fot. Mariusz Forecki

Tradycja i zmiany

„Zależało nam na stworzeniu «monografii sylwetkowej», pokazaniu historii naszej dyscypliny poprzez ludzi – indywidualistów i pasjonatów, którym poznańska polonistyka zawdzięcza to, czym jest” – mówi prof. Seweryna Wysłouch.

JAROSŁAW BOROWIEC, BARBARA KOWALEWSKA: Jest pani profesor pomysłodawczynią i jedną ze współredaktorek trzytomowej publikacji, która poświęcona jest 100-leciu poznańskiej polonistyki (tom I – obejmuje okres międzywojenny i lata okupacji; tom II – językoznawstwo po 1945 roku; tom III – naukę o literaturze po 1945 roku). Jak zrodziła się myśl o tym kompendium?

SEWERYNA WYSŁOUCH: Pomysł takiej monografii pojawił się u mnie podczas lektur znakomitej serii wydawniczej „Klasycy Nauki Poznańskiej”, wydawanej przez Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk pod redakcją prof. Alicji Pihan-Kijasowej.

Byłam entuzjastką tej serii, w której wyszło kilkanaście tomików poświęconych polonistom. Dwa z nich miałam także przyjemność opracować. Kiedyś podczas lektury ogarnęło mnie uczucie żalu, że tak ciekawy materiał – biograficzny i merytoryczny – jest rozproszony, rozsypany w różnych tomikach. I wówczas pojawiła się myśl, aby to wszystko zebrać razem.

Nadchodzące w tym roku 100-lecie UAM wydawało się doskonałą okazją, by ten pomysł zrealizować. „Stulecie poznańskiej polonistyki”przy nieocenionym wsparciu zespołu dziekańskiego i dyrekcji Instytutu Filologii Polskiej – redagowały wraz ze mną jeszcze trzy osoby, reprezentujące różne polonistyczne specjalizacje: historię literatury dawnej (prof. Barbara Judkowiak), współczesnej (dr Sylwia Karolak), językoznawstwo (prof. Anna Piotrowicz). Teorię literatury i metodologię wzięłam na swoje sumienie.

 

Kształt tej monografii był określony od samego początku, czy zmieniał się w trakcie pracy nad materiałem?

Punktem wyjścia było założenie, żeby opracować monografię inną niż dotychczasowe. W poprzednich przeważa narracja historyczna – o warunkach społeczno-politycznych, strukturze i kondycji uczelni. Powstaje w ten sposób cenna historia instytucji, ale na sylwetki profesorów brakuje z reguły miejsca.

Innym sposobem opracowania tematu jest tworzenie pożytecznych leksykonów biobibliograficznych, w których informacje o badaczach uszeregowane są alfabetycznie. Tu z kolei kompozycja niszczy chronologię, nie wiadomo, co było wcześniej, a co później. No i sylwetki są wyizolowane z życia społeczno-politycznego. Brakuje historycznego kontekstu.

Nam zależało na stworzeniu „monografii sylwetkowej”, pokazaniu historii naszej dyscypliny poprzez ludzi, ich dorobek i działania. Dlatego zdecydowałyśmy się na „kompozycję generacyjną”, która manifestuje kontynuację tradycji i zmiany zachodzące w czasie.

Seweryna Wysłouch

„Stulecie poznańskiej polonistyki (1919-2019)”, pod red. S. Wysłouch, A. Piotrowicz, B. Judkowiak i S. Karolak, Wydawnictwo Poznańskie Studia Polonistyczne, Poznań 2019. Fot. Mariusz Forecki

Praca – jak zawsze przy tego typu obszernych publikacjach – nie była ani szybka, ani łatwa. Rozpisany na poszczególne lata materiał stale przyrastał i rozrósł się aż do trzech opasłych tomów, bo przyjęłyśmy zasadę, że uwzględniamy sylwetki i dorobek wszystkich nieżyjących już profesorów.

Sylwetki starałyśmy się komponować w taki sposób, aby wtrącać w główny tekst tzw. „ramki” z cytatami wspomnień, listów i anegdot. Zamieszczone na końcu tomów kalendarium dopowiada wątki, których w sylwetkach nie ma. Informuje o ważnych wydarzeniach z życia politycznego, społecznego i kulturalnego. Ciekawsze zostały rozwinięte, jak na przykład „Od Collegium Maius do… Collegium Maius. Topograficzna historia poznańskiej polonistyki”, opracowana przez dr Sylwię Karolak czy działalność opozycyjna w IFP „Niezależność w zniewoleniu. Poznańscy poloniści w latach 1946–1989”, pióra prof. Dobrochny Dabert.

