fot. Mariusz Forecki

Wiersz kibica. „Pierwsza piątka” Stanisława Barańczaka

„Najpiękniejszy wiersz o sporcie, jaki kiedykolwiek napisano, wyszedł spod pióra Stanisława Barańczaka” – stwierdził na swoim blogu Michał Okoński, żegnając w grudniu 2014 roku autora „Widokówki z tego świata”.

KULTURA WARTOŚCIOWA

Trudno z tą tezą polemizować. Dopowiem jedynie, że „Pierwsza piątka”, bo o ten wiersz chodzi, nie jest jedynym tekstem (choć jedynym wierszem) poety poświęconym sportowi.

Stanisław Barańczak – także wykładowca akademicki zajmujący się poezją współczesną, wyrazisty krytyk literacki, wybitny tłumacz, a także działacz opozycji demokratycznej w PRL-u – żywo interesował się kulturą masową. Były jednym z pierwszych w Polsce humanistów traktujących ją z naukową powagą i dostrzegających jej społeczne znaczenie. Wzorem był tu francuski semiolog Roland Barthes, autor cyklu felietonów oraz szkiców krytycznych wobec popkultury zebranych potem w książce „Mitologie”.

W swoich szkicach, esejach, felietonach i wierszach pisał Barańczak o hasłach kibiców piłki nożnej, programach radiowych i telewizyjnych, serialach, wiecach, przemówieniach politycznych, neonach, muzyce popularnej, westernach, homiliach etc. To tylko wybrane zjawiska masowe przez niego krytykowane i analizowane. Był mistrzem pamfletu, czego dowodem jest tom „Książki najgorsze”, w którym celnie i bezwzględnie krytykował między innymi powieści gatunkowe z czasów PRL-u, na przykład kryminały, a który wciąż bawi i zastanawia.

 

Jak brawurowo krytykował, tak potrafił się z pasją zachwycić. Cenił na przykład niektórych wykonawców muzyki popularnej. Swoją karierę jednego z najwybitniejszych polskich tłumaczy zaczynał od przekładów tekstów piosenek The Beatles pisanych przez Johna Lennona.

Nie dzielił kultury na niską i wysoką, lecz – jak mówił w wywiadzie w 1994 roku – „na kulturę wartościową (w której mieszczą się moim zdaniem Bach i Szekspir, ale również Charlie Parker i Monty Python) i kulturę bezwartościową, czyli kulturę kiczu (w której mieszczą się dla mnie: piosenkarka Madonna i film «Rambo», ale również koncert fortepianowy Czajkowskiego i film «Podwójne życie Weroniki»)”. Nie należy wątpić, że koszykówkę zaliczył poeta do kultury wartościowej.

„PIERWSZA PIĄTKA”

Jest ten wiersz – i to między innymi stanowi o jego wyjątkowości w pisarstwie Barańczaka – zapisem wrażeń kibica poddającego się zbiorowym emocjom, które mieszczą się między irracjonalną euforią a wzniosłym, choć nieco zdystansowanym zachwytem. Rzecz dotyczy fana amerykańskiej koszykówki, ale utwór jest przecież bardziej uniwersalny:

 

W oceanicznym ryku nabitej głowami hali
Boston Garden, w ekstazie od górnych galerii po parter,
wbiegają truchtem, luźni, zblazowani, cali
w niby-leniwej glorii, pięć piętrowych panter:
długoręki Kevin McHale, sześć stóp i dziesięć cali

ofensywnego geniuszu; chmurny i uparty
wielkolud Robert Parish; piegowaty Dennis
Johnson, mistrz błyskotliwych podań; jego partner
Danny Ainge, cwany gówniarz z wyglądu, bezcenny
artysta strzałów z dystansu; aż wreszcie wstępuje na parkiet

Larry Bird (z trybun: „LA-RREE!!!"), kluchowaty, senny
blondas, w którym nikt by się nie domyślił żywej,
jedynej, wszystko dotąd zaćmiewającej legendy.
Fale wrzawy wzbierają, aż burzliwe grzywy
walą się, nagła cisza święci ewidentny

fakt: w dziejach koszykówki nie było drużyny
tak zgranej, niezrównanej. Gwizdek, pierwszy wyskok
do piłki. Parish; Johnson; McHale czterema dużymi
krokami dopada kosza, dwa punkty, ryk: znów im wyszło.
„Socjotechnika: bez meczów, lig, tabel zbyt by się dłużyły

Tygodnie”, mruczę zawistnie. (Bird rzuca się w kłębowisko
ciał, zwód, łuk strzału: znowu!). Nie: tylko trochę mniej niedoskonali
niż każdy, są doskonale kochani, nienawidzeni, są wyspą
wyrosłą nad obojętność. Na mgnienie. Tak, ale na mgnienie ocali
ich to, że wystają o głowę ponad tę resztę, to wszystko.

