o którym piszesz recenzując choćby sztuki w Teatrze Fredry. Czy to dla Ciebie „najważniejsza ze sztuk” i dlaczego?

JM: Lalkarstwo i teatr to wbrew pozorom niby to samo, a jednak nie. Teatr Lalki i Teatr żywo-planowy wymagają nieco innych wrażliwości. Lalkarz nie gra, przenosi postać na znak, bo lalką może być wszystko. Lalkarz, a aktor lalkowy, wedle starej szkoły, to też dwie inne profesje. Lalkarz to człowiek, który tworzy lalkę, czasem też nią animuje, pisze scenariusz, robi scenografię. W domyśle to mentalnie człowiek teatru w drodze:

 

„Chodzi lalkarz światem, serce w nim rogate, chodzi z wiatrem z pluchą z lalką za pazuchą”.

Aktorzy to fantastyczni rzemieślnicy, którzy mają warsztat i umiejętność, których Pan Walizka może im tylko pozazdrościć. To moje lalkarstwo jest zwykle przepełnione improwizacją i grą na maksa.

W teatrze z „profesji”, bo w ostateczności tylko rzemiosło, czyli umiejętności mają znaczenie, jestem instruktorem teatralnym. Tego się uczyłem zarówno w PSKO w Kaliszu (dziś Studium Animatorów Kultury) i w UL w Błotnicy Strzeleckiej, czy na kilku warsztatach.

 

Większość moich działań teatralnych to spektakle z młodzieżą lub dziećmi.

Począwszy od toszeckiego Teatru Obrzędowości Nowej – Lunula, gdzie robiliśmy z młodzieżą teatry korowodowe z olbrzymimi lalkami, przez Teatr Dzieci z Chmur, czy Teatr Przestawionych Kamieni, dalej Teatr w Depozycie. Moje solowe projekty, te poza Panem Walizką – monodramy – to rzeczy sporadyczne. Tu po prostu brak czasu, miejscami umiejętności, niedoróbki, a tego w teatrze nie lubię. Choć z „Miasta portretów trumiennych” jestem względnie zadowolony.

 

Natomiast recenzowanie to chyba nie tylko echo nauki na Wiedzy o Teatrze i dwóch szkół dwuletnich o profilu teatralnym. Jednak cudowną rzeczą, którą dawały legitymacje szkół artystycznych były wejściówki. W dużej mierze, dzięki nim oglądałem wiele z najlepszych spektakli przełomu lat 80. i 90. XX wieku.

Recenzuję sztuki przede wszystkim z Teatru im. Aleksandra Fredry, bo to jest znowu mój winkiel, choć zdarza się, że bywam nie tylko u Fredry.

 

A, że w tym teatrze – sporo Teatru, to lubię recenzować gnieźnieńskie spektakle.

Te szkice recenzenckie, psu na budę teatrowi, bo na materiał promocyjny się nie nadają. Oprócz plusów piszę i o tym, co nie zagrało. Aktorzy i reżyserzy wiedzą jednak, że ten „pismak z prowincji” nie układa się z nimi, dlatego, że ich szanuje. Recenzje piszę godzinami, zatapiam się w spektakl, nauczyłem się oglądając rejestrować, zarówno sam spektakl jak i swoje spostrzeżenia ad hoc.

Nie boję się też wielkich słów, bo jeśli Wojciech Kalinowski gra po emocjonalnej krawędzi jak Roman Wilchelmi to trzeba to napisać, a nie bać się o swoją reputację, bo, że za mocno, porównanie na wyrost itp.

 

“Reputację mają ludzie, którzy nie mają nic innego.” – mawiał mój dziadek.

 

Kiedy aktor, którego podziwiasz, teraz nie myślę o Kalinowskim, gra jak drepczący worek ziemniaków, to musisz to napisać, choć to boli tak samo ciebie jak tego aktora. Kiedy Maria Spiss z ekipą robi taką Virginię Woolf i cię to miażdży, to piszesz, teatr to pot, praca i emocje twórców. Jesteś im winien powiedzenie „kochani to było genialne”, a jeśli myślisz Piękne czy Absolutne, też jesteś to winien. Inaczej to zatrudnij się w dziale marketingu. Będziesz sprzedawał bilety.

Teatr, jest w pewnym sensie syntezą sztuk. Jest jedyną pełną i totalną sztuką. To pierwsza sztuka samplingu, skleja literaturę, plastykę, ruch, taniec, muzykę. Jest dla mnie najważniejszy, obok muzyki, bo jest dla mnie światem, takim moim, gdzie może nie wszystko mi się podoba, ale rzadko czuję się w nim obcy, rzadko czuję się głupio, a jeszcze rzadziej czuję się głupkiem. Teatr jest też sztuką, w której nie analizuję treści. Kompletnie oddzielam go od literatury. Teatr to działanie lub niedziałanie TOTALNE.

