fot. Jadwiga Janowska, spektakl „Uran Uran”

Dawać z siebie wszystko

Oglądając spektakle Polskiego Teatru Tańca, nie można nie zwrócić na nią uwagi. Paulina Jaksim opowiada nam o codziennym życiu tancerki, która z baletu – przez „You Can Dance” – doszła do świata tańca współczesnego.

IZABELA SZYMAŃSKA: Rozmawiamy po występie Polskiego Teatru Tańca w Warszawie, w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej. Ta scena jest ci dobrze znana?

PAULINA JAKSIM: Tak. Uczyłam się w szkole baletowej, która jest tuż za rogiem, więc występowałam na tej scenie jako dziecko, chociażby w koncertach szkolnych, a później jako osoba dorosła z Polskim Teatrem Tańca czy na swoim dyplomie magisterskim.

 

To dość typowe, że tancerze z twojego pokolenia dochodzili do tańca współczesnego przez szkołę baletową. Jak ją zapamiętałaś?

Zdawałam do szkoły baletowej za namową pani od gimnastyki, która powiedziała mi o egzaminach – wiadomo, że jak się powie dziecku coś takiego, to oczywiście będzie chciało spróbować. Rodzice zawieźli mnie, myśląc, że się nie dostanę, a tu niespodzianka.

Jednak z czasem zaczęłam odkrywać, że jestem innym typem osobowości niż koledzy ze szkoły, że nie nadaję się do jej sztywnych ram. Miałam poczucie, że nie ma tam miejsca na wyrażanie siebie, trzeba być takim samym jak inni.

 

Bardzo chciałam tańczyć, ale nie na tych zasadach. W szkole mieliśmy zajęcia z tańca współczesnego, ale były traktowane po macoszemu.

Wręcz część nauczycieli od klasyki mówiła, żebyśmy nie chodziły na współczesny, bo na nim ciało inaczej pracuje i to je „zdeformuje”. W najlepszym wypadku traktowano współczesny jako technikę wspomagającą.

To skąd dowiadywałaś się tańcu współczesnym? To przecież były czasy raczkującego internetu, a spektakli, które można było oglądać na żywo, było niewiele.

„No more tears”, reż. Iwo Vedral, premiera: 16 czerwca 2018 roku, Malta Festival Poznań 2018, fot. Andrzej Grabowski

Na spektakle, które nawet czasami przyjeżdżały, chodziłam rzadko, bo po 10 godzinach w szkole po prostu padałam ze zmęczenia. I jedyne czego chciałam to wrócić do domu pod Warszawą i położyć się spać.

Ale w tym tanecznym świecie mówiło się o tańcu współczesnym. Pewnego razu koleżanka znalazła informację, że słynna amerykańska grupa Alvin Ailey Dance Company robi nabór do swojej szkoły. I wszystkie zapragnęłyśmy się tam dostać! To była szósta klasa szkoły baletowej, czyli koniec gimnazjum. Pamiętam, że siedziałam ze słownikiem i chciałam wypełnić aplikację, tak bardzo chciałam coś zmienić.

 

Czułam, że dłużej tak być nie może, więc półtora roku przed maturą zrezygnowałam ze szkoły baletowej, ostatnią klasę robiłam w zwykłym liceum.

Wiedziałaś, co chcesz potem robić?

Kompletnie nie. Pewnego dnia mój wujek usłyszał, że w Krakowie jest casting do programu tanecznego i zaproponował, że mnie zawiezie. Nie spodziewając się niczego, dostałam się do „You Can Dance”.

I zaszłaś daleko. Do dziś na YouTubie można zobaczyć film, w którym tańczysz do piosenki „Big Spender”. To musiało być dla ciebie ważne doświadczenie.

Było. Poznałam tam osoby, które do dziś są mi bardzo bliskie. Wiele z nich było w podobnej sytuacji jak ja: chcieli się rozwijać i szukali sposobu na to. Zdawaliśmy potem razem do szkoły tańca współczesnego Codarts w Rotterdamie w Holandii.