Z PERSPEKTYWY STADIONU

Można wyobrazić sobie Barańczaka w „nabitej głowami hali Boston Garden” (dziś już nieistniejącej), w której swoje mecze rozgrywali Boston Celtics, jeden z najbardziej utytułowanych zespół w historii NBA. Poeta widział wymieniony w wierszu skład zapewne około połowy lat osiemdziesiątych, u szczytu sławy, w wielkiej formie. W latach 1979–1993 Celci pod wodzą Larry’ego Birda pięciokrotnie walczyli w finale amerykańskiej ligi, trzy razy zdobywając mistrzostwo.

Poeta nie pierwszy raz zastanawiał się, jak wygląda świat z perspektywy sportowej trybuny. Na początku lat siedemdziesiątych na łamach poznańskiego miesięcznika „Nurt” publikował cykl felietonów poświęconych peerelowskiej popkulturze, spośród których jeden dotyczył piłkarzy. W 1983 roku natomiast w Paryżu ukazał się „Czytelnik ubezwłasnowolniony”, zbiór szkiców z lat siedemdziesiątych poświęcony – jak głosi podtytuł – „perswazji w masowej kulturze literackiej PRL”, w którym na początku trzeciego rozdziału zatytułowanego „W kręgu stadionu: «Nasza wola – Polska gola»”, znajduje się następująca deklaracja:

 

[…] nowoczesny, obcy postawie „arystokratycznej” badacz kultury masowej powinien nie tylko „śledzić wyniki meczów”, ale być również częstym gościem na stadionach sportowych. Nie ma już większej potrzeby dowodzić, że właśnie tutaj manifestują się nieraz w klinicznie czystym stanie pewne wyraziste formy społecznej świadomości.

Trudno dziś powiedzieć, czy Barańczak bywał na stadionie piłkarskim (może na meczach Lecha w Poznaniu?). Z pewnością orientował się w kulturze stadionowej. Tak charakteryzował jeden z aspektów kibicowania na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy to polska piłka klubowa i narodowa odnosiła największe sukcesy z apogeum na mistrzostwach świata w 1974 roku:

 

Tradycyjne przekonanie „jakoś to będzie” i „górą nasi” łączy się paradoksalnie z narastającym narodowym kompleksem niższości. W tych warunkach – i przy irracjonalnym prestiżu piłki nożnej wśród innych dyscyplin – każdy wygrany mecz międzynarodowy (zwłaszcza z renomowanym przeciwnikiem) był okazją do częściowego rozładowania tego kompleksu, do umocnienia się w przekonaniu, że jednak „nasi lepsi”, że kryzys w innych dziedzinach stanowi tylko zjawisko przejściowe.

Trafność tego spostrzeżenia nie straciła na aktualności, choć dziś jest ono – a chyba i ówcześnie było, z czego sam autora zdawał sobie sprawę – zbyt ogólne, by opisać fenomen piłki nożnej. Czy za zbyt daleko idące uproszczenie uznaliby go piszący o futbolu z kibicowską pasją inni współcześni polscy autorzy, jak Marek Bieńczyk, Jerzy Pilch czy Wojciech Kuczok?

 

Kulturze masowej w PRL-u Barańczak poświęcił całą książkę. Kiedy, zmuszony okolicznościami politycznymi i korzystając z zaproszenia Uniwersytetu Harvarda, wyemigrował w 1981 roku do Stanów Zjednoczonych, mógł zobaczyć jej zwalczany przez totalitarną cenzurę pierwowzór.

Amerykańska popkultura nie stała się dla niego przedmiotem systematycznej refleksji, co nie znaczy, że ją lekceważył. Pozostała ważnym, bo budzącym irytację, zaciekawienie, a czasem zachwyt, elementem tła dla jego pisarskiej i przekładowej aktywności. Jej opisy to fragmenty rozproszone w tekstach poświęconych innym tematom. Kiedy na przykład pisze o rzeczach, z którymi emigrant z Europy Wschodniej (wówczas zza żelaznej kurtyny) „nigdy się nie pogodzi”, obok „chleba sprzedawanego w supermarketach”, „rachunków od dentysty” czy „kawy bez kofeiny” wymienia „telewizyjne reklamy pożywienia dla kotów” i baseball.

BYĆ KIBICEM

Wyraźny dystans do masowego sportu, obecny w szkicach intelektualisty krytycznego wobec peerelowskiego popu i amerykańskiej kultury masowej, w zacytowanym wierszu jest jednak ledwo widoczny. Fakt ten można interpretować na dwa sposoby.