 

Postulat Simone Weil – teatr jeśli ma być dobry, musi być nieruchomy, zrealizował chyba jedynie Sławek Kuczkowski, ale jest to postawa totalna tak jak Kantor. Zresztą on i Madzik rozkochali mnie w teatrze, a są tak różni. Jeszcze Swinarski i Szajna, Gardzienice i teatry uliczne Living Theatre i wspomniana Wspólnota Lalki i Chleba. Wiem taka teatralna boomerbanda. Odrębnym światem jest teatr Bogusława Schaeffera, niestety mimo wielu prób prawie udanych aktor schaeferowski był, jest i będzie tylko jeden – Jan Peszek.

 

KKB: Jak duży wpływ miało współtworzone przez Ciebie stowarzyszenie Konfraternia Teatralna oraz organizowane niegdyś w Gnieźnie Mityngi Teatralne i postać Sławka Kuczkowskiego – aktora, poety, twórcy Teatru Wizji i Medytacji „Czerwona Główka”, a także członka Konfraterni i Twojego serdecznego przyjaciela?

JM: Konfraternia i Mityng, raczej wynikały z tej trochę nie odwzajemnionej miłości mojej z teatrem. One  były efektem wieloletniego obcowania z teatrem, bycia jego poboczem. Były też wynikiem splotu wydarzeń. Impulsem do stowarzyszenia faktycznie było nasze bratanie się z Teatrem Wizji Czerwona Główka mojego Die Gruppe Theater – realizowanego z Marcinem Pietruszewskim oraz Teatru Przestawionych Kamieni.

Natomiast sam Sławek miał ogromny wpływ nie tylko na moje działania okołoteatralne, ale na moje życie wewnętrzne. Był kimś, z kim mogłem swobodnie rozmawiać o rzeczach i ludziach ważnych. O Marcie Robin, Simone Weill, Janie od Krzyża, Hiobie czy Kawafisie, Johnie Coltrane, Milesie Davisie, poezji, literaturze, etyce i estetyce. Nie musiałem dla podtrzymania rozmowy ględzić o wynikach meczów, polityce, pogodzie czy “abonamencie za komórkę”. To była relacja, w której nie bałem się odrzucenia.

 

KKB: Kolejna rzecz to animacja, która z jednej strony wzbogaca instytucję dla której w danym czasie pracujesz czy szerzej – kulturalną przestrzeń publiczną w Gnieźnie. Dobrym przykładem będzie tu Festiwal Grajków Ulicznych „Po drodze”, który organizowałeś wraz z Urzędem Miasta, ale też wszelkie około teatralne działania choćby podczas 10 edycji Festiwalu Literackiego Preteksty w zeszłym roku. 

JM: Festiwal Grajków Ulicznych „Po drodze”, ma jedną wadę. Jak powiedziałaś – czas przeszły. Sprytnie wykorzystany covid, by przyoszczędzić kasę na kulturze. Nie mnie oceniać Grajków, wystarczy jednak przywołać artystów, którzy wystąpili. No i to, że w Polsce tę imprezę szanowano, a w planach, w rozmowach były mega postaci jak mój ukochany Simone Salvatori z włoskiego Spiritual Front czy Czesław Mozil.

 

Jarek Mikołajczyk, fot Dawid Stube

Jarek Mikołajczyk, fot Dawid Stube

Jest kilka miast, które odezwały się do mnie czy nie przeniósłbym tej idei. Nie wiem.

Tu jednak – trzeba to przyznać – Grajki zawdzięczaliśmy Yerba Mate – naszym przy niej rozmowom z byłym już dyrektorem Wydziału Kultury UM Gniezno – Piotrem Wiśniewskim.

Preteksty jeszcze jako SłowoTok tworzyliśmy z Piotrem rozmawiając na murku koło Franków (kościoła Franciszkanów). To był jego pomysł, a nazwa moja, bo pierwsze toczyły się po ulicach miasta. Potem zakompleksionym poetom kojarzył się chyba źle SłowoTok, który przemianowano na Preteksty, fajnie, ale bezpiecznie.

Mimo wszystko bywałem przy nich, bo Piotr miał wizję, a to lubię. A te 10. Preteksty, no tak tam była moja autobiografia i Teatr w Depozycie, oraz z mojej animacji cudowny koncert Variete. Nie chcę oceniać co dał mój autobiograficzny monolog. Sama jednak aktywność w materii kultury daje nadzieję, a może tylko złudzenie, że nie zejdziemy do końca na bójki, kibicerkę, miałkość i bylejakość.