Są one wprowadzeniem do cyklu profesorskich sylwetek i razem z kalendarium stanowią historyczną ramę. Chciałyśmy, aby sylwetki były merytoryczne, skoncentrowane na osiągnięciach badawczych, ale ich autorzy mieli całkowitą swobodę w wyborze metod pracy. Zależało nam tylko na tym, żeby pokazać „ludzi żywych”, indywidualistów, pasjonatów, którym poznańska polonistyka zawdzięcza to, czym jest.

 

Uniwersytet Poznański w swoich początkach składał się z ludzi, którzy tutaj byli czy przyjeżdżali?

Na początku do Poznania przyjeżdżali badacze wykształceni i habilitowani na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, jak filary poznańskiej polonistyki – profesorowie Tadeusz Grabowski i Roman Pollak. Potrzeba było czasu, aby wykształcić własną kadrę. Duże znaczenie miała szeroka działalność badawcza i odczytowa Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, która przygotowała grunt pod nowy uniwersytet.

Gdy Polska odzyskała niepodległość, zastanawiano się, gdzie taki uniwersytet ma powstać. Był pomysł, że może w Gdańsku, ale Poznań miał bazę lokalową: budynki Collegium Minus, Maius, okazałą Bibliotekę Uniwersytecką i bogate zbiory biblioteczne PTPN. Poloniści otrzymali nawet kilka pomieszczeń w obecnym CK Zamek.

Do rozbudowy bazy uniwersyteckiej przyczyniła się Powszechna Wystawa Krajowa w 1929 roku (tzw. Pewuka). Collegia Chemicum, Anatomicum i dom studencki Hanka wybudowano właśnie dla potrzeb Pewuki, a po wystawie miasto ofiarowało je uniwersytetowi.

 

Czy po opracowaniu tej monografii można powiedzieć, co szczególnie charakteryzuje poznańską polonistykę? Co wyróżnia ją na tle innych ośrodków?

Trudno mi konfrontować poznańską polonistykę z innymi uczelniami, za mało wiem na ich temat. Ale można porównywać polonistykę przedwojenną z powojenną.

Przed wojną nie było wyraźnego podziału pomiędzy językoznawstwem a literaturoznawstwem – ani w pracy naukowej, ani w dydaktyce. Profesor Stanisław Dobrzycki był autorem zarówno prac o języku, jak i o literaturze. Nie było także wąskich specjalizacji historycznoliterackich. Profesor Tadeusz Grabowski pisał monografie autorów staropolskich i nowożytnych, zajmował się także teorią literatury.

Seweryna Wysłouch

prof. Seweryna Wysłouch, fot. Mariusz Forecki

Podziały i specjalizacje pojawiły się dopiero po II wojnie. I wówczas ewenementem stali się twórcy poruszający się swobodnie w różnych epokach, jak np. prof. Jerzy Ziomek, autor „Renesansu”, a także prac o Witkacym i Witoldzie Gombrowiczu. Można się zastanawiać, czy wąskie specjalizacje są nieuniknione jako konsekwencja dynamicznego rozwoju wiedzy, czy też – sygnalizują niedostatki naszej erudycji.

 

Biogramy profesorów pokazują jeszcze jedną ważną rzecz: powojenną izolację Polski od Zachodu, co dramatycznie zniszczyło poznańską slawistykę.

Przedwojenni slawiści: prof. Mikołaj Rudnicki, prof. Jan Otrębski, prof. Henryk Ułaszyn odbywali długie staże za granicą, w Lipsku, Wiedniu, Kopenhadze. Studiowali język indoeuropejski pod kierunkiem światowej sławy lingwistów, nawiązywali naukowe kontakty. Po wojnie prace językoznawcze prof. Rudnickiego o ludności słowiańskiej nad Łabą stały się podstawą do ustalenia granic na Odrze i Nysie, a on sam uczestniczył w przywracaniu nazw słowiańskich na tych terenach. I ten wielki dorobek slawistyczny został zmarnowany.

Silna przed wojną slawistyka po wojnie przestała w Poznaniu istnieć. Zlikwidowano nie tylko studia slawistyczne, ale nawet katedry slawistyczne, językoznawców wcielono do polonistyki, gdzie zajęli się pogranicznymi gwarami, literaturoznawców – do rusycystyki.