 

Po pierwsze, wiadomo skądinąd, że poeta lubił koszykówkę. W wywiadzie, którego udzielił w 1994 roku „Tygodnikowi Powszechnemu” na pytanie, czy nadal kibicuje Boston Celtics, odpowiadał pól żartem, pół serio:

„Jest to niepowtarzalny element amerykańskiej kultury masowej i – co tu ukrywać sztuka, sztuka całą gębą i w pełnym sensie tego słowa. Kiedyś, w przerwie między jednym a drugim tłumaczeniem z Szekspira uda mi się może napisać traktacik o estetyce koszykówki, w którym udowodnię, że koszykówka na najwyższym poziomie to właściwie poezja. Jeśli tę ostatnią uczeni definiują jako taką formę organizacji języka, która stanowi uporządkowanie „naddane”, służące tylko własnym celom, a nie trywialnej potrzebie porozumienia się – to cóż innego robi Jordan, kiedy wisząc w powietrzu w trakcie wyskoku do kosza, nie wkłada po prostu piłki do kosza prawą ręką, co mógłby zrobić bez trudu i czym zdobyłby dla drużyny bez ryzyka dwa punkty, ale przekłada piłkę nad koszem do ręki lewej i dopiero wtedy wrzuca? To przecież to samo, co rym w poezji, nawet nie zwykły rym, ale wewnętrzny”.

Czytelnik amerykańskich wierszy Barańczaka odruchowo utożsamia podmiot, który mówi w większości z nich, czy bohaterów, którzy w nich występują, z samym autorem. To nieuchronne, codzienność życia emigranta za oceanem jest jednym z ważniejszych tematów tomików poety z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Elementy z życiowego doświadczenia nie oznaczają jednak, że autor „Atlantydy”pisał swoją wierszowaną autobiografię.

Po drugie zatem: warto wziąć pod uwagę i inną możliwość. Skoro niezmiennie był Barańczak zdystansowanym recenzentem kultury masowej, a właściwie nigdy nie był bezkrytycznym fanem, to być może tym razem oddał w swoim utworze głos komuś, z kim do końca nie mógł się utożsamić. Wnikliwy interpretator twórczości Zbigniewa Herberta, autora cyklu wierszy o Panu Cogito (Barańczak poświęcił mu wciąż ważną monografię „Uciekinier z Utopii”), tłumacz oraz komentator angielskiej i amerykańskiej poezji modernistycznej, między innymi Wystana Hugh Audena czy Philipa Larkina, potrafił efektownie stosować to literackie rozwiązanie, doceniał jego znaczenie.

To niezwykła możliwość, jaką daje poezja: oddać głos własnego wiersza innemu, szczególnie wtedy, gdy nie całkiem się go rozumie czy nawet akceptuje. To sposób na przełamanie, oswojenie tej inności. Obcości innych albo własnej – na przykład w obcym kraju. To jednak tylko jedna z możliwości interpretacji tego wiersza.

HEROSI

 

Anna, żona poety, wykładowca literatury i kultury polskiej na Harvardzie, wspominała podczas spotkania w poznańskim Centrum Kultury ZAMEK, że Stanisław nie bywał na meczach, lecz oglądał je w telewizji.

Mural z podobizną Stanisława Barańczaka i fragmentem jego wiersza „A tak niewiele brakowało” dedykowanego Adamowi Michnikowi, Collegium Novum UAM, od strony ul. Powstańców Wielkopolskich, fot. Mariusz Forecki

W „Pierwszej piątce” wyznanie kibica miesza się z głosem sprawozdawcy sportowego, który komentuje mecz w telewizji czy radiu. Trudno zresztą powiedzieć, czy większość utworu nie jest stylizacją na relację sportową w wykonaniu dziennikarza posługującego się barwnym językiem, czy raczej opowieścią zapalonego kibica, który na pamięć zna nazwiska zawodników i o każdym z osobna oraz o całej drużynie mówi z pełną rewerencją.

Z reguły Barańczak w swojej poezji wyraźnie zaznacza dystans wobec innych stylów mowy, często posługując się przy tym ironią, szczególnie jeżeli owe style pochodzą z kultury masowej. Tym razem jest inaczej i nawet „mruczący zawistnie” (podobny nieco w tym mruczeniu do autora) podmiot wiersza nie buduje dystansu, ale wzmacnia tożsamość obu głosów.

Cała forma wiersza oddaje klimat meczu koszykówki. Wyraźne, mocne, choć wcale nie oczywiste czy katarynkowe rymy (mógłby się uczyć od Barańczaka rymowania niejeden raper…) są naprzemienne i międzystrofowe, a rym z ostatniej strofy odsyła do pierwszej – niczym dalekie podanie piłki (ababa // bcbcb // cdcd // eaeae). Przerzutnie między wersami i między zwrotkami zaskakują, ale nie łamią zupełnie rytmu. Jeśli dodać do tego ekspresyjne frazy i słowa, szczególnie przymiotniki oznaczające emocjonalny stosunek do bohaterów wiersza, trudno mieć wątpliwość, że cały utwór jest wierszowym odbiciem dynamicznych i efektownych akcji koszykarzy – poetyckim hołdem dla ich sportowego mistrzostwa.