 

KKB: Obecnie najciekawsze w twoim artystycznym życiu zdają się trzy wcielenia: Muzealny Detektyw w Muzeum Początków Państwa Polskiego, Pan Walizka dla dzieci i Szczun z Kareji dla miłośników gnieźnieńskiej gwary i nie tylko. Powiedz o nich więcej.

JM: Trochę już o tym opowiedziałem, odpowiadając na pierwsze pytanie. Muzealny Detektyw jest teraz dla mnie chyba najatrakcyjniejszy. Łączy gwarę, miłość do Miasteczka i jego historii. To, że jest to kreacja zawodowa, daje mi fantastyczną możliwość poświęcenia mu więcej czasu.

 

Mam niesamowitą łaskę, może przywilej kreowania w pracy, robienia tego co kocham.

Cholernie wdzięczny jestem dyrektorowi MPPP Michałowi Bogackiemu i mojej kierowniczce Magdzie Robaszkiewicz, za przyzwolenie. Mam do Detektywa słabość, lubię go. Lubię go też w takim zestawieniu kontrastów w duecie z Michałem Pilasem – kolegą z „pracy”, z którym głównie działamy w klipach muzealnych piosenek. Cieszy mnie teraz fakt, że jako Muzealny Detektyw prowadzę lekcje online „Gniezno w XIX wieku.”

 

Jarek Mikołajczyk, fot Dawid Stube

Jarek Mikołajczyk, fot Dawid Stube

Traktuję Gniezno jako miasteczko modelowe XIX wieku w Polsce zaborowej. Koncentruję się jednak na zmianach kulturowych i technicznych.

Szczun z Kareji to chyba już nie jest kreacja, to jednak ja, chłopak co to mieszkał przy Targowisku, potem na Budulcu teraz na Rynku podle Kareji. Taki trochę ulicznik, trochę szkolony gamoń. O Panu Walizce już się rozgadałem się wcześniej. Jeśli po tych 20-40 minutach improwizacji nie da się wykręcić koszuli, to była to hochsztaplerka nie teatr. Daje też takie kosmiczne sytuacje jak współpraca z Pawłem Bąkowskim – Szegetzem, gdzie po prostu płyniemy.

 

KKB: Oprócz tego trudno trudno odmówić tobie krytycznej postawy, kiedy na przykład zabierasz głos w temacie działania lokalnych instytucji kultury, czy konkretnych osób. Czy to coś zmienia?

JM: Nie wiem czy ta krytyka coś zmienia. Czasem myślę, jak Wojaczek, że:

 

”mój głos jest krzykiem i nikogo to nie obchodzi!”

 

Z tą krytyką mam problem, przewinąłem się przez instytucje, znam tych ludzi. Czasem się obrażają, czasem mnie obrażają, ale jakby tak uwolnić ich z politycznych nacisków to robią Dobro. Niektóre relacje są słodko-gorzkie. Niestety coś w tym jest, że instytucje są przestarzałe, nie spełniają oczekiwań. Nie chce jednak stawiać znaku równości między instytucją, a człowiekiem.

Strefa komfortu zabija aktywność, tak jest nie tylko w kulturze. Polityka kulturalna jest najbardziej niekulturalną polityką jaką znamy. Ona wymusza pewne postawy i zachowania pracowników instytucji, rzecz jasna nie każdy z tych ludzi błaznuje raz z ryngrafem raz z pacyfką na piersi.

 

Jarek Mikołajczyk, fot Dawid Stube

Jarek Mikołajczyk, fot Dawid Stube

Nie kładźmy wszystkich do jednego worka. Zabieram głos, bo jeśli ludzie kultury będą nabierać wody w usta, połykać żabę, to nie zostanie kamień na kamieniu.

Nie łudzę się, że zadzieje się wiele. Dziś jednak szybko rośnie świadomość społeczna, młodzi są dobrzy w internety. Jeśli chodzi o postawę krytyczną mam ją również wobec środowiska. Tu jest trudniej, bo przecież większość animatorów i twórców to moi ziomale. Staram się jednak o pisanie szczere. Tym bardziej, że pisuję jako dziennikarz obywatelski – nikt mi za to nie płaci jestem wolny.

 

KKB: A jak to jest z władzą – szanuje kulturę oraz tworzących ją ludzi czy nie? W końcu, choćby w trwającej jeszcze pandemii, w jednym ze swoich felietonów na portalu Popcentrala pisałeś: „Do momentu, kiedy my kulturnicy będziemy wzdragać się przed polityką, tak długo politycy będą nas rozstawiać na szachownicy jak pionki, wmawiać nam, że nic nie znaczymy.”