 

W monografii widać także ciekawą ewolucję poznańskiego literaturoznawstwa.

Tak, to prawda. Prace i talent dydaktyczny prof. Zygmunta Szweykowskiego sprawiły, że poznańskie literaturoznawstwo było odporne na marksizm i rozwijało się w duchu diltheyowskim. Dopiero w latach 60. dzięki działalności prof. Jerzego Ziomka i jego uczniów – Edwarda Balcerzana i Stanisława Barańczaka – zarysował się wyraźny przełom metodologiczny. Do badań nad literaturą wkroczyły nowe strukturalistyczne metody i nowa problematyka. Powstała poznańska szkoła translatologiczna, a obok uprawianej dotąd historii teatru narodziła się nowoczesna teatrologia.

Poznań stał się żywym i ważnym, promieniującym na cały kraj, ośrodkiem badań polonistycznych. Ze względu na współpracę z warszawskim Instytutem Badań Literackich prof. Michał Głowiński mówi nawet o szkole warszawsko-poznańskiej.

 

W sylwetkach wielu badaczy, oprócz ich pracy naukowej i dydaktycznej wyraźnie widać to, co moglibyśmy określić „poczuciem misji”. Ważne było dla nich wprowadzenie młodych ludzi w świat wartości, protestowali otwarcie przeciwko dyskryminacji, antysemityzmowi.

Przed wojną na Uniwersytecie Poznańskim rzeczywiście były incydenty antysemickie. W 1935 roku na ogólnopolskim zjeździe, zorganizowanym przez Koło Polonistów, endecka bojówka zakłóciła obrady i udaremniła Dawidowi Hopensztandowi wygłoszenie referatu, co doprowadziło do wcześniejszego zamknięcia Zjazdu. Hopensztanda chciano pobić, ale obronił go znany krytyk i teoretyk Konstanty Troczyński, który w „Dzienniku Poznańskim” w refleksjach pozjazdowych napiętnował postępek narodowców i oznajmił, że referat kolegi został odczytany w prywatnym mieszkaniu.

Wydarzenie miało reperkusje w ogólnopolskiej prasie, ponieważ warszawscy poloniści publicznie zaprotestowali przeciwko burdom antysemickim.

Seweryna Wysłouch

„Stulecie poznańskiej polonistyki (1919-2019)”, pod red. S. Wysłouch, A. Piotrowicz, B. Judkowiak i S. Karolak, Wydawnictwo Poznańskie Studia Polonistyczne, Poznań 2019. Fot. Mariusz Forecki

Najsilniejsze nastroje antysemickie były chyba we Lwowie. Znane jest zdjęcie lwowskich studentów z 1937 roku, demonstrujących pod wielkim transparentem rozpiętym na murach uczelni „Żądamy urzędowego getta”. Przeciwko gettom ławkowym protestował w tymże roku polonista – profesor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie Manfred Kridl.

List w tej sprawie podpisało 54 profesorów z 3 uniwersytetów: warszawskiego, wileńskiego i poznańskiego. Z Wydziału Humanistycznego w Poznaniu podpisali protest profesorowie Florian Znaniecki i Henryk Ułaszyn. Wybitny językoznawca, prof. Ułaszyn, liberał i znienawidzony przez narodowców antyklerykał, występował w obronie kolegów żydowskiego pochodzenia i bronił studentów przed oskarżeniami endeków.

 

Zaskakują postawy pedagogów z okresu międzywojennego, jak prof. Stanisława Dobrzyckiego, który podkreśla ważną rolę kobiet w czasach „grubego materializmu” i chciałby widzieć w pracownikach uczelni idealizm „trzeźwy i czynny”. Uderzający jest także dysonans pomiędzy tym, jak dziś lekceważąco traktuje się humanistów, a jakim szacunkiem otaczano wówczas ludzi nauki.

Otaczano ich powszechnym szacunkiem nie bez powodu. Dawniej był bardzo silny etos inteligencki. Inteligent to był nie tylko ktoś wykształcony, ale ktoś, kto pełnił społeczną i obywatelską misję. I pełnił ją bez względu na koszty.

Najsilniej etos inteligencki zaznaczył się w czasie okupacji, gdy z inicjatywy poznańskich uczonych powstał w Warszawie tajny Uniwersytet Ziem Zachodnich (1940–1945), największa i najbardziej rozbudowana tajna uczelnia w okupowanej Europie.

