fot. Oskar Czapiewski, na zdj. Szczepan Kopyt

W stronę dobra wspólnego

Ze Szczepanem Kopytem rozmawia Oskar Czapiewski.

Oskar Czapiewski: Twoja twórczość wyróżnia się pod względem wydawniczym. Mam na myśli nie tylko tworzenie takich niekonwencjonalnych form jak płytotomiki, ale i nietypowe rozwiązania typograficzne. Do najnowszej książki (Konfetti) dołączono fotografie. Skąd u Ciebie potrzeba wydawania twórczości w ten sposób?

Szczepan Kopyt: W ten sposób, czyli na wiele sposobów. Z jednej strony wiersz istnieje w formie zapisu żywego słowa – tak o myślę o tych moich, niemal bez wyjątków – jest zawsze audialny, „czytany na głos”, więc być może powinienem zadowolić się ustandaryzowanym formatem wypowiedzi i nie piętrzyć kontekstów ponad standardową konieczność.

 

Z drugiej strony ów standard nie jest przecież święty, a co najważniejsze – nie jest obojętny na percepcję wiersza i wierszy.

W każdym przypadku, w którym decydowałem o wyjściu poza ustandaryzowany zapis, chodziło o coś innego (było tak w tomach: możesz czuć się bezpiecznie (2006), buch (2011), kir (2013), na giełdach nadprodukcji pikują akcje przetrwania (2019) i konfetti (2021)). Dorabiając może do tego jakieś ogólne uzasadnienie po fakcie, w każdym jednak chodziło o manifestowanie materialnego wymiaru twórczości, konieczności prezentowania się tych wierszy i książek w kontekście materialnie nieobojętnym estetycznie, politycznie itd. – wychodzenie wierszy poza książkę.

Zabieg ze zdjęciami Colet Marion w konfetti najbardziej umownie realizowałby tego rodzaju misję i był spośród innych najbardziej tradycyjny: zdjęcia dopełniają wiersze pod względem estetyki, wrażliwości artystycznej, także tematyki; czułem ich potrzebę w tej książce, ponieważ w samych wierszach i w przy takiej ilości skondensowanego komunikatu, który przywołuje obrazy w ramach środków literackich, ale nie wprost, moja własna percepcja szukała punktów podparcia. Nieoczywiste, ale w pełni materialne przedmioty i kadry codzienności z tych zdjęć pomogły mi pomyśleć o szeregu tekstów – efekcie mojej pracy – jako o uspójniającej się całości, sądziłem więc, że pomogą też czytelniczkom i czytelnikom książki. (Jest to oczywiście jedynie część odpowiedzi – nie uwzględnia sytuowania się w całym kontekście smuty produkcji i cyrkulacji książek z wierszami w Polsce).

 

OCz: Masz rację, o audialnym charakterze poezji mówili już m.in. polscy futuryści w swoich manifestach. Ich zdaniem o poezji możemy mówić dopiero wtedy, gdy wybrzmiewa, a same książki są jedynie jej nośnikami służącymi do swego rodzaju odtwarzania. Interesuje mnie obecność fotografii w Twojej ostatniej książce. W wywiadach wspominałeś, że zdjęcia Colet Marion towarzyszyły Ci podczas pisania wierszy. Mam wrażenie, że nawiązania są widoczne. Na przykład wiersz wyobrażenie o tym że będzie jest dwuwierszem, a fotografia z nim zestawiona też ma dwudzielną kompozycję. Wiersz na poprzedniej stronie (obowiązki królowej śniegu) zestawiono ze zdjęciem bezlistnego świerka. W utworze zima pojawia się jako sztafaż. Możesz opowiedzieć więcej o powstawaniu tego tomu? Jak często podczas pisania inspirują Cię dzieła, dla których podstawowym medium nie jest pismo?

SzK: Nie tworzę ekfraz (co najwyżej luźno nawiązuję do piosenek, książek, reklam, filmów, memów – mówiąc ładnie: tekstów kultury; mniej ładnie: feedu) i chyba nie byłbym w stanie dodać czegoś do inspirujących dzieł innych twórczyń i twórców – gdzie mi tam do dialogu hiperrealistycznego Przybosia z architektami gotyckich katedr!

 

Szczepan Kopyt, fot. Oskar Czapiewski

Szczepan Kopyt, fot. Oskar Czapiewski

Jeżeli zdarza się, że jakieś zewnętrzne dzieło zasila, uruchamia mój wiersz, z reguły jest to tekst filozoficzny (tak przynajmniej bywało kiedyś).

