fot. Mariusz Forecki

Światło i czas

W Zbąszyniu zachowało się kilka tysięcy zdjęć z zakładu Sikorskiego. Większość z nich jest wynikiem działalności Constantego, który dożył 1945 roku. Wcześniej zakłady prowadził starszy Alois Sikorski – miał punkt na Jeżycach i filie w Poznaniu, Berlinie, Gnieźnie, Śremie. Z Wojciechem Olejniczakiem rozmawia Michał Sita.

MICHAŁ SITA: Od lat opracowujesz szklane negatywy ze zbąszyńskiego atelier Constantego Sikorskiego. Zdjęcia z prowincjonalnego zakładu fotograficznego stanowiące jedyny, a zarazem kompleksowy zapis historii tego terenu od początku XX wieku do końca II wojny światowej. Część zbioru to zdjęcia z okresu powstania wielkopolskiego. Jaka była ich funkcja, komu służyły, dlaczego powstały?

WOJCIECH OLEJNICZAK: Fotografia w okresie I wojny światowej miała wyjątkowe znaczenie. Pojawiła się potrzeba posiadania wizerunku świadczącego o tym, że żyję, że mam się dobrze, kontaktu z bliskimi poprzez obraz. Temu służyły zdjęcia.

Okres powstania to kontynuacja czasu wojny, więc po części mamy do czynienia z tą samą funkcją fotografii. W czasie powstania – poza żołnierzami pochodzącymi z najbliższej okolicy Zbąszynia – stacjonowała tu też spora liczba wojska z całej Wielkopolski. Byli daleko od rodzin.

 

Część fotografii powstawała po to, by stać się pocztówkami. Wykonane na papierze z liniaturą, wysyłane były przez żołnierzy jako korespondencja.

To też końcówka czasów, gdy fotografie funkcjonowały jako carte de visite – odbitki naklejane na tekturę były retuszowane, poprawiane, tworzyły wizerunek, jakiego zleceniodawcy sobie życzyli. Na tych papierowych odbitkach często nie jesteśmy w stanie dojrzeć misternego retuszu – poprawionych wąsów, elementów tła. Poruszenie postaci przy długim czasie naświetlania maskowane było właśnie retuszem.            

 

Zarówno Polacy, jak i Niemcy zatrudniali Sikorskiego w tym samym celu. Ich portrety niewiele się różnią, nawet te same tła używane są w jednej i drugiej sytuacji.

W czasie powstania były trzy ataki na miasto, ale Zbąszyń nigdy nie został zdobyty. Pozostał w rękach niemieckich. Fotograf swoje studio prowadził w Zbąszyniu, a mimo to znajdujemy też w jego kolekcji zdjęcia ze sztabu powstańców. Wstępnie udało się zlokalizować to miejsce i ustalić, że to prawdopodobnie dom zarządcy w Łomnicy, bo tam urządzony był sztab.

Fotografowi pozwalano więc krążyć między stronami. Można nawet powiedzieć, że Sikorski, będąc jedynym fotografem na dość dużym obszarze, był pewnego rodzaju instytucją zaufania publicznego. Do piekarza się nie strzela. Każda strona musi mieć chleb. Myślę, że tak mogła wyglądać także jego rola.

Szklane negatywy opracowane przez Fundację Tres

Oczywiście znane są relacje o kontaktach między powstańcami i stroną pruską. Emisariusze z jednej strony na drugą stronę przechodzili z zasłoniętymi oczami, przeprowadzano ich, odbywali rozmowy i w ten sam sposób wracali. Może analogicznie było z fotografem?

Mimo że był to stan wojny i działania wojsk były nadrzędne, życie toczyło się swoim rytmem. Trzeba było wyjść w pole, zasiać, zasadzić, zebrać i w tych sytuacjach zawieszało się wojnę na kołku – ludzkie potrzeby też przecież były ważne. Jedną z nich, jak widać, była chęć posiadania fotografii.

 

W kolekcji Sikorskiego znajdują się przede wszystkim statyczne, pozowane portrety. Dopiero kilkanaście lat później, przed II wojną światową rozpowszechniła się leica, pozwalająca łatwiej i szybciej fotografować, zatrzymać w kadrze zdarzenia.

