fot. Unsplash

Taniec współczesny: sztuka patrzenia

Oglądanie tańca współczesnego jest zadaniem niezwykle wymagającym, ale jednocześnie bardzo ciekawym poznawczo – właśnie dlatego, że ta forma sztuki konsekwentnie zrywa z wszystkimi naszymi przyzwyczajeniami.

Każdy to robi. Czasem nieświadomie. Na ulicy, na scenie, w klubie, w domu, na imprezie. Samotnie, gdy nikt nie widzi lub w grupie ludzi. W słusznej sprawie, dla zabawy, dla zdrowia, bez powodu. Do muzyki lub w ciszy. W ubraniu lub nago, w butach lub na bosaka. Szybko lub wolno, apatycznie lub ekstatycznie. 

ROZRYWKA, PROTEST, RYTUAŁ

Mowa o tańcu, tym uniwersalnym sposobie ludzkiej ekspresji, który znany jest na całym świecie. Czym właściwie jest taniec? Najogólniej mówiąc – ruchem ciała w przestrzeni. Niekoniecznie musi to być wyrafinowana choreografia, wymyślny układ kroków i póz, czasem po prostu ruch: poruszenie ramion, drobne wzniesienie palców, pół kroku do przodu, obrót głowy. Wszystko zależy od perspektywy.

 

Proszę spróbować stanąć w jakimś publicznym miejscu, na przykład w parku lub w centrum handlowym, i zacząć obserwować ludzi, przyjmując założenie, że wszystko, co robią, jest tańcem.

Gdy założy się na oczy taki „filtr”, wtedy nawet najnudniejsze stanie w kolejce może stać się interesującą i zabawną zbiorową etiudą taneczną.

Taniec bywał manifestacją politycznych poglądów, towarzyszył ludziom w najważniejszych ceremoniach prywatnych i publicznych. Był narzędziem do eksponowania kulturowej odrębności – później to, co „odrębne kulturowo”, przeciekało do mainstreamu i stawało się „uniwersalne”.

Właściwie czas przeszły jest tutaj nie na miejscu, nadal tak się dzieje. Proszę spojrzeć na taneczne protesty i imprezy techno, z których dochód przeznaczany jest na pomoc dla uchodźców. A jeżeli chodzi o kulturowe zawłaszczenia – warto prześledzić historię twerku i jego korzenie, zanim stał się ogólnonarodowym fenomenem.

Taniec może być rozrywką, może być rytuałem scalającym jakąś wspólnotę, zachętą do flirtu, wyrazem uczuć (negatywnych lub pozytywnych). Może być też sportem oraz – last but not least – sztuką.

Z tą ostatnią kategorią jest chyba największy problem, bo chociaż tańczą wszyscy, wszędzie i od zawsze, to jednak nie wszyscy zajmują się tym zawodowo i nie wszyscy na oglądanie swojego tańca sprzedają bilety.

Gdy już jednak trafi się na jakiś pokaz taneczny, często towarzyszy nam uczucie zagubienia – nie wiadomo, jak to ocenić, jak interpretować. Można zachwycać się sprawnością tancerzy, ich akrobacjami czy poczuciem rytmu, ale czasem chciałoby się wynieść z oglądania tańca coś więcej. Jak zatem patrzeć?

 

 

SZTUKA AUTONOMICZNA

Nie ma jednej recepty, ale warto uświadomić sobie kilka podstawowych założeń. Po pierwsze, taneczna choreografia jest zupełnie autonomiczną sztuką, która wykształciła własny język, własne techniki i tradycje.

 

Taniec nie jest teatrem, nie jest także żadną ze sztuk wizualnych.

Co nie znaczy, że nie korzysta z ich narzędzi – współcześni artyści bardzo często tworzą swoje prace, miksując elementy z różnych dziedzin sztuki, aby zaoferować widzowi jeszcze ciekawsze doświadczenie estetyczne.

Często w takich wypadkach pojawia się pytanie: czy to jeszcze taniec? Czy to jeszcze teatr? – i samo zadawanie sobie takich pytań zmusza do indywidualnych poszukiwań i redefinicji pojęć. W razie problemów nie do rozwiązania warto spojrzeć, jak sami artyści określają swoje dzieła – to może stanowić wskazówkę przy interpretacji ich pracy.

 

 

Po drugie, taniec jako sztuka autonomiczna ma swoją bogatą historię, w obręb której wchodzą najróżniejsze formy i gatunki rządzące się swoimi prawami. Przykładami takich gatunków są choćby balet, teatr tańca, taniec współczesny.