Albo może lepiej mówić o pomyśle słowno-graficznym, który wyzyskuje tradycyjną linearność lektury rozpoczynającej się od tytułu (tu zawieszonej, czy też sping-pongowanej przez sytuację krótkości formy): zdjęcie dobrane jest na zasadzie swobodnej, ironicznej gry – gry także z ideą książki jako całości; można zaryzykować suchar, że napisałem najpierw tytuł do pracy fotograficznej, którą podebrałem później Colet.

[O]bowiązki królowej śniegu są o nadejściu zimy, ale w sumie bardziej o hurtowym handlu kokainą – osprejowany na biało kikut choinki na tle białych plastikowych paneli jakby spadł mi z nieba! Takich gier i zabaw jest w książce jeszcze kilka (także Colet zestawia zdjęcia), liczę na tyle uciechy i przepalenia zwojów osób czytających i oglądających książkę, ile było moim udziałem, kiedy dobierałem je do książki. Miało to miejsce podczas wytężonego okresu pracy pisarskiej na stypendium w Bratysławie, gdzie ze względu na pandemię w praktyce musiałem skupić się tylko na twórczości.

Przypomniałem sobie w pewnym momencie moich prac o zdjęciach Colet, ponieważ wiedziałem już, że w książce będę chciał uwzględnić coś, co zdaje się myśleniu konceptualnym (w stosunku do moich praktyk pisarskich) przypadkiem, czyli chronologiczny względem daty powstania układ wierszy, który z kolei jakoś na czuja pasował mi do historycznej osi moich wierszy, tego czym są zainteresowane.

 

Zarówno, kiedy nie wiedziałem jeszcze ile tych wierszy będzie, jak i ile zdjęć pozwoli mi umieścić w książce wydawca, zlepiły mi się one w coś, co musi pójść razem.

Wrócę jeszcze do zasilania pozatekstowym materiałem. Od kilku lat to najczęściej muzyka elektroniczna (techno, ambienty, drumy, jungle), ale zdarzało mi się również pisać, słuchając Koncertów brandenburskich (basso continuo ma nadal potencjał; czy to nie świetna nazwa dla cyklu wydarzeń powiedzmy dub techno?). Nadal zdarza mi się pisać podczas robienia swoich beatów na samplerach, automatach, synthach itd. Moje relacje z muzyką są nadal najsilniejsze, ale też bardzo skomplikowane (także emocjonalnie).

 

OCz: Myślę, że to słychać. Gdy pierwszy raz przeczytałem Na giełdach nadprodukcji pikują akcje przetrwania słuchałem techno, siedząc w tramwaju. Miałem wrażenie, że wiersze świetnie dogadują się z loopami; szły jednym duktem (nawiasem mówiąc, dzięki za umożliwienie takich doznań). O skomplikowaniu tej relacji nie wątpię. Robiłeś jazz, trance, blues, techno… Na płycie Buch (2011) znalazłem nawet kawałek rapowy (mc kabir). Ostatnio zaśpiewałeś wiersz płaz z ostatniej książki do muzyki elektronicznej. Ola Wasilewska zrobiła do niego wideoklip. To pojedyncze przedsięwzięcie czy można spodziewać się, że w przyszłości pojawią się podobne rzeczy (wiersze pod techno, wizualizacje)? Trudno mi uwierzyć, że w Bratysławie skupiałeś się wyłącznie na twórczości. W jednym z wywiadów wspomniałeś, że trochę zazdrościsz Stasiukowi tych jego peregrynacji literackich. To była chyba ku temu względnie dobra okazja (nawet jeśli z zachowaniem dystansu, w maseczce i tylko w okresie miękkiego lockdownu).

SzK: Ten lockdown tam jednak nie był taki miękki. Na szczęście załapałem się na dwa dni festiwalu Novotvar, gdzie słyszałem między innymi fascynującą Ann Cotten czytającą po angielsku swoje dwujęzyczne wiersze. Oprócz pisania więc jedynie spacery. A co do współpracy z Olą, na razie ma miejsce przy jej autorskich klipach do wierszy z nowych książek wydawanych w Wubepicaku.

 

Z przyjemnością popracowałbym z kimś przy projekcie, w którym techno tworzone na żywo (duch improwizacji we mnie nie zgasł od czasów Yazzbotu) łączyłoby się z poezją podawaną w formie wizualizowanych kęsów.

O tym też mówię już długo i pewnie za mało rzeczywiście szukam takich osób. A więc: hop-hop! jeśli czytasz to dziewczyno/chłopaku/osobo i robisz wizualki, puknij dwa razy w ekran, co będzie znaczyć „tak”. Sądziłem, że najpierw może pogram trochę po klubach, ale ani techno na żywo nie jest tam aż tak mile widziane (panuje jednak ideologia didżejska) i też okazuje się, że sformułowania „koniecznie”, „odezwiemy się”, „przypomnij się i pomyślimy o tym” oznaczają w różnych klubach zgoła to samo.