Jerzy Kandziora, jeden z najwybitniejszych znawców poetyckiej twórczości Barańczaka, autor książki „Ocalony w gmachu wiersza”, zauważył, że poza weryzmem i detalicznością lirycznej narracji wiersz ten zawiera także inny plan, który łatwo przeoczyć: „Oto w stylu relacjonowania meczu odnajdujemy jakby narrację legendy, eposu”.

Z tej perspektywy wybitni sportowcy, dzięki swym umiejętnościom, wypływowi na naszą wyobraźnię stają niczym bohaterowie antycznych epopei. Byłoby to kolejne potwierdzenie tezy Barthes’a, że kultura masowa jest dziś odpowiednikiem mitologii, jednym z ważniejszych, powszechnych źródeł wiedzy i wyobrażeń o rzeczywistości oraz wzorów życia. Kandziora widzi w podstawowym składzie Boston Celtics wręcz odpowiednik mitycznej pierwszej piątki ludzi, którzy przeciwstawiali się sile natury i dzięki swojej wyjątkowości zaczęli budować cywilizację.

 

Stanisław Barańczak, co u niego bardzo rzadkie, docenia zbiorową emocję i akceptuje poddanie się jej irracjonalnej sile bez – tak charakterystycznej od początku jego pisarstwa – nieufności wobec tego, co masowe.

Jeden warunek musi być jednak spełniony: ta wspólnota winna być oparta na zachwycie nad pięknem i na dążeniu do doskonałości, winna być szlachetną, popisową rywalizacją, ale też może być wolną, niezobowiązującą zabawą. To pozwala niezrównaną, błyskotliwą technikę koszykarzy przełożyć na perfekcyjne poetyckie rzemiosło, a opis meczu zamienić w refleksję nad porządkiem rzeczywistości.

Można jednak także powiedzieć, że w wierszu ukryty jest zasadniczy niepokój. Okazuje się, że „w krainie Sensu i Glansu” (wiersz „Łzy w kinie”z tomu „Chirurgiczna precyzja”), gdzie żyjemy, może odezwać się „oceaniczny ryk”, który wyjdzie z nas albo przyjdzie z zewnątrz, jako niezależna, potężniejsza od nas siła, która podważy ów porządek rzeczywistości. Jacy herosi nas wtedy ocalą?

 

Wiersz „Pierwsza piątka” pochodzi z tomu Stanisława Barańczaka „Widokówka z tego świata i inne rymy z lat 1989–1988”, Paryż 1988.

 

Korzystałem między innymi z poniższych materiałów, które polecam także Czytelniczkom i Czytelnikom:

  • Stanisław Barańczak, „Wiersze zebrane”, Kraków 2006;
  • Stanisław Barańczak, „Odbiorca ubezwłasnowolniony. Teksty o kulturze masowej i popularnej”, wybór, opracowanie i posłowie Adam Poprawa, Wrocław 2017;
  • Marek Hendrykowski, „Strzał z dystansu. O «Pierwszej piątce» Stanisława Barańczaka”, „Przestrzenie Teorii” 2016, nr 26, wersja elektroniczna: https://pressto.amu.edu.pl/index.php/pt/article/view/7105;
  • Jerzy Kandziora, „Ocalony w gmachu wiersza. O poezji Stanisława Barańczaka”, Warszawa 2007;
  • „Poeta i duch wolności. Szkice o twórczości Stanisława Barańczaka”, red. Piotr Śliwiński, Poznań 2014;
  • materiały (m.in. krótka biografia, szkice krytyczne, multimedia) w internetowym kompendium „Strony Poezji”: http://stronypoezji.pl/monografie/stanislaw-baranczak-kalendarium/
  • „Co piłka robi z człowiekiem? Młodość, futbol i literatura. Antologia”, red. Jerzy Borowczyk, Wojciech Hamerski, ilustracje Henryk Sawka, Poznań 2012.

MARCIN JAWORSKI – dr hab., literaturoznawca, nauczyciel akademicki na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza; kurator Festiwalu Fabuły organizowanego przez Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu; sekretarz Poznańskiej Nagrody Literackiej; ostatnio wydał „Świat nieliryczny. Studia i szkice o poezji współczesnej” (2018).

 

CZYTAJ TAKŻE: Twarze literatury: Duszpasterz i pani Zofia

CZYTAJ TAKŻE: Do błysku, do biegu. „Nie oddany uśmiech” Krystyny Miłobędzkiej

CZYTAJ TAKŻE: Świat załamany w pryzmacie. („Ucho Igielne” Wiesława Myśliwskiego)