Taki program zmienia też coś w sposobie myślenia. Trochę dowartościowuje, pokazuje, jak różnorodne rzeczy dzieją się w tańcu, że mają one dla siebie miejsce. Widać też, że taniec nie musi być niszowy, dla małej grupy odbiorców. To spojrzenie z zupełnie innej strony na to, co się robi. Wcześniej, jak komuś mówiłam, że jestem tancerką, słyszałam: „Ale jak zarabiasz na życie?”. W powszechnej świadomości aktorstwo to zawód, ale taniec – to hobby.

 

Może dlatego, że tak mało wiadomo o pracy tancerza, o tym, jak wygląda jego dzień, o tym, że to zajęcie na pełen etat. To opowiedz, jak wygląda twój dzień?

„Wesele. Poprawiny”, reż. Marcin Liber, Polski Teatr Tańca, premiera: 13.10. 2017 roku, CK ZAMEK w Poznaniu

Po powrocie z Codarts zaczęłam pracę w zespole Polskiego Teatru Tańca, więc weszłam w jego rytm. O 10 mamy lekcję, która rozgrzewa ciało, przygotowuje do całodniowej pracy, trzyma w formie, pozwala udoskonalać. Później mamy próbę spektaklu, który przygotowujemy lub wznawiamy, zazwyczaj trwa do godziny 14. Dalej jest przerwa, a o godzinie 18 wracamy na salę – kontynuujemy próby lub gramy spektakl.

I tak pięć, czasem sześć dni w tygodniu. Ten podział dnia sprawia, że tak naprawdę cały dzień jestem w pracy, bo w przerwie niby mogę coś załatwić, ale myślami jestem w tym, że zaraz trzeba wracać i rozgrzewać ciało do tańca. Przez to po prostu znika się z życia: nie pójdziesz o 22 do teatru, do kina, na koncert, bo nawet jeśli coś się o tej godzinie dzieje, to padasz z nóg – czasami wracam tramwajem i obawiam się, że jak wejdzie ktoś starszy, to nie będę miała siły wstać, żeby ustąpić miejsca. Więc może to też częściowo sprawia, że osoby spoza świata tańca nie wiedzą, jak ta praca wygląda? Po prostu mijamy się.

W tym sezonie także dużo wyjeżdżamy, bo gramy za granicą. Ja uwielbiam podróżować z teatrem, jesteśmy wtedy taką małą rodzinką, ale w ostatnich miesiącach właściwie nie ma nas w Poznaniu.

 

A jak chronisz ciało, żeby mogło służyć ci przez lata – specjalna dieta, ćwiczenia?

Wszyscy zwracamy uwagę na to, co jemy, wzmacniamy się ziołami, bo chcemy zachować odporność, zdrowe stawy na długo. Ale patrząc na całokształt, nie powiedziałabym, że chronię swoje ciało.

 

Tancerz się nie oszczędza, jak czuje, że coś go boli, to tak długo naciąga te miejsca, aż ból przejdzie.

Solo Dance Contest w Gdańsku (Sola w choreografii Anii Nowak)

Nie zmniejszamy intensywności nawet przy bólach chronicznych. A to dlatego, że chcemy dawać z siebie wszystko. Ta kariera jest krótka, nie ma na co czekać.

Po tym wysiłku dajemy sobie czas na regenerację. Jak jesteśmy przemęczeni, to idziemy do sauny czy na krioterapię, basen, pod zimny prysznic – moim zdaniem zimno najlepiej regeneruje wszystkie mikrourazy. Ważna jest też prewencja i wzmacnianie ciała – tu dobrze sprawdza się pilates czy joga.

 

Od 2012 roku występujesz w PTT. Gdybyś miała wybrać trzy najistotniejsze dla siebie spektakle, które by to były?

Zdecydowanie „Czterdzieści” w choreografii Jo Strømgrena. To była moja pierwsza ważniejsza rola w zespole, do którego dopiero co dołączyłam – poczułam się doceniona przez zagranicznego twórcę.

 

Ciekawym doświadczeniem było występowanie w roli syreny w spektaklu Pawła Malickiego „Hello, My Friend!”, a to dlatego, że po raz pierwszy na scenie pokazałam się toples.

I na koniec wymieniłabym spektakl „Minus 2” w choreografii Ohada Naharina, który wniósł do mojego słownika poruszania się nowe jakości, a to za sprawą jego języka ruchowego, czyli Gaga – był wyzwaniem pod względem precyzji ruchu.

