fot. Anna Farman

Triumf bezpośrednich spotkań

Po co organizować festiwale filmowe, skoro można sobie odpalić HBO lub Netflixa i zrobić swój „festiwal” w domu? Po co ten cały trud i zawracanie głowy?

Festiwal Filmowy Offeliada, który po raz czternasty odbył się w Gnieźnie, jest najstarszym z cyklicznych wydarzeń, które do życia powołał Piotr Wiśniewski, obecnie dyrektor Biblioteki Publicznej Miasta Gniezna, a wcześniej przez lata pracownik Wydziału Promocji i Kultury w Urzędzie Miasta Gniezna oraz człowiek wielu pasji, który potrafi jednoczyć innych wokół pewnych idei.

 

I tak też było z Offeliadą, czyli festiwalem krótkometrażowych filmów niezależnych, do którego włączył na stałe kilkanaście osób nazywanych dziś ekipą.

Na początku więc cała impreza napędzana była głównie energią i entuzjazmem tych ludzi, potem – wraz z pojawieniem się różnych dotacji – coraz większą profesjonalizacją, a teraz  najbardziej siłą woli i przyjaźniami, które dyrektor Wiśniewski nazywa „rodzinną atmosferą”.

Pandemiczny sprawdzian

Jednak w 2020 roku przyszła pandemia i, jak wiemy, zatrzymała wiele działań, w tym gnieźnieńską Offeliadę. Co ważne, z jej odwołaniem sami organizatorzy zwlekali aż do końca, licząc, że może uda przeprowadzić się spotkania z gośćmi i pokazy filmowe dla mocno ograniczonej publiczności albo zrobić je online, czy w końcu jedynie dla jurorów, za zamkniętymi drzwiami.

 

Tyle, że z każdym listopadowym dniem wieści dochodzące do „offeliadowego obozu”, były coraz gorsze, łącznie z informacjami o zachorowaniach, czy kwarantannie niektórych osób z organizatorskiego kręgu. 

 

„Myślę, że moment odwołania festiwalu w zeszłym roku i „cisza w eterze”, jaka wtedy zapadła, uświadomiły nam, jak bardzo ważne jest dla nas to całe „offeliadowe” zamieszanie. Nie nazwałbym tego „uzależnieniem”, ale „przywiązaniem”. Z kolei do prac nad tegoroczną edycją zbieraliśmy się długo i opieszale, co pewnie było pochodną ubiegłorocznego urazu i niepewnością co do stopnia obostrzeń w tym roku. W końcu jednak usiedliśmy do stołu i wtedy pomysły się wprost „wysypały z wora”. Niestety ograniczony budżet nie pozwolił nam w tym roku na ich pełną realizację.” – wyznał Piotr Wiśniewski.

 

fot. Anna Farman

fot. Anna Farman

Bo jeśli chodzi o budżet, to minioną właśnie imprezę wsparły właściwie tylko samorządy: Województwa Wielkopolskiego i Miasta Gniezna. Natomiast osobnym sprawdzianem poza pandemią, była też zmiana miejsca festiwalu. Z uwagi na remont Miejskiego Ośrodka Kultury będącego od początku „domem” Offeliady – teraz odbyła się ona w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie.

Jak zawsze filmy i spotkania

Teatralna przestrzeń okazała się bardzo przyjazna dla imprezy, a otwierający ją pokaz specjalny filmu pt. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” w reżyserii Mariusza Wilczyńskiego oraz spotkanie z twórcą, przyciągnęły nad wyraz liczną publiczność. Jeśli chodzi o przestrzeń, to teatralne foyer sprawdziło się znakomicie jako reprezentacyjne miejsce dla biura festiwalowego, ale też jako przestronne wnętrze dla zdystansowanych przez obecne realia interakcji społecznych.

 

Jeszcze lepiej wypadła sala z wygodnymi fotelami i podnoszącą prestiż sceną, ale pierwszego dnia przyciągał przede wszystkim Wilczyński i jego film.

