fot. Arkady Fiedler w towarzystwie Indian ze szczepu Coroabów, źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wierzę w inteligencję Czytelnika

„Biograf (…) powinien nakreślić mapę, po której jego bohater się poruszał na szlaku swojego żywota, a nie tylko dreptać po jego śladach, nie zbaczając ani na krok” – napisał mój Szanowny Krytyk, który był łaskaw pochylić się nad biografią Arkadego Fiedlera mojego skromnego autorstwa. I nie zobaczył w niej nic pozytywnego. Cóż, prawo krytyka. Gdyby jednak uważnie wczytał się w tę książkę (...), musiałby mocno stępić swój osąd.

Gdyby recenzent uważnie przeczytał moją książkę, a zwłaszcza porównał ją z tym wszystkim (nielicznym), co dotychczas na temat sławnego globtrotera – a nie tylko jego podróży – napisano, musiałby dojść do wniosku, że można jej zarzucić wszystko, tylko nie to, że wyłącznie „drepta po śladach” Fiedlera. Gdyby tak było, Andrzej W. Nowak nie przeczytałby prawdopodobnie o tych wszystkich kobietach, o które się upomina.

Choć tekst Nowaka zawiera wiele zarzutów, większość z nich wydaje mi się chybiona. Kilka wprowadziło mnie w zdumienie, a jeden – przepraszam za szczerość – rozśmieszył. Zacznę od tego ostatniego.

W PRL – jak pączek w maśle

„Bojarski całe strony zapisuje, próbując zrobić z Arkadego Fiedlera nieomal ofiarę PRL-u, co jest wyjątkowo karkołomne w przypadku PRL-owskiego celebryty” – pisze Nowak.

 

Pisze nieuczciwie, bo w książce sprawa nie wygląda tak prosto. Powiem więcej: ta biografia przekonuje, że Fiedler żył w PRL-u jak pączek w maśle. Uważny czytelnik biografii bez trudu dostrzeże, że pożycie Fiedlera z PRL-em miało co najmniej trzy fazy: pierwszą, gdy przyjechał do Polski Ludowej na stałe w 1948 roku, ściągnięty przez Jerzego Borejszę, prominentnego prezesa wydawnictwa Czytelnik. Przez bodaj dwa lata był w kraju fetowany, mógł nabyć willę i wydawało się, że będzie już tylko lepiej.

Ale przyszła druga faza: wraz z socrealizmem w kulturze, gdy Fiedler nagle zaczął tracić wydania książek i dostał szlaban na wyjazdy. Wtedy czuł się zagrożony, był inwigilowany i niepewny jutra. Trwało to do 1954– 1956 roku, kiedy za sprawą wyjazdu do ZSRR i postępującej odwilży władza znowu spojrzała na niego łaskawym okiem, wysyłając w końcu w świat – konkretnie na aktualne „odcinki” toczone rewolucjami – do Indochin czy Afryki.

Od tego momentu trwa faza najdłuższa i bardzo owocna: coraz cieplejszy romans Fiedlera w władzą. Pisarz zostaje ponownie celebrytą (niemal jak przed wojną), ma wielotysięczne nakłady, jeździ po świecie – a przy okazji wygłasza pogadanki dla Polonii o tym, jak wspaniałym krajem jest Polska Ludowa. Także dla pisarzy. A kiedy trzeba zająć stanowisko – jak w Marcu 1968 – to zabiera, gromiąc „warchołów” i wspierając dzielnego towarzysza Wiesława. Albo przyłącza się do chóru oskarżycieli w tzw. procesach krakowskich.

 

Każdy wnikliwy czytelnik dostrzeże, że ze szczególną dbałością opisałem relacje Fiedlera z komunistyczną władzą, pełne wzajemnych umizgów i donosów pisarza do instancji partyjnych.

Czy szerokie opisywanie tak niechlubnych kart życiorysu Fiedlera – zresztą po raz pierwszy –  to rzeczywiście próba zrobienia z Fiedlera ofiary PRL-u? Wolne żarty!