JM: Władza, władzy nie równa. Nie chcę uogólniać. „Władza” uzurpuje sobie prawo robienia z kultury tuby wyborczej. Jest to mniej widoczne na szczeblu województw. Miasta, miasteczka powiaty, mocno nadużywają bycia “organem prowadzącym”.

Szacunek dla ludzi kultury? Jak mawiał Jarek Walerczak, przyjaciel, dziennikarz i kulturoznawca:

 

“Takie mamy Florencje, jakich Medyceuszy”.

 

Chyba nigdy nasze Gniezno tych Medyceuszy nie miało na miarę Florencji. Szkoda, bo w czym jesteśmy gorsi?

 

Wystarczy popatrzeć na fontannę Ammanatiego na Piazza della Signoria i fontannę na gnieźnieńskim Rynku.

Zmiany na lepsze mamy już chyba za sobą. Chociaż decyzja prezydenta Budasza, by Stary Ratusz powierzyć Marcie Pacak – była strzałem w dziesiątkę. Mimo, że musiał mieć świadomość, że ta dziewczyna nie będzie tańczyć jak jej polityczny akordeon zagra. Szacun panie Tomku, pewnie Tomku bo my z jednego fyrtla prawie.

W urzędzie w Gnieźnie nadzieja w Wiktorze Kolińskim prezesie Stowarzyszenia Fantasmagoria – człowieku instytucji. Z młodych ludzi zaczyna okazywać zrozumienie dla kultury Monika Fifer.

 

Jarek Mikołajczyk, fot Dawid Stube

Jarek Mikołajczyk, fot Dawid Stube

Nie nakłaniam ludzi kultury by zabrali się za politykę. Raczej byśmy nauczyli się mówić: NIE.

O tym, jak władza traktuje kulturę świadczy tylko to, czy władza ma strategię dla kultury, czy nie. Pojawiają się radni, wrażliwi na kulturę. I to trend ogólnopolski. W Gnieźnie np. nareszcie ustanowiono stypendium kulturalne dla młodych ludzi. Kwota jest niska, a jednak jest to pierwsza forma – sygnał doceniania. Ale to był w Gnieźnie przykład współdziałania niektórych radnych ze środowiskiem i przekonywania opornych w większości radnych, którzy nigdy nie słyszeli, ze stypendium jest na coś, a za coś jest nagroda.

To, że władza nas nie szanuje jest konsekwencją tego, że my sami się nie szanujemy. Ludzie w samorządach nie muszą mieć pojęcia ile kosztuje i ile warta jest kultura, tak jak ja mam prawo nie wiedzieć, jak przeszczepić wątrobę. Różnica taka, że ja jak chcę się leczyć to idę do lekarza, a nie biorę skalpel do ręki. A władza i samorządowcy biorą się za kulturę sami. A robota w kulturze to taki sam fach, jak bycie kierowcą zawodowym, lekarzem czy budowlańcem.

 

KKB: Może jeszcze spójrzmy w najbliższą, miejmy nadzieję, że już popandemiczną przyszłość. Gniezno, a wraz z nim życie kulturalne odżyje? Zmieni się coś na lepsze? Jak widzisz ten najbliższy czas?

JM:  Covid zmienił to, że w niektórych instytucjach “analogowi instruktorzy” zauważyli, że internet to nie tylko prywatny profil na fb, czy rozmowa z koleżanką z Londynu na WhatsApp. Fantastycznie odnalazło się na przykład MPPP w lekcjach online, ale dlatego, że Muzeum jest od dłuższego czasu dobre w internety. W Gnieźnie świetnie działa profil Starego Ratusza, Biblioteka daje radę. Powoli odnajduje się w sieci eSTeDe, po remoncie.

 

Jarek Mikołajczyk, fot Dawid Stube

Jarek Mikołajczyk, fot Dawid Stube

Myślę, że pandemia nie zabija kultury.

Kulturze w Gnieźnie nie zagraża koronawirus. To polityczne roszady personalne i priorytety władzy nie są zbieżne z kulturą. Szkodą jest nie tylko dla kultury, gdy władza ma gospodarcze, a nie gospodarskie podejście do miasta. A po wielkopolsku, byłoby akuratnie, by to było gospodarskie.

Kultura była, jest i będzie, a władza się zmienia. Z władzą czy bez, z nami czy bez nas – kultura da radę. Czy zmieni się na lepsze? Zależy od młodych ludzi. Dajmy im wreszcie pole działania, oni są lepsi nie tylko w internet, ale i w postcovida.