Wilczyński dał się poznać jako oryginalny i wrażliwy twórca. Wszak swoje animowane dzieło realizował przez blisko 14 lat i – jak przyznał – za każdym razem ma wrażenie, że ogląda inny film, jakby miał do czynienia z żywą istotą.

 

Podobnie ciekawe były projekcje i spotkania kolejnego dnia, których bohaterami stali się zarówno jurorzy główni festiwalu, jak i goście. Jeśli chodzi o jurorów, czyli m.in. aktorkę Zofię Stafiej i filmowca Jakuba Radeja, to już tradycja, że najważniejsi oceniający, poza swoim zadaniem obejrzenia i wyłonienia najlepszych obrazów, dają też się poznać w bezpośredniej rozmowie. Stąd też pokaz filmu „Jak najdalej stąd”, który był niezwykle udanym i zwieńczonym licznymi nagrodami (w tym Złotymi Lwami na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni) debiutem aktorskim Zofii Stafiej u Piotra Domalewskiego oraz bardzo ciepłe i bezpretensjonalne spotkanie z odtwórczynią głównej roli, która w swoją bohaterkę wczuwała się w dużej mierze intuicyjnie, choć miała z nią też wspólne doświadczenia.

 

fot. Anna Farman

fot. Anna Farman

Albo prezentacja dokumentu Jakuba Radeja pt. „Proch” o tym, co dzieje się z ciałem oraz rzeczami samotnej osoby po śmierci, gdzie co jakiś czas patrząca z góry kamera pozwalała niejako wczuć się w duszę zmarłego.

I wreszcie drugi dzień festiwalu był także możliwością poznania twórców dzieła „Wojna gwiazd” oraz autora filmu „Git”, a obecnie też książki „Znieczulenie”, czyli Kamila Wali-Szymańskiego. Ci pierwsi zatem okazali się oddanymi fanami „Gwiezdnych wojen” George’a Lucasa, którzy na taśmie celuloidowej udokumentowali wrażenia osób pamiętających kinową premierę pierwszego filmu oraz tworzące się wtedy fankluby i kolekcje, będące niczym „kolorowe ptaki” na tle szarej rzeczywistości PRL-u.

Natomiast Kamil Wala-Szymański to twórca opowiadający o ciemniejszej stronie życia, jego bohaterowie to więźniowie i gangsterzy. Rozmowa z nim zeszła również, na niedocenianą często, pracę scenarzysty oraz satysfakcję jaką daje pisanie.

Towarzyszący niedosyt i sukcesy

Tym, co zawsze jest siłą Offeliady są pokazy konkursowe i tak też było w tym roku. Choć z drugiej strony, 35 finałowych dzieł z kategorii fabuła, dokument i animacja, to obrazy sprzed prawie dwóch lat, które zdążyły się z lekka zestarzeć, podobnie jak film Domalewskiego pt. „Jak najdalej stąd”, tym bardziej, że na ekranach króluje i nagrody zgarnia już „Hiacynt”. To zresztą nie jedyny niedosyt, bo w całym festiwalu zabrakło też mocnego bloku działań towarzyszących, jak wieczorne koncerty lub karaoke w barach, które w poprzednich latach wspaniale integrowały organizatorów i odbiorców, a także konkretnych propozycji dla dzieci.

 

fot. Anna Farman

fot. Anna Farman

Tyle, że trudno tu winić dyrektora i ekipę festiwalu, gdy cały czas na wielu działaniach swe piętno odciska pandemia. Poza tym tegoroczne dofinansowanie imprezy pozwoliło zabezpieczyć jedynie najważniejsze wydatki, a baza restauracyjno-barowa w Gnieźnie przeżywa kryzys i dobre lokale można policzyć na palcach jednej ręki.

Natomiast to, co udało się w dwa ostatnie dni festiwalu, to na pewno pozostałe spotkania z autorami filmowych dzieł, czyli w tym przypadku twórcami nakręconego z humorem „Filmu z angielskimi napisami”, a także pokaz specjalny gości ze wschodniej Polski, którzy poza tworzeniem zaprzyjaźnionego Festiwalu Żubroffka, każdego roku przywożą też do Gniezna pakiet niezależnych filmów ze swojej kuźni talentów znanej pod nazwą „Filmowe Podlasie Atakuje!” Co ciekawe, to wydarzenie jako jedyne odbyło się poza murami Teatru, czyli w restauracji Dobry Browar.