Za przekazywanie wiedzy i kształcenie młodych ludzi profesorowie i studenci mogli stracić życie, jak stało się z grupą socjologów (w 1944 roku), którzy przypadkowo znaleźli się w „kotle” zorganizowanym przez Niemców. A jednak uniwersytet działał przez całą okupację i wydał 97 dyplomów magisterskich.

Nie było bibliotek, brakowało książek, niebezpieczne było nawet robienie notatek. Profesorowie mówili do studentów „z głowy” i tworzyli biblioteki ze zbiorów prywatnych. Pełnili obywatelską misję. Ze względu na trudną sytuację finansową uczelni, wielu pracowało bez wynagrodzenia. Najbardziej szokujące było to, że w tych koszmarnych czasach robiono doktoraty i przeprowadzano habilitacje.

Na UZZ obronili doktoraty wybitni uczeni, m.in. późniejszy rektor UAM prof. Gerard Labuda oraz znany polonista prof. Kazimierz Budzyk. Mówiąc o UZZ, nie można pominąć zasług poznańskich polonistów: wieloletniego rektora tej uczelni – prof. Romana Pollaka oraz dziekana – prof. Zygmunta Szweykowskiego. Po wojnie prof. Szweykowski, który pracę dydaktyczną traktował jako swój podstawowy obowiązek, stanowił dla studentów wzór postawy obywatelskiej.

 

A jak to wyglądało za pani czasów? Wydział był w jakimś sensie szczególny – w 1968 roku na liście zatrzymanych przez SB znalazło się aż 65 osób z polonistyki. Chociażby na tym przykładzie widać, jak bardzo poznańska polonistyka uczestniczyła w życiu społecznym.

W 1968 roku bunt młodzieży był spontaniczny i studenci za to zapłacili więzieniem i relegacją ze studiów (jak znany później badacz Brunona Schulza, prof. Władysław Panas). Represje dotyczyły nie tylko jednostek, ale całej społeczności akademickiej.

Po „marcu” wprowadzono miesięczne praktyki robotnicze dla studentów I roku i w dużym wymiarze godzin przedmioty ideologiczne (nauki polityczne i ekonomię marksistowską). Studia humanistyczne zostały skrócone do czterech lat. W Poznaniu niezadowolenie władz uzyskało nawet komiczną puentę. W 1969 roku UAM świętował 50-lecie – pod patronatem przewodniczącego Rady Państwa, Mariana Spychalskiego. Władze uczelni spodziewały się pieniędzy na inwestycje, tymczasem otrzymały w darze… popiersie Adama Mickiewicza (które dziś stoi na półpiętrze w Collegium Minus).

prof. Seweryna Wysłouch

prof. Seweryna Wysłouch, fot. Mariusz Forecki

Dziesięć lat później sytuacja była inna, studenci nie byli sami, działała w kraju opozycja demokratyczna. Studencki Komitet Solidarności, który powstał po śmierci Stanisława Pyjasa, czy Teatr Ósmego Dnia były personalnie związane z polonistyką. Ważny był kolportaż tzw. „bibuły”, którym zajęła się nasza młodzież. Niezależna Oficyna Wydawnicza publikowała mnóstwo literatury emigracyjnej, nieznanej w kraju, co pozwalało uzupełnić edukację o twórczość takich autorów, jak Gustaw Herling-Grudziński, Witold Gombrowicz, Czesław Miłosz.

Edward Balcerzan napisał, że „bibuła” stanowiła problem „oczny”, bo dawały się we znaki wszystkie mankamenty małej poligrafii: drobna czcionka, wąskie interlinie, kiepski papier i rozmazująca się farba. Ale ta literatura, rekwirowana i tępiona przez SB, wprowadzała nas wszystkich w inny świat. Dopiero Solidarność zalegalizowała „bibułę” pod pretekstem, że wydawnictwa związkowe nie podlegają cenzurze.

 

W roku 1980 została pani przewodniczącą Koła NSZZ „Solidarność” przy Instytucie Filologii Polskiej UAM. Jak pani profesor zapamiętała tamten czas?

Strajki na Wybrzeżu były w sierpniu 1980 roku i już we wrześniu zaczęły kształtować się struktury nowego związku – Solidarności.