Ten ostatni sprawia widzom często najwięcej kłopotów, ponieważ zazwyczaj nie operuje linearnymi fabułami (najczęściej fabuł i narracji nie ma w nim wcale), nie dąży do mimetycznego odwzorowania świata (bliżej jest mu do abstrakcji) i nie ma ambicji technicznej doskonałości (jak choćby w balecie, w którym każda figura ma być wykonana perfekcyjnie – ku uciesze patrzącego).

 

To wszystko sprawia, że oglądanie tańca współczesnego jest zadaniem niezwykle wymagającym, ale jednocześnie bardzo ciekawym poznawczo – właśnie dlatego, że ta forma sztuki tak konsekwentnie zrywa z wszystkimi naszymi przyzwyczajeniami.

To paradoks: taniec współczesny nadal wykorzystuje ciało i ruch jako podstawowe środki wyrazu, czyli coś bardzo bliskiego powszechnemu doświadczeniu (wszyscy przecież tańczymy), a jednocześnie poprzez silne eksperymenty formalne i zrywanie z tradycyjnym projektowaniem odbioru.

Niełatwo jest nauczyć się patrzenia na taniec. Nie chodzi tutaj o elitarność, raczej po prostu o wyrobienie umiejętności odbioru tej formy sztuki. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego – nie od razu w szkole rozumieliśmy o co chodzi w poezji, abstrakcyjnym malarstwie czy muzyce. Trzeba się tylko otworzyć, wyjść poza swoje przyzwyczajenia i być gotowym na przygodę.

ĆWICZENIE UWAŻNOŚCI

Na początku sam nie rozumiałem kompletnie nic (a przecież lubię tańczyć!). Dlaczego ten ruch, w tę stronę? Dlaczego tak mało? Dlaczego kompletnie nie wiadomo, o co chodzi? Dlaczego on/ona prawie w ogóle się nie rusza? Albo dlaczego rusza się tak bardzo?

Często nadal zadaję sobie te pytania, wychodzę z teatru lub galerii zupełnie zirytowany i znudzony. Na część pytań nie znalazłem odpowiedzi do dziś. Ale po niektórych spektaklach – czasami – w głowie zaczynają pracować pewne obrazy, które rozjaśniają sytuację.

Albo w trakcie rozmów z przyjaciółmi jestem w stanie odkryć nowe sensy, o których wcześniej nie pomyślałem. Albo zaczynam zastanawiać się, co mnie właściwie tak zirytowało: czy były to jakieś konkretne ruchy, ogólny pomysł choreograficzny, światło, dźwięk?

Zadając sobie te pytania, zaczynam coraz lepiej rozumieć, jaki rodzaj doświadczenia kierują do mnie choreografowie i tancerze. A czasem po prostu sprawia mi przyjemność widok tańczącego ciała w przestrzeni – i tylko tyle (lub aż tyle) mi wystarczy.

 

Oglądanie tańca jest także ćwiczeniem uważności – inaczej niż w teatrze – choreografowie koncentrują się często na dużo mniejszych sprawach.

Zamiast spazmu od kulisy do kulisy – drobne uniesienie nadgarstka i łokcia lub prosty krok inicjowany z biodra. Zamiast opowieści o miłości, życiu, śmierci, nienawiści, prawdzie, kłamstwie i innych wielkich tematach – skupienie się na jednym temacie, obrazie lub ruchu i analizowanie go z wielu aspektów w nieoczywisty sposób (wyjątkiem tutaj jest klasyczny balet, który także proponuje wielkie narracje).

Choć pozornie na scenie dzieje się mniej, oglądanie tańca wymaga od odbiorcy dużo większego zaangażowania, ponieważ niemal nic nie jest nam podane na tacy. Za to jak wielkie pole zostawia się tutaj widzom do interpretacji!  Można snuć uczone analizy lub po prostu kontemplować, można zbierać szczątki różnych skojarzeń – jak w tej dziecięcej zabawie, gdy próbowało się nazwać zmienne kształtu chmur płynących po niebie.

Taki rodzaj wolności w patrzeniu i przeżywaniu sztuki może być prawdziwą przyjemnością, do której bardzo zachęcam.

CZYTAJ TAKŻE: Dawać z siebie wszystko. Rozmowa z Pauliną Jaksim

CZYTAJ TAKŻE: Taniec, który łączy i daje siłę. Recenzja spektaklu „Wielogłos”

CZYTAJ TAKŻE: Taniec – energia, która karmi. Rozmowa z Ewą Wycichowską