 

Natomiast inne sukcesy to pozostałe pokazy specjalne i będące już „creme de la creme” imprezy – spotkanie z ostatnim gościem i jednocześnie trzecim jurorem Jackiem Hugo-Baderem.

Z pokazów specjalnych fantastycznie wstrzelił się w nastrój finałowej gali „Film balkonowy” Pawła Łozińskiego, czyli poruszający dokument o zwykłych ludziach nakręcony przez reżysera z jego własnego balkonu, który pozwolił gnieźnieńskiej publiczności nieco ochłonąć po jurorskich werdyktach.

 

Zupełnie inaczej, bo przede wszystkim lokalnie, wybrzmiały za to „Dźwięki naszego miasta” i „Poemat gnieźnieński”. Ten pierwszy obraz to rzecz zrealizowana przez lokalnego społecznika Jakuba Dzionka i dziennikarza Aleksandra Karwowskiego, gdzie tematem stała się gitarowa muzyka i jej twórcy w Gnieźnie sprzed dekad. Z kolei „Poemat gnieźnieński” to dzieło gnieźnieńskiego animatora i artysty Pawła Bąkowskiego oraz filmowca Mateusza Zubla, czyli poetycka opowieść o mieście utkana z wyznań przeplatanych hipnotyzującymi i chwilami odrealnionymi migawkami z grodu Lecha.

I wreszcie rozmowa z charyzmatycznym reportażystą Jackiem Hugo-Baderem, która skupiła się głównie wokół jego najnowszej publikacji pt. „Szamańska choroba” i która bodaj najliczniejszą podczas całej imprezy publiczność – przeniosła do świata niesamowitych, a nawet nadprzyrodzonych działań wschodnich szamanów.

fot. Anna Farman

fot. Anna Farman

Nowe otwarcie?

Chcąc podsumować czternastą edycję Offeliady, warto przypomnieć również jej filmowych laureatów, którzy tradycyjnie już otrzymują oryginalną statuetkę Ofelii, zaprojektowaną przez rzeźbiarza Tomasza Jędrzejewskiego oraz nagrodę finansową.

W tym roku trzy główne laury powędrowały do fabuły Marcina Kluczykowskiego pt. „Uczta duchowa” określonej jako:

 

„słodko-gorzki obraz spotkania pisarza i jego wielbicielki ukazujący, jak czasem rozmija się wyobrażenie z intencją.”

 

dokumentu „Piach” w reżyserii Bartosza Tryzny i Moniki Stpiczyńskiej za:

 

„film o najzwyklejszych rzeczach, które poruszają i z wdzięcznością za wybór bohaterów.”

 

oraz animacji „Deszcz” Piotra Milczarka za:

 

„ukazanie dramatu superbohatera, który traci siły i uświadamia sobie, że nie jest w stanie ochronić ludzi przed ich własną głupotą”.

 

I pewnie można by jeszcze długo pisać o samych filmach oraz nie tylko głównych nagrodach, które w części swe nazwy zawdzięczają szekspirowskim bohaterkom i bohaterom, co bywają laurem zaprzyjaźnionych stowarzyszeń bądź innych organizacji. 

 

Bo najważniejsze tym razem było przełamanie pandemicznego impasu i przywrócenie wiary w moc bezpośrednich spotkań. Tego poczucia, że oglądanie filmów jest także wspólnotową praktyką, która poza kinem, telewizorem czy platformą streamingową w internecie – potrzebuje też żywych ludzi oraz ich emocji i dyskusji.

I o tym przekonany jest nie tylko dyrektor Wiśniewski, ale też ponad 10-osobowa ekipa festiwalu i… 14 tegorocznych wolontariuszy.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
1
Świetne
Świetne
2
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0