Poloniści bardzo się w ten ruch zaangażowali, a szczególnie Krystyna Laskowicz, Stanisław Mikołajczak, Zofia Trojanowiczowa. Z tych aktywistów powstała Komisja Zakładowa UAM. Pozostali, „drugi garnitur”, do którego się dumnie zaliczam: dr Ewa Wiegandtowa, dr Edmund Kownacki i mgr Zygmunt Poznański znaleźli się w zarządzie koła instytutowego.

Seweryna Wysłouch

prof. Seweryna Wysłouch, fot. Mariusz Forecki

Okres ten zapamiętałam jako czas wielkiego entuzjazmu, nadziei na reformy i troski o kulturę, o zapełnianie białych plam, wynikłych z rujnującej działalności PRL-owskiej cenzury. Warto przypomnieć, że powstała wówczas prasa solidarnościowa: pismo uniwersyteckie „Środowisko” pod redakcją Józefa Tomasza Pokrzywniaka i serwisy informacyjne UAM (pod red. Krystyny Laskowicz).

Nasze koło opracowało dwa serwisy specjalne: „Marzec 1968” i wydanie poświęcone Czesławowi Miłoszowi z okazji nagrody Nobla. Urządziliśmy także w Instytucie wystawę poświęconą Miłoszowi, który był przecież wtedy zupełnie nieznany.

Wszyscy z zapałem pracowali społecznie, nie licząc godzin spędzonych poza salą wykładową i biurkiem. Poloniści działali wówczas w najważniejszych organizacjach społecznych (myślę tu o budowie pomnika i uroczystych obchodach 25 rocznicy Czerwca 1956). Dzięki prof. Jarosławowi Maciejewskiemu i prof. Zofii Trojanowiczowej, ich ofiarności i gigantycznej pracy w dziewięć miesięcy powstała pierwsza monografia wydarzeń czerwcowych „Poznański Czerwiec 1956” (1981), która uświetniła rocznicę.

 

Poznań był dla pani profesor od zawsze miastem rodzinnym?

Tak, to było moje miejsce, chociaż urodziłam się w czasie wojny w Gostyninie. Mój ojciec, Wiktor Wysłouch, po studiach na Politechnice Warszawskiej pracował w Zakładach Przemysłu H. Cegielskiego – był inżynierem konstruktorem. W 1939 roku cały Zakład Cegielskiego miał ewakuować się do Starachowic i 4 września ojciec kierował ewakuacją firmy. Pociąg utknął w Słupcy, gdzie miał miejsce nalot bombowy, w którym ojciec został ciężko ranny. Ocalał dzięki bezinteresownej pomocy ludzkiej i udało mu się przedostać do Gostynina, do rodziny mojej mamy.

Tam rodzice przeżyli okupację, a po wojnie wróciliśmy do Poznania. W 1954 roku ukończyłam Szkołę Podstawową nr 33 w Poznaniu, potem było Liceum Ogólnokształcącego nr 2 w Poznaniu, gdzie w 1958 roku uzyskałam maturę. Ojciec chciał, żebym poszła na politechnikę, ale to mnie nie interesowało. Pod wpływem znakomitej, mądrej i odważnej nauczycielki, prof. Marii Bachulskiej, myślałam początkowo o historii, w końcu zdecydowałam się na polonistykę.

 

W latach 60. zaczęła pani profesor pracę zawodową jako nauczycielka języka polskiego, najpierw w Państwowym Liceum Muzycznym w Poznaniu…

Uczyłam w szkołach nietypowych i poznawałam interesujące środowiska. Moje początki były we wspomnianym liceum muzycznym, gdzie narobiłam mnóstwo błędów pedagogicznych. Uczyłam np. fonetyki i uczniowie byli zachwyceni, bo mogli, pod pozorem wymowy różnych głosek, bezkarnie wrzeszczeć. A pech chciał, że słysząc te wrzaski, do klasy weszła wicedyrektorka…

Seweryna Wysłouch

prof. Seweryna Wysłouch, fot. Mariusz Forecki

Później uczyłam w Zasadniczej Szkole Zawodowej dla Pracujących. To także dla mnie była szkoła życia. Uczniowie mieli trzy dni w tygodniu lekcje w szkole, a pozostałe trzy dni spędzali w zakładach pracy: w Komunie Paryskiej (która później zmieniła nazwę na Modenę), w spółdzielniach fryzjerskich i u prywatnych mistrzów. Mieliśmy klasy odzieżowe, fryzjerskie, spożywcze.