Męski świat – to fakt

Nie rozumiem też zarzutu Nowaka, że bohater biografii, który urodził się w świecie jak najbardziej patriarchalnym, żył następnie w „konserwatywnej, męskiej utopii”. A co w tym dziwnego?

 

Piotr Bojarski, fot. Mariusz Forecki

Piotr Bojarski, fot. Mariusz Forecki

W takim właśnie środowisku wzrastał Arkady i takim też się stał. A że był to świat przede wszystkim męski? To chyba nie zarzut, tylko stwierdzenie faktu?

Tak, na początku XX wieku był to świat męski, w którym małego Fiedlera na całe życie „zaprogramował” jego ojciec Antoni. Artek od małego żył w takim męskim świecie, towarzyszył ojcu w polowaniach, fascynował się męskimi przygodami. Naprawdę niewiele było wokół niego miejsca dla kobiet. Każdy uważny czytelnik to zauważy i zrozumie. W swoich dwóch autobiograficznych książkach Fiedler poświęcił zresztą zaskakująco mało miejsca swojej matce. W mojej książce próbuję wyjaśnić, dlaczego. O tym jednak Szanowny Krytyk jakoś nie wspomina. Bo nie pasuje to do koncepcji.

 

Ciężka praca, a nie przywilej

 

„Szkoda tylko, że biograf nie potrafi opowiedzieć nam wprost tej historii przywileju” – pisze Nowak, sugerując wielokrotnie, że Fiedler pochodził z bogatej rodziny – ergo: miał w życiu (karierze) łatwiej niż inni.

 

Przepraszam za złośliwość, ale pachnie mi to Marksem. Napiszę więc bez ogródek, że ten przywilej to mit, zwyczajne mijanie się z prawdą. Fiedler wcale nie urodził się w nadzwyczaj uposażonej, majętnej rodzinie. Nie był też "zamożnym paniczem", jak chce Nowak. Kiedy przyszedł na świat, jego ojciec Antoni był ledwie wiążącym koniec z końcem dziennikarzem. Gnieździli się z żoną Franciszką w jednopokojowym mieszkanku na Murnej (wówczas Mauergasse). Wszystko, co Antoni Fiedler osiągnął później jako właściciel zakładu fotochemigraficznego i wydawca (nie przesadzajmy, był raczej rzemieślnikiem niż burżujem), zdobył własną, ciężką pracą.

 

Podobnie zresztą jego syn Arkady, który przejął skromną firmę po nagłym zgonie ojca. On naprawdę się napracował, zanim zgromadził kwotę, za którą mógł po raz pierwszy wyruszyć za ocean, by zrealizować marzenia. Nic mu z nieba nie spadło.

To, że potem miewał prominentnych protektorów, było już pochodną jego pracowitości, talentu i wydawniczych sukcesów. A pewnie także sporej dozy koniunkturalizmu.

 

Biografia to świat bohatera

 

Rozumiem fascynację Nowaka pamiętnikarstwem Marii Rataj, również jestem pod wrażeniem jej „Grzesznego miasta”. Tyle tylko, że ścieżka życia Fiedlera nie przecięła się ze ścieżkami ludzi z ówczesnych dołów społecznych.

 

„Fiedler. Głód świata” to biografia, a ten gatunek literatury rządzi się konkretnymi prawami. Jak każdy autor biografii trzymałem się tego, co przynależało do tej opowieści – świata jej bohatera. W każdej biografii dobór materiałów i ich wykorzystanie podporządkowane jest przede wszystkim konstrukcji (rekonstrukcji) życia bohatera. Tylko tyle – i aż tyle!