Sikorski fotografował na szklanych negatywach – aparat to była duża skrzynka ze statywem. Nie dało się wyskoczyć z tym z okopu, wychylić, pstryknąć znienacka. Specyfika tych obrazów jest bardziej statyczna, są inne niż zdjęcia drugowojenne.

Defilada w Zbąszyniu

Niemniej na jednym z niewielu zdjęć z wydarzeń – dokumentującym defiladę z przemówieniami, pieśniami i dekoracjami – widać kilkaset osób, konie, armaty, tłum ludzi, oddziały wojska, cywili, a środkiem placu idzie noga!

Żołnierz, w czasie naświetlania zdjęcia trwającego pewnie ze dwie sekundy, przenosił akurat ciężar ciała z jednej nogi na drugą, i ta, która dotykała ziemi, została na zdjęciu – reszta jest poruszona. Cała postać zniknęła zamazana, została sama noga. To nam uświadamia inny czas, który jest na tym zdjęciu.

Dziś fotografujemy w dziesiątych lub setnych częściach sekundy, na zdjęciach Sikorskiego czas zatrzymywał się na dłużej. To rodzaj fotografii, w której wszyscy wiedzieli, że robi się zdjęcie i rozumieli, że należy celebrować ten moment. Należy to do specyfiki tamtego czasu i charakteru fotograficznego dokumentu, jaki z niego pozostał.

 

Zdjęcia są wynikiem pracy fotografa funkcjonującego w granicznym miasteczku, jakim był Zbąszyń. Historia powstania wielkopolskiego wyłaniająca z tych fotografii to nie jest więc prosta opowieść o polskich bohaterach, jaką można dziś spotkać na każdym kroku z okazji okrągłej rocznicy.

Portret powstańca z niemieckim wydaniem Baśni Tysiąca i Jednej Nocy

Jest kilka pięknych portretów, które każą nam się zastanowić i przemyśleć realia, o których mówimy. Na tych zdjęciach są powstańcy – to ewidentne (czapki, trefl, orzełek). Nie ulega więc wątpliwości, z kim mamy do czynienia. Piękni, klasyczni powstańcy. Człowiek siedzi na krześle, obok niego wazon z kwiatami, stolik i książka. Elegancki portret studyjny z martwą naturą.

Oczywiście z odbitki papierowej nie bylibyśmy w stanie wiele ponad to odczytać, ale na negatywie widzimy więcej i możemy rozpoznać, co to za książka, to „Tausendundeine Nacht” – „Baśnie tysiąca i jednej nocy”, oczywiście po niemiecku.

Powstańcowi to nie przeszkadzało? Czy to w ogóle miało znaczenie? Może to tylko my, dzisiaj, chcielibyśmy widzieć w tym problem? Może to po prostu była książka i jako książka była odbierana? Ale przecież on – patriota, ze świeżo odzyskanym orłem i barwami – fotografuje się z jakąś szwabachą! Nie ma tam przecież innych rekwizytów. Nie wiem. To nie jest oczywiste. Ta historia, rozgrywająca się na poziomie obrazu, jest zdecydowanie bogatsza niż oczywistość tego, co nam wpojono w czasie edukacji szkolnej.

 

Badając taką kolekcję, z konieczności podchodzisz do historii krytycznie. Jakie jeszcze ciekawe wątki możemy odnaleźć na tych negatywach?

Wielkopolska wieś, prace polowe w asyście wojska

Okres działań wojennych nie był długi, powstanie toczyło się zimą, zakończyło rozejmem w Trewirze. I nastał okres zawieszenia broni, napięcia z brakiem zdarzeń. Zbąszyń nadal leżał po stronie niemieckiej. Posterunki graniczne pozostawały aktywne, nie wolno było przekraczać linii frontu – i w tym okresie działy się niesamowicie ciekawe rzeczy, pokazujące życie tego fragmentu Wielkopolski.

Zdjęcie zrobione najprawdopodobniej na polu ziemniaków, kobiety z koszami w eskorcie wojska. Na terenach spornych, gdy trzeba było iść w pole, z jednej i drugiej strony zbierano deklaracje, że nikt nie będzie strzelał. Mimo że nie było wiadomo komu przypadnie ta ziemia, czyje będą plony. Prosta fotografia pokazująca pragmatyzm tej sytuacji z całkiem odmiennej perspektywy.

