fot. materiały promocyjne

Trup w magistracie

Dla pracowników Urzędu Miasta Poznania miał to być zwyczajny dzień. Jednak w godzinach porannych jedna z urzędniczek odnajduje zwłoki zastępcy dyrektora gabinetu prezydenta. Tak rozpoczyna się debiutancka książka Lilii Łady – „Zabójstwo z urzędu”.

Kryminał dziejący się wewnątrz (poznańskiego) ratusza to rewelacyjny pomysł – także ze względów marketingowych, działa na wyobraźnię wyborców.

 

Któż nie chciałby poznać sekretów władzy?

Albo inaczej – wejść w świat, w którym ta władza się stwarza, gdzie podejmowane są ważne decyzje, decyduje się o tym, co do opinii publicznej powinno trafić, a co lepiej przemilczeć lub spróbować wyciszyć i wreszcie, gdzie odbywają się spotkania na najwyższych szczeblach? Wydawać by się mogło, że Lilia Łada jako była szefowa biura prasowego urzędu miasta ma idealne predyspozycje, aby czytelniczki i czytelników do tego świata zabrać.

 

UKŁADY I UKŁADZIKI

„Na podłodze, tuż za progiem swojego gabinetu, leżał w dziwnie skurczonej pozycji Janusz Talarek, zastępca dyrektora gabinetu prezydenta. Jego głowa spoczywała w dużej kałuży czegoś czerwonego, co – jak sobie Alicja uświadomiła ze zgrozą – było najprawdopodobniej zakrzepłą krwią […] Alicja nie umiała już opanować narastającej histerii i poranną ciszę nobliwej instytucji zakłócił jej nieprofesjonalny, ale za to przeraźliwy krzyk. A potem osunęła się na fotel stojący przy wejściu i po raz pierwszy w życiu zemdlała”.

 

Do akcji wkracza podkomisarz Młotkowski i rozpoczyna dochodzenie.

Na początku przepytuje współpracowników Talarka i szybko orientuje się, że miejska instytucja utkana jest z układów i układzików, różnego rodzaju powiązań, gdzie mobbing jest chlebem powszednim pracy urzędniczek i urzędników, tak jakby poddanie się mu figurowało w spisie obowiązków pracowniczych. Czytamy: „Chodziło tu raczej o wyśmiewanie ludzi, zarzuty co do jakości ich pracy, niepoparte żadnymi konkretami, i zastraszanie tych, którzy zwracali uwagę, że swoimi działaniami dyrektor narusza przepisy”. Nic więc dziwnego, że Młotkowski kieruje podejrzenia na najbliższy krąg współpracowników Talarka.

Lilia Łada, „Zabójstwo z urzędu”, HipkiKrzy, Poznań 2018

JEDNOWYMIAROWO

Lilia Łada ofiarę zabójstwa przedstawia jednoznacznie – jako śliskiego, wrednego typa, który nie posiadał ani jednej pozytywnej cechy charakteru, mało tego: niejednokrotnie wedle własnego widzimisię niszczył innym kariery. Cóż – w tym wypadku zabicie Talarka (nazywanego przez współpracowników „Dupkiem”) wygląda na uprawnione niczym śmierć Ratchetta z „Morderstwa w Orient Expressie” Agathy Christie. Jednak nawiązanie to szybko się dezaktualizuje, bo jak Talarek niszczył kariery, tak je tworzył, wykorzystując swoje znajomości. Dlatego też w biurze obok wieloletnich pracowników znajdują się osoby sprowadzone przez ofiarę. Wychodzą też inne brudy, które łączą Talarka z najzamożniejszymi mieszkańcami stolicy Wielkopolski, suto wspierającymi ratusz.

 

Poznański „House of Cards”? Raczej serial Polsatu.

Łada nie tylko postać zmarłego urzędnika maluje jednowymiarowo, podobnie pokazuje pozostałych bohaterów (i bohaterki) swojej książki. Pozytywni są ci, którzy latami tyrają w urzędzie i – w przeciwieństwie do tych ściągniętych przez Talarka (np. „Baśka jeszcze czasami udawała, że pracuje, i jak się przyłożyła, wychodziło jej to zupełnie nieźle. Niestety chciało jej się bardzo rzadko […]”) – mogą pochwalić się pracowitością, zaangażowaniem, pomysłowością, oddaniem itp., jak Magda, która nawet jako dziennikarka tabloidu starała się być rzetelna oraz pisać prawdę. Trudno również uwierzyć, że nieboszczyk (będąc odpychającym „dupkiem”) mógł nie tylko mieć w kieszeni możnych poznańskiego (i warszawskiego) światka, ale również zmieniać kochanki jak rękawiczki – ulegały mu i te inteligentne, czyli bohaterki pozytywne (żona Ewelina i wspomniana Magda), jak i te głupiutkie, interesowane, korzystające z koneksji kochanka, czyli negatywne.

STEREOTYPY, CZYLI POWIELANIE

 

W opisie kobiet z „Zabójstwa z urzędu” stereotyp goni stereotyp.

Przykładem niech będzie ciężarna kochanka i współpracownica Talarka, która nie tylko nie posiadała wiedzy o miejscu własnej pracy, ale „miała […] doskonałą figurę, śliczną buzię i długie blond włosy. Wiedzy o mieście i samorządzie nie miała w ogóle i nic nie wskazywało na to, żeby ją mogła kiedykolwiek zdobyć, bo to jej nie interesowało. Pytania typu […] «co to takiego ten smog, o którym wszyscy mówią» były u niej na porządku dziennym […]”.

Kobiety w omawianej książce, mimo że najczęściej zlewają się w dwa polaryzujące się schematy (pozytywne kontra negatywne), łączy potrzeba miłości: ich życia obracają się wokół mężczyzn, domu, rodziny (nawet jeżeli jest mowa o bizneswoman, właścicielce prężnie działającej firmy). To faceci są tymi działającymi, ironicznymi, żartobliwymi niebieskimi ptakami, bo wszystko (nawet przekręty) im wychodzi – począwszy od Młotkowskiego (ironiczny, zaradny), przez jego kolegę z komendy (który chodzi „szukać rozrywki u dziewczyn z prewencji, co zawsze się kończyło długą nieobecnością i zaproszeniem na kawę”), lewe biznesy Talarka, aż po dziennikarza, którego za sprawą ekstrawaganckiego stroju biorą za geja (halo, mamy 2018 rok!), i chyba tylko, by zatrzeć to wrażenie, musi rzucać seksistowskie teksty.

To tylko czubek góry lodowej stereotypów, które znajdziemy w „Zabójstwie z urzędu”. To kryminał, który w warstwie społecznej bierze pod lupę sprawę mobbingu w miejscu pracy, jednocześnie powielając najgorsze stereotypy nie tylko wobec kobiet, ale też wobec mężczyzn. Jak gdyby polaryzacja Mars versus Wenus w dalszym ciągu była w powszechnym użyciu. Przypomnę – mamy 2018 rok!

 

CZYTAJ TAKŻE: Kościół myślący. Relacja ze spotkania autorskiego z Zuzanną Radzik
CZYTAJ TAKŻE: Na przekór – o mądrych książkach dla dzieci
CZYTAJ TAKŻE: Mózg (nie tylko) dla dzieciaków