Praca była niekiedy dość trudna. Uczyliśmy po południu i były problemy z frekwencją. Jak ich zresztą mogło nie być, skoro krawcy i fryzjerzy zaczynali pracę zawodową wczesnym rankiem i przychodzili do szkoły zmęczeni, a piekarze z kolei na lekcjach odsypiali nocną zmianę. I jak tu do nich trafić? Ale te doświadczenia nauczyły mnie nauczycielskiego rzemiosła.

 

Z tymi doświadczeniami znalazła się pani profesor w latach 70. na uniwersytecie?

Tak, ale najpierw kuratorium zaproponowało mi przejście do Studium Nauczycielskiego, gdzie potrzebowano językoznawcy. Zdecydowałam się, bo lubiłam naukę o języku i nawet zastanawiałam się nad wyborem tej specjalizacji. Ale po latach przerwy sporo mnie kosztował powrót do językoznawstwa. Musiałam uczyć gramatyki opisowej i historycznej i starać się, żeby zajęcia nie były nudne. Nie żałowałam tego wysiłku, wiedza o języku przydała mi się później w analizach literackich.

W 1969 roku dwuletnie SN-y zreformowano. Powstały trzyletnie Wyższe Studia Nauczycielskie, które wcielono do uniwersytetu. Miały być drożne i zapewnić absolwentom kontynuację nauki na studiach magisterskich. Tymczasem reforma utknęła, studia drożne nie były, WSN-y szybko zlikwidowano, a absolwenci zostali z niczym. Instytut Filologii Polskiej umożliwił im kontynuację studiów, tworząc grupy z programem wyrównawczym na trzecim roku. Stracili więc rok, a nie trzy lata.

 

Co panią skłoniło do zajęcia się powieściami Michała Choromańskiego? W 1977 roku ukazuje się pani pierwsza książka „Proza Michała Choromańskiego”, nagrodzona wówczas przez Ministra Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki.

Był pisarzem kontrowersyjnym, różnie przez krytyków ocenianym. Uważałam, że warto się nim zająć, tym bardziej że niewiele było wówczas prac o prozie XX wieku. Interesowano się głównie poezją.

 

Z prof. Bożeną Chrząstowską napisała pani z kolei prace „Wiadomości z teorii literatury w analizie literackiej” i „Poetykę stosowaną” – książki do dziś cenione w dydaktyce uniwersyteckiej.

„Poetyka stosowana” była gruntownie przerobioną i poprawioną wersją „Wiadomości…”. Ta przygoda zaczęła się od Bożeny Chrząstowskiej, która pracowała wówczas w Ośrodku Metodycznym i zorganizowała głośną w kraju wystawę innowacji dydaktycznych. O innowacjach mówiło się wtedy wyłącznie w kontekście technicznych środków przekazu, wykorzystywania na lekcjach taśm szpulowych (bo innych jeszcze przecież nie było), płyt i radia. A ona chciała pokazać coś innego – nowe metody pracy z tekstem literackim.

Seweryna Wysłouch

„Stulecie poznańskiej polonistyki (1919-2019)”, pod red. S. Wysłouch, A. Piotrowicz, B. Judkowiak i S. Karolak, Wydawnictwo Poznańskie Studia Polonistyczne, Poznań 2019. Fot. Mariusz Forecki

 

Ówczesny dyrektor Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych, Stanisław Stupkiewicz, po obejrzeniu wystawy zaproponował jej wydanie książki na ten temat. Sukces tej niewielkiej zbiorówki otworzył nam drogę do wydawnictwa.

Prowadziłyśmy zajęcia literackie na WSN-ie, uczyłyśmy naszych studentów analizy i chciałyśmy opracować ćwiczenia towarzyszące „Zarysowi teorii literatury”, do dziś popularnym „trojaczkom” – określanym tak z racji trzech autorów – Michała Głowińskiego, Aleksandry Okopień-Sławińskiej i Janusza Sławińskiego. Stupkiewicz nam to odradził i zaproponował napisanie „niezależnej” książki, łatwiejszej niż „Zarys teorii literatury” i skierowanej do nauczycieli, która miała pokazać przydatność instrumentów poetyki w analizie literackiej. Z zapałem i entuzjazmem wzięłyśmy się wtedy do roboty. Dzisiaj na coś takiego bym się nie odważyła.

 

W ostatnich latach bliska była pani profesor semiotyka, czego rezultatem chociażby książka „Literatura a sztuki wizualne” (1994), a także kolejne publikacje. Co panią profesor skłoniło do zajęcia się pograniczem sztuk?