 

Wiele ze spektakli, które powstało w ostatnim czasie, było przygotowywanych przez duety: choreograf i teatralny reżyser – co ten element teatralny zmienia, co dodaje do przedstawień?

„Sailor”, fot. Maciej Zakrzewski

To troszeczkę inne podejście do tematu, inaczej na nas patrzą, mówimy też innymi językami. Kiedyś jeden z reżyserów powiedział na próbie: umyjcie plamę. To myliśmy tę wyimaginowaną plamę każdą częścią ciała, na każde rozliczenie, plamę znajdującą się na ścianie, na suficie, plamę, która ucieka, wiele małych plam. A on po prostu chciał, żebyśmy wytarli tę plamę ręką. To miał być prosty gest, a nie wyzwanie ruchowe. Więc różnica między nami jest.

Są też reżyserzy, których fascynują nasze umiejętności techniczne, widzą, że robimy szpagat i od razu chcą go pokazywać na scenie. A dla nas szpagat to codzienność, robimy go na sali prób, a na scenie chcielibyśmy zrobić coś ciekawszego, bardziej złożonego.

Rewelacyjnie wspominam współpracę z Marcinem Liberem przy „Weselu”. Marcin jest chyba nietypowym reżyserem, bo ma doświadczenie z pracy w teatrze tańca, występował w „Walce karnawału z postem” w choreografii Ewy Wycichowskiej.

Wymienialiśmy się na próbie energią, która napędzała nas do tworzenia. Niczego nie stopował, czerpał z nas, a my z niego.

 

Sama też zaczęłaś robić spektakle?

Spektakl „Uran Uran”, fot. Jadwiga Janowska

Tak, kilka razy przydarzyła się taka okazja. Najbardziej jestem zadowolona z ostatniej premiery „Uran Uran”, którą miałam okazję zrobić razem z moją partnerką z duetu HashimotoWiksa – Kasią Kulmińską. Spektakl pokazywaliśmy na otwarcie sceny More Music Hall na festiwalu na Tauron Nowa Muzyka w Katowicach.

 

To była praca idealna, bo wszyscy twórcy byli równie ważni, ich wkład w spektakl był równie istotny.

A dla mnie był to szalony czas: mieliśmy premierę w PTT, ja kończyłam studia magisterskie na Uniwersytecie Fryderyka Chopina w Warszawie i przygotowywałam spektakl w Katowicach. Ale satysfakcja była ogromna. Tysiące ludzi, które przyszło, nakręciło nas, dzięki ich energii mogliśmy dać z siebie jeszcze więcej.

 

Jaka będzie najbliższa twoja premiera?

Nasza najnowsza premiera to rezultat współpracy z niemieckim zespołem bodytalk, założonym przez choreografkę Yoshiko Waki oraz dramaturga Rolfa Baumgarta. Właśnie wróciliśmy z Munster, gdzie 12 i 13 grudnia odbyła się premiera niemiecka. Spektakl „Solidaritot / Solidar-nocnawiązuje do ruchu opozycyjnego z lat 80., lecz także stawia pytanie, czym solidarność jest dla nas dzisiaj. Mimo tego, że proces twórczy był bardzo wymagający i stawiający przed nami wiele wyzwań, to była to jedna z najlepszych kooperacji, jaką mieliśmy w teatrze z choreografem/choreografką od dawna. Wszystko dzięki wspaniałej osobie Yoshiko Waki.

 

Spektakl „Solidaritot / Solidar-noc” można było zobaczyć podczas premiery polskiej w Warszawie (18 grudnia w Teatrze Studio) oraz w Poznaniu w CK ZAMEK – 20 grudnia o godz. 20. 

PAULINA JAKSIM – tancerka Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu.

CZYTAJ TAKŻE: Taniec – energia, która karmi. Rozmowa z Ewą Wycichowską

CZYTAJ TAKŻE: Taniec, który łączy i daje siłę. Recenzja spektaklu muzycznego „Wielogłos”

CZYTAJ TAKŻE: Rzeczy, których nie wyrzucimy. Rozmowa z Agatą Maszkiewicz