Nie oznacza to wszakże, że tam, gdzie było to niezbędne, nie pokusiłem się o nakreślenie szerszego tła. To dlatego pokazuję w tle m.in. rozwój rodzinnego Poznania Fiedlera, fenomen Puszczykowa, środowisko twórców i artystów skupionych wokół ojca Fiedlera czy specyfikę kabaretów, w których Fiedler szukał pocieszenia po krachu pierwszego małżeństwa. Na marginesie: nie dezawuowałbym lekką ręką tych ostatnich środowisk, skupiały bowiem szereg wybitnych osobistości polskiej kultury i miały spory wpływ na jej rozwój. Przy okazji polecam mojemu Szanownemu Krytykowi wspaniałą pracę Izoldy Kiec „Czy chce pan być powieszony w sympatycznem towarzystwie? Czyli poznańskie kabarety artystyczne dwudziestolecia międzywojennego”. To à propos uwagi o uporczywym dreptaniu śladami Fiedlera.

 

Wszystkie kobiety Fiedlera

 

Zarzuca mi też Nowak, że za mało w biografii Fiedlera kobiet. Że potraktowałem je zdawkowo, czy też „jak rekwizyty”.

 

To dziwne, bo jakimś podejrzanym trafem Czytelnicy po raz pierwszy dowiedzą się właśnie z mojej książki, kim tak naprawdę była legendarna Andra (młoda kochanka Fiedlera sprzed wojny); jak i gdzie Arkady poznał w Londynie swoją drugą żonę i jak wyglądało ich życie w Anglii; poznają też wydobytą z cienia postać Zofii Malik, z którą Fiedler miał po wojnie nieślubnego syna (jemu zresztą również poświęciłem godny fragment). Dowiedzą się w końcu o związanym z tym, dalekim od komfortu życiu drugiej, włoskiej żony pisarza w Puszczykowie – o jej faktycznej separacji z mężem i pobycie w ośrodku leczenia nerwów.

Okładka, fot. z archiwum Autora

Okładka, fot. z archiwum Autora

Tak, to prawda: Fiedler często traktował kobiety instrumentalnie. Zwłaszcza te w egzotycznych krajach. Z biografii „Fiedler. Głód świata” można to wyczytać wielokrotnie.

Wcale jednak nie uważam, że „pikantne anegdoty”, którymi żyli współcześni Fiedlerowi, to niegodna odnotowania rozrywka „podchmielonych mężczyzn”, co podnosi oburzony Nowak. Opowieści tych nie przytaczam w książce po to, by służyły taniej podniecie – jak wmawia mi wprost Szanowny Krytyk. Cytuję je, bo po pierwsze oddają klimat czasów, w których się zrodziły, lepiej niż jakakolwiek naukowa dysertacja; a po drugie – by pokazać, czym tak naprawdę żyli w zgrzebnych czasach PRL-u odbiorcy książek Fiedlera. Co rozbudzało ich wyobraźnię i emocje. Historie te mówią również wiele o samym Fiedlerze. Biograf, który by je odrzucił, popełniłby zawodowe samobójstwo.

 

Reportaż to nie komentarz

 

„Szkoda jednak, że Bojarski (…) nie zauważa, że Malgaszki, Tahitanki, Wietnamki i Chinki żyły nie tylko po to, aby być podnietą dla europejskich podróżników i czytelników ich »przygód«” – upiera się Nowak.

 

Czy na pewno nie zauważam? A może to Pan czegoś nie zauważył? Jako były dziennikarz z ponad 20-letnim stażem podkreślam, że reportaż to nie komentarz.

 

Zadaniem reportera, jego przeznaczeniem jest w pierwszej kolejności wydobyć na światło dzienne możliwie dużo faktów. Bo to z nich – cegiełka po cegiełce – powstaje następnie obraz bohatera.

A wszystko po to, by Czytelnik mógł go samodzielnie ocenić, wyrobić sobie o nim opinię. Z takich właśnie cegiełek, niezbędnych do oceny Arkadego Fiedlera, zbudowałem tę książkę. Napisałem ją dla wrażliwego, myślącego odbiorcy, bo wierzę w inteligencję Czytelnika. Dajmy mu samodzielnie ocenić Fiedlera – z pierwszych sygnałów wnioskuję, że to naprawdę działa.