Po pierwsze, ten problem mnie fascynował. Po drugie, była sprzyjająca atmosfera w zakładzie prof. Jerzego Ziomka, który interesował się semiotyką, pisał o znakach teatralnych i zostawiał uczniom całkowitą swobodę, z której skwapliwie korzystaliśmy.

Seweryna Wysłouch

prof. Seweryna Wysłouch, fot. Mariusz Forecki

Każdy robił to, co go naprawdę interesowało. Marek Hendrykowski zajmował się filmem, Anna Barańczakowa piosenką, Stanisława Barańczaka pochłaniała translatoryka, a mnie – literatura i plastyka.

U mnie zaczęło się od przygody z Władysławem Hasiorem. W Zamku Królewskim w Warszawie, który był jeszcze w budowie, obejrzałam wystawę Hasiora, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Chodziło się jeszcze po piachu, bo nie było posadzki, a prace Hasiora, które zawsze stanowiły zaskakujące kombinacje różnych znaków, wisiały na surowej cegle. Napisałam na ten temat artykuł, który wcisnęłam Hasiorowi po okazji jego spotkania autorskiego w Poznaniu.

Przeczytał i napisał do mnie obszerny list. Był zaskoczony, że można tak pisać o jego sztuce. Niektóre szczegóły skorygował. Później odwiedziłam go w Zakopanem, w jego dawnym mieszkaniu, które było jednocześnie pokojem, kuchnią i pracownią. Problemy i pytania, które wynikły z refleksji nad Hasiorem, popchnęły mnie do dalszych „pogranicznych” tematów.

 

Jak pani profesor spogląda na zmiany, które właśnie dokonują się na uniwersytetach – tej potrzebie koniecznej niezależności instytucji i chęci sterowania nią przez władzę. Czy uniwersytet zawsze był na cenzurowanym?

Uniwersytet zawsze był niepokorny i walczył o autonomię, a władza chciała sobie go podporządkować. Gdy profesorowie mieszali się do polityki i pozwalali sobie na krytykę władzy, wysyłano ich na emeryturę. Tak było jeszcze przed wojną.

Ustawa o szkolnictwie wyższym z 1933 roku była rewanżem za protesty w sprawie procesów brzeskich i wywołała oburzenie środowisk uniwersyteckich, bo likwidowała autonomię uczelni, przyznając ministrowi m.in. prawo wyboru rektora. Protestujących minister wysyłał na przedwczesną emeryturę.

W takiej sytuacji znalazł się Ignacy Chrzanowski na UJ, a w Poznaniu dziekan Wydziału Humanistycznego, 53-letni Ludwik Jaxa-Bykowski (w czasie okupacji pierwszy rektor tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich).

Na Uniwersytecie Poznańskim zlikwidowano w ten sposób dziesięć jednoosobowych katedr. W 1937 roku zliberalizowano ustawę, która funkcjonowała jeszcze kilka lat po wojnie, ale od 1951 roku znowu minister mianował rektora i dziekanów. Każdy przełom polityczny wywoływał reperkusje w postaci zmian w ustawie o szkolnictwie wyższym.

Seweryna Wysłouch

„Stulecie poznańskiej polonistyki (1919-2019)”, pod red. S. Wysłouch, A. Piotrowicz, B. Judkowiak i S. Karolak, Wydawnictwo Poznańskie Studia Polonistyczne, Poznań 2019. Fot. Mariusz Forecki

Okresy liberalizacji były krótkie, nastąpiły po roku 1956 i po 1980. Profesor Janusz Ziółkowski, pierwszy rektor wybrany przez społeczność akademicką wiosną 1981 roku, pełnił ten urząd zaledwie pół roku – do stanu wojennego. Jeśli mówimy o autonomii uczelni, to należy zadać podstawowe pytanie, kto zgłasza kandydatów i kto wybiera rektora: minister czy społeczność akademicka?

Ustawa zwana potocznie „ustawą Gowina” jest w tym względzie pokrętna. Bo niby rektor jest wybierany przez senat i ma szerokie uprawnienia, ale nad rektorem stoi Rada Uczelni składająca się z 9 osób – 4 pracowników uczelni, 4 osób spoza uczelni i przewodniczącego Samorządu Studenckiego.