 

Zdjęcia Sikorskiego, mimo że pozowane, reżyserowane i dopracowane w detalach to jednak surowe źródło historyczne. Zadaniem specjalistów, z którymi współpracujesz, jest jego analiza. Jak ona przebiega?

Wojciech Olejniczak – prezes zarządu Fundacji Tres, zajmuje się opracowywaniem szklanych negatywów z atelier Constantego Sikorskiego w Zbąszyniu

Historyków wojskowości jest całkiem sporo. To chociażby ludzie zajmujący się dawnym uzbrojeniem i umundurowaniem. Specyficzna dziedzina historii, w której działa pokaźna liczba entuzjastów. Potrafią określić, że dany model munduru został wprowadzony, dajmy na to, rozkazem dziennym z dnia 11 kwietnia 1917 roku, więc zdjęcie musiało powstać później. To samo dotyczy typu czapek, hełmów, karabinów – to bardzo ułatwia datowanie zdjęć, kontekstualizowanie ich.

Muszę niekiedy tym fascynatom historii wierzyć na słowo. Skupiam się na charakterze obrazu. Na ogół odbitki ze szklanych płytek robione były stykowo, odbiorca uzyskiwał w ten sposób niewielkie zdjęcie formatu negatywu. Takie właśnie odbitki krążą po rodzinnych albumach, muzeach, ale zwykle straciły wiele szczegółów. Są pogniecione, wyblakłe – światło i czas obeszły się z nimi jak z każdym materiałem światłoczułym. Po prostu zanikły. Są czytelne na tyle, by rozpoznać postacie, ale żeby zobaczyć, co taki człowiek ma na pagonie – to absolutnie niemożliwe.

 

Z kolei pracując z poprawnie naświetlonym negatywem, który przeleżał sto lat w pudełku, gdzie żadne światło nie miało szans zniszczyć emulsji, mogę zobaczyć wiele zachwycających detali. Rysunek na guzikach, rodzaj nitki, jaką przyszyte były dystynkcje.

Grupa żołnierzy z odprutymi dystynkcjami

Na jednym ze zdjęć jest grupa żołnierzy. Jeden z nich pozuje półleżąc, stopy wystawił frontem do fotografa. Można policzyć gwoździe nabite na obcas. Mogę zobaczyć sposób składania onuc, szczegóły, których nie bylibyśmy w stanie dojrzeć na stuletniej, papierowej fotografii. Na innym zdjęciu grupa żołnierzy, czterdzieści osób w amfiteatralnym ustawieniu, na ławkach i krzesłach stoją jedni za drugimi, kobieta z przodu, kilku żołnierzy z bronią. Myślałem, że to grupa niemiecka. Zeskanowałem negatyw i okazało się, że wszyscy mają odprute dystynkcje, pozbyli się wszelkich znaków rozpoznawczych. Czy Niemcy mieli powód odrywać pagony i pruskie kokardy z czapek? Nie ma ich tam, gdzie powinny być.

Tylko dlatego, że posiadamy negatyw, możemy dostrzec ważny detal – na mundurach pozostał ślad po ich usunięciu. Czy to jest grupa żołnierzy armii pruskiej, która na wieść o powstaniu postanowiła zrzucić te wszystkie trefne dystynkcje i przygotować się do powstania? Dlaczego zrobili to zdjęcie? Nie wiemy. Jednak na podstawie papierowej odbitki z pewnością nie moglibyśmy nawet zadać takiego pytania.

 

Pracując z tą kolekcją, nie masz przed sobą podręcznika historii z opisem powstania, z gotowymi odpowiedziami i interpretacjami. Zdarzają się w tych obrazach szczegóły, które cię dziwią?

Powstaniec Wielkopolski z trupią czaszką na czapce

Jest zdjęcie, na którym widzimy żołnierza z orzełkiem na czapce, pod orzełkiem trupia czaszka. Przyznam się, że usiadłem z wrażenia, gdy zobaczyłem to po raz pierwszy. Dla znawcy okresu to zdaje się naturalne, dla mnie w tamtym momencie nie było.