Może jednak czegoś nie rozumiem. Nóż swój ostrzę więc występując z poetkami i poetami w Ósemkach. Jest to oczywiście inna para kaloszy od tego, co interesuje mnie docelowo. 

 

OCz: Mówiliśmy o tworzeniu międzymedialnym. Działasz na kilku polach, co jest charakterystyczne m.in. dla twórczości cybernetycznej. Byłeś członkiem Perfokarty. Dlaczego zrezygnowałeś ze współpracy z tą grupą?

SzK: To było 14 lat temu. Do grupy dopiero co dołączył na poważnie orbitujący w temacie Łukasz Podgórni, jeszcze nie wszedł do niej Tomek Pułka. Zadecydowały względy personalne – nadawał jej ton Roman Bromboszcz i jakiś mały niestyk między nami podczas Poznania Poetów (godny anegdoty, a nie wspominania tu o nim) sprawił, że zakończyłem współpracę.

Szukałem jeszcze wtedy formy wypowiedzi, kierunku poza foremkami, które wypracowałem dla siebie w latach terminowania na nieszufladzie.pl i zachłannego czerpania z wielu poetyk. Popłynąłem w stronę, zdawałoby się, przeciwną w sale sale sale, rozpoczynając mój nieco poważniejszy związek z marksizmem, którego w poezji polskiej wtedy (już bardzo dawno) nie było.

 

Sprawy cybernetyczne wydawały mi się jednak mniej rokujące, jeśli chodzi o podniety artystyczne, a mimo sporego ukierunkowania na kolektywne działanie twórcze, był to czas przed prorokowanym przez Stokfisza (a potem bardziej już konkretnym) „zwrotem politycznym”, więc trudno byłoby się nam w tamtym układzie osobowym dogadać, co do ideowego kierunku z Romkiem, Tomkiem Misiakiem, nie wspominając już o Marku Florku.

Dalsze działania cybernetystów śledziłem jednak z zainteresowaniem, a pewne myślenie awangardowo-proceduralne o wierszu zostało ze mną na trwałe – widoczne choćby nietrywialnie w masach z ngnpap.

Co do multimedialności, nie byłem do końca na nią gotowy. Gdyby autoanalizę ograniczyć tu do minimum: nie byłem nigdy z tej czarnokoszulowej estetyki i pamiętam taki koncert, który zagraliśmy na jakimś skłocie-blokhausie w Monachium z Romkiem jako Kaleka, (zastępowałem Tomka Misiaka). Graliśmy po prostu z dwóch laptopów z niezsynrchonizowanych, scrackowanych Reasonów i Fruity Loopsów.

Dla mnie była to czysta zabawa (bo wyrosłem z punk-rocka, przez duby, yassy i jakieś drobinki elektroniki, które zupełnie nieuporządkowanie trafiały do mnie poprzez satelitę Astra i stację Vivę Zwei), a dla odbiorców część sceny, o której nie miałem pojęcia. Nie umiałem tego umiejscowić na estetycznej mapie, byłem jeszcze z tego rzutu albo-albo: albo gram free jazz elektryczny inspirowany jungle (kapela Prototyp), albo jestem kraftwerkowym gościem z komputerem. To się oczywiście od tamtego czasu mocno zmieniło i wokół, i we mnie. Z kolei samo występowanie z muzyką i poezją było procesem nieciągłym.

 

OCz: Jesteś artystą świadomie i konsekwentnie korzystającym z pewnych środków poetyckich (np. amfibolii). Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek ulec kaprysowi lub np. tak jak robił Frank O’Hara, spontanicznie zapisywać swoje myśli, tworząc coś na wzór strumienia świadomości? Czy może koncept, czy próba przełożenia filozoficznego wywodu ma dla Ciebie większą wagę? Pytam o takie momenty w procesie twórczym, dla których efektów nie masz uzasadnień poza tymi intuicyjnymi.

SzK: Zdarzało mi się dawno temu sądzić, że ulegam takiemu kaprysowi. Nie wierzę w pisanie „strumieniem świadomości”, skoro nawet mowa nie jest w stanie podążać jego deltą. Wchodzimy w taki strumień zawsze z gotowymi założeniami, intencjami, przedsądami, co sprawia, że ostatecznie sterujemy nim jak inżynierowie przyrody biegami rzek.

 

I nawet jeśli spróbujemy wyłączyć z tego mowę/język i poddajemy się samemu nurtowi, śledzimy go, choć nie zwracając uwagi na przedmioty i emocje, które ciągną nim, to ostatecznie nie ma mowy o żadnym strumieniu (choć dopłynąć tam nie jest łatwo) a o samej świadomości.