Skład i wielkość Rady budzą wątpliwości, bo przecież manipulowanie tak małą grupą osób jest bardzo łatwe. Poza tym Rada ma niepokojąco duże kompetencje – wyznacza kierunki działania uniwersytetu, kontroluje finanse, a przede wszystkim desygnuje kandydatów na funkcję rektora (po zasięgnięciu opinii senatu) i może złożyć wniosek o jego odwołanie! Niech się tylko rektor odważy przeciwstawić Radzie!

Ustawa sugeruje likwidację tradycyjnych wydziałów. Zamiast kilkunastu wydziałów w Poznaniu mają być cztery specjalności: filologiczna (która obejmie trzy dotychczasowe Wydziały: Anglistyki, Neofilologii i Filologii Polskiej), historyczna, prawna i artystyczna. Poszczególne jednostki same decydują, do której z nich się wpisać, bo można wpisać się tylko do jednej. Nasuwa się pytanie, co z badaniami interdyscyplinarnymi?

Zwiększono pensum pracownikom, a to grozi redukcją wielu etatów. Jeśli zwiększymy każdemu wykładowcy pensum o drobne 30 godzin, to te godziny przemnożone przez liczbę pracowników dadzą w sumie ileś straconych miejsc pracy, bo przecież każdy etat musi mieć pokrycie dydaktyczne. Do tego będzie mniej grup studenckich ze względu na niż demograficzny, a każda grupa musi liczyć 25 osób.

Od lat nie było nowych etatów, bo obawiano się zwolnień, kadra się starzeje, brakuje ludzi młodych i w konsekwencji mamy lukę pokoleniową. Przeładowane grupy i obciążeni dydaktyką naukowcy nie zapewnią uczelni olśniewających wyników…

 

W jakim kierunku powinien zdaniem pani profesor rozwijać się dziś uniwersytet, żeby sensownie kształcił odpowiedzialnych ludzi?

Zmieniają się warunki i sytuacje, ale na pewno należy odejść od szkółki, sylabusów, dekretowania wszystkiego i założenia, że na każdej uczelni powinno być podobnie: te same przedmioty, te same wykłady i te same wymagania.

 

O renomie uczelni decydują utalentowani ludzie i im należy stworzyć pole do działania. Wydaje mi się, że śmiało można by odejść od wykładów kursowych, bo doskonale je zastępują podręczniki i kompendia, a propagować wykłady autorskie i fakultatywny dobór zajęć.

Poznańska polonistyka taki program realizowała w latach 90. Był chwalony przez naszych absolwentów, ponieważ rozwijał ich intelektualnie. Ważne jest wykorzystywanie możliwości związanych z Erasmusem i wymianą międzynarodową.

prof. Seweryna Wysłouch, fot. Mariusz Forecki

prof. Seweryna Wysłouch, fot. Mariusz Forecki

Trzeba też skończyć z tzw. parametryzacją, czyli obliczaniem punktów za publikacje na podstawie ustalonego z góry rankingu wydawnictw. Profesor Michał Głowiński powiedział, że gdyby za czasów de Saussure’a obowiązywała parametryzacja, wyrzucono by go z uczelni, bo nie publikował. „Kurs językoznawstwa ogólnego”, który spowodował rewolucję w humanistyce, został opracowany przez jego uczniów i wyszedł drukiem po jego śmierci.

Dodałabym jeszcze, że dzisiaj nie tylko wyrzucono by de Saussure’a, ale zlikwidowano by wykładany przez niego przedmiot, który miał śladową liczbę słuchaczy (od trzech do sześciu osób).

 

SEWERYNA WYSŁOUCH – profesor Wydziału Filologii Polskiej i Klasycznej UAM w Poznaniu; znana badaczka semiotyki literatury (w latach 1998–2014 kierowała Zakładem Semiotyki Literatury); autorka publikacji o charakterze interdyscyplinarnym, ukazującym związki między literaturą, plastyką i filmem. Opublikowała m.in. takie prace, jak: „Proza Michała Choromańskiego” (1977), „Problematyka symultanizmu w prozie” (1981), „Literatura a sztuki wizualne” (1994), „Literatura i semiotyka” (2001), „Wyprzedaż semiotyki” (2011), „Narracje małe i duże” (2015). Redaktora wielu tomów zbiorowych oraz współredaktorka podręczników szkolnych i akademickich, m.in. „Poetyki stosowanej” (1978, 1987, 2000). W swojej pracy dydaktycznej ma w pełni zasłużoną opinię znakomitego nauczyciela, opiekuna i promotora licznych rozpraw doktorskich.