Okazuje się, że funkcjonowały w czasie powstania jednostki karne tworzone z ludzi na bakier z prawem – osób, które otarły się o sądy wojskowe. Dawano im szansę, w czasie wojny nie szli do więzienia, zamiast plutonu egzekucyjnego dostawali się na pierwszą linię frontu. Działali tam ze śmiertelnym piętnem, bo śmierć był im już raz pisana. W potocznym odbiorze polskiej historii nie mieści się to w kanonie. Polski żołnierz z trupią czaszką? Przecież to esesmani nosili się w ten sposób. Powielamy nieświadomie kalki ułomnej wiedzy, a tu dostajemy szansę ją skorygować. Historia jest w inny sposób bogata.

 

Zdjęcia z powstania to tylko jeden z wątków fotografii Sikorskiego, istnieje on w kontekście wszystkiego innego, co fotografował w Zbąszyniu. Atelier Sikorskiego świadczyło usługi portretowe, wykonywało zdjęcia plenerowe na wsiach w czasie ślubów, chrzcin, pogrzebów. Co jest na pozostałych fotografiach? W jaki szerszy kontekst wpisują się jego powstańcze portrety?

Stolarze w swoim zakładzie

W Zbąszyniu zachowało się kilka tysięcy zdjęć z zakładu Sikorskiego. Większość z nich jest wynikiem działalności Constantego, który dożył 1945 roku jako sędziwy człowiek. Wcześniej zakłady prowadził starszy Alois Sikorski – miał punkt na Jeżycach (jeszcze w czasach, gdy Jeżyce były osobnym bytem administracyjnym) i filie w Poznaniu, Berlinie, Gnieźnie, Śremie i właśnie w Zbąszyniu.

Dom, w którym odnaleziono negatywy i w którym Constanty prowadził swe studio, zbudowano w okolicach 1908 roku. W tym samym czasie zmarł Alois i pewna część jego poznańskiego archiwum wylądowała w Zbąszyniu. Analizując stroje kobiece, które dają się łatwo datować, wiemy, że znajdują się w kolekcji też zdjęcia XIX-wieczne. Zbąszyńska, późniejsza część fotografii jest jednak szczególna. W Poznaniu funkcjonowało kilkunastu do kilkudziesięciu fotografów, w Zbąszyniu był jeden. Jego spojrzenie na społeczność jest przez to wyjątkowe. To właśnie ten zbiór staram się poukładać, choć wiele negatywów Sikorskiego pozostaje nadal w prywatnych rękach.

Krawcowe w atelier Sikorskiego

Mamy tu między innymi zdjęcia zawodów. Przyszedł fotograf do stolarni, pozują pomocnicy, jeden z heblem, drugi z piłą, takie mają zdjęcie. Na całe szczęście na ścianie wisi kalendarz, dzięki niemu wiemy, że działo się to w 1914 roku. Jest rzeźnik siedzący na progu domu. Nie mamy pojęcia, czy to był 1914 czy może 1922 rok. Ma wąsy, fartuch, wiszą półtusze świń na hakach, niczego więcej się z tego zdjęcia nie dowiemy, oprócz tego, że rzeźnik miał potrzebę sfotografowania się w pracy.

Szacunek dla profesji wydaje się dość znamienny. Pracownia Sikorskiego mieściła się na pierwszym piętrze. I tam, na potrzeby jednego ze zdjęć, zaaranżowano warsztat krawiecki. Kilka kobiet trudniących się szyciem, postanowiło zrobić sobie zdjęcie. Wtaszczyły na piętro do atelier maszyny, zrobiły entourage i sfotografowały się w improwizowanej szwalni. Może w ich własnej pracowni nie było odejścia, nie było światła? W każdym razie to nie Sikorski przyszedł do nich, tylko one zabrały cały ten majdan i wniosły go na górę…

 

Ta część kolekcji dotycząca zawodów czeka jeszcze na zdigitalizowanie. Na rozmowę o nich i o pozostałych kontekstach zbioru musimy się umówić raz jeszcze. 

Kolekcja szklanych negatywów Fundacji Tres dostępna jest pod adresem: szklanenegatywy.pl.

CZYTAJ TAKŻE: Radosław Paczocha: Powstaniec Thiel

CZYTAJ TAKŻE: Powstanie z fabularnym błyskiem. „Powstanie´18. Opowiadania Wielkopolan”

CZYTAJ TAKŻE: Co się stanie, gdy wybuchnie powstanie? Recenzja zbioru „Dziś powstanie. Opowieść obrazkowa o Powstaniu Wielkopolskim”