Intuicje łączę ściśle z procesami wprawnego posługiwania się językiem, rzeczami przemyślanymi wcześniej, ale nieprzełożonymi jeszcze na wiersz, nieprzefiltrowanymi przez emocje związane z wypowiedzeniem. Nawet chłodny wywód filozoficzny jest jakąś stylizacją, a przecież jest rytm i mnogość jego środków, brzmienie słów, długość wypowiedzi; to jak i do kogo możemy trafić, obierając konkretne ich rejestry, a także afekty niepoddające się łatwo filozoficznemu namysłowi, czy gnomiczne paradoksy i zagadki.

 

OCz: Czyli z jednej strony proces jest kompleksowy, determinowany przez światopogląd i to wszystko, co orbituje gdzieś wokół tego terminu. Do tego dochodzi jeszcze idiolekt, uwzględnienie odbiorcy w komunikacie i warunki, w jakich wypowiedź artystyczna może zaistnieć. Z drugiej strony jest też w tym procesie miejsce na elementy nieuświadomione — afekty. Dobrze Cię rozumiem? Czy nazbyt uprościłem?

SzK: Myślę, że w skrócie, i w szerokim znaczeniu słowa „światopogląd”, tak właśnie jest. Biorąc pod uwagę już samą decyzję o napisaniu czegoś, można usadowić się w jednym z wielu miejsc – wymienionych przez Ciebie determinant. Na przykład kiedyś lubiłem wyjść od zasłyszanych strzępków mowy, cytatu; kiedy indziej przyjmowałem, że należy po prostu usiąść i zacząć pisać od dowolnego słowa; jeszcze kiedy indziej, że mam potrzebę wychodzenia od pewnej przemyślanej na poły figury, albo od samego rytmu słów do muzyki „grającej w głowie” itd.

 

A to jedynie kwestia decyzji o pisaniu w danych okresach wiążąca się z budowaniem skutecznej – satysfakcjonującej mnie samego jako odbiorcę gotowego tekstu – praktyki oddziaływania.

A ile razy zarzuca się pomysł, przestaje pisać w trakcie, wyrzuca coś, poprawia (aż się jednak wyrzuci), próbuje zapomnieć, żeby zacząć na czysto? Albo: ile razy świadomie rezygnuje się z pisania przez dłuższy okres, by nasiąknąć czymś innym i, nie analizując tego (nie niszcząc więc zbyt wcześnie), układać wiersz jako nowa osoba? Obecnie, niemal rok po ukończeniu konfetti, nie pracowałem dłużej nad niczym „swoim”, niewiele też „wpadało samo”, a to, co wpadało, nie było warte trudu porządnej pracy. Zaistnienie wypowiedzi wiąże się niewątpliwie z jakimś głodem recepcji.

 

OCz: A potrafisz powiedzieć, czym zazwyczaj udaje Ci się go zaspokajać (głód recepcji)? Jeśli bywają to – ładnie mówiąc – teksty kultury, czy mógłbyś jakieś polecić? Nie muszą być to książki.

SzK: Wierszem najpierw oczywiście – jego potrzebą: musi jakoś powstać; jest w końcu formą komunikacji, nieizolowanym przedmiotem. Świadomością, że nie jestem w tych konkretnych potrzebach osamotniony, więc i każdym niemal jego śladem lekturowym, w którym, ktoś na elementarnym poziomie choćby łapie, po co to robię, uznając czas spędzony z moimi słowami czy dźwiękami za niestracony (nie musimy się zgadzać, nie zawsze racja artystyczna pokrywa się z polityczną itd. – zaznaczę coś, co dla wielu na elementarnym nawet poziomie nie jest oczywiste).

 

To może być opinia czytelniczki, recenzja, zwykłe puszczenie dalej informacji, przeklejka posta z wierszem.

Czasami ten głód recepcji, czy dialogu pcha mnie zwyczajnie na scenę z wierszami i beatami, prowadzi do rozmów, zachęca do różnych działań, nie tylko przecież lekturowych. Oczywiście jest w tym coś zupełnie osobistego, jakaś elementarna próżność, bez której trudno uznać wartość moich działań przed samym sobą, i choć mogłoby się zdawać, że chodzi o więcej, godzę się, z tym że rzecz nie w tym jak uczynić publikę większą zmieniając środki, ale jak wciągać w środki, które prezentuję większą grupę osób: nawet najbardziej popularna poezja pozostanie zawsze niszą.

Niech więc to będzie nisza, w której dojdzie do kluczowej mutacji zmieniającej świat w stronę dobra wspólnego.

Podziel się kulturą!
What’s your Reaction?
Ciekawe
Ciekawe
4
Świetne
Świetne
1
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0