fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – rozdział 10

W którym pojawia się ktoś ze szpadlem w ręku.

Halszka Nowicka siedziała na trawie i patrzyła na swą lewą stopę. Noga w kostce puchła w oczach. Ledwo dokuśtykała do wielkiego kamienia ustawionego przy dróżce prowadzącej nad staw. Oparła się o niego.

 

Kamień miał wkutą tablicę poświęconą pamięci generała. Tablica była tuż nad jej głową, a dokładnie w linii przed sobą miała wykopany świeżo dołek, z ledwo zagarniętą do środka ziemią. Patrzyła na tę dziurę jak na winowajcę, lekko się krzywiąc z bólu, gdy malarz oglądał jej stopę.

– Skręcona, ale raczej nie złamana – zawyrokował Mariusz Wejman, lekko ją wyginając. – Trzeba ją obłożyć lodem.

– Do wesela się zagoi! – ochoczo zawyrokował ułan Zbyszko Wieczorek.

– To, to na pewno – dodała Marianka z przekonaniem, kiwając głową. – Nawet gdyby trzeba było w gipsie trzymać pół roku…

– A ty po co mnie wołałaś? – przerwała jej Halszka.

– Żeby ci pokazać, jak karmię konia z ręki.

– Aha – westchnęła, patrząc na wszystkich, którzy się nad nią nachylali. W końcu postanowiła wstać, podtrzymując się na rękach.

– Przecież to nie moja wina, że wpadłaś w dołek – naburmuszyła się Marianka, pakując ręce do kieszeni.

– Niech pani nie wstaje – powstrzymał ją malarz.

– Właśnie! Proszę poczekać – zerwał się na równe nogi ułan. – Jak byliśmy na zimowym rajdzie konnym, w pełnym rynsztunku, obrok dla koni na dwa dni, na wyposażeniu tylko po dwieście gram suszonego mięsa, osiem podpłomyków i po trzy surowe ziemniaki, toporek, hubka i krzesiwo…

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

– To…? – zniecierpliwił się malarz, patrząc na Halszkę, która posłusznie opadła na trawę.

– To bombardier Śmierzchalski pośliznął się i złamał nogę. A do najbliższej osady było ze dwadzieścia kilometrów i śniegu po pas. To użyliśmy toporka, obcinając gałęzie, i zrobiliśmy prowizoryczne łubki… Gałęzi tu pod dostatkiem – stwierdził, patrząc na drzewa rosnące w parku. – Tylko wezmę toporek, mam na wyposażeniu…

– Tu nic nie wolno ścinać! – zaprotestowała.

– Lepiej to zadzwonić po pomoc – wtrącił się Michalski, oglądając dziurę, w której ugrzęzła noga Halszki. – Dzięglowa miała kule. Jak jeszcze ma, to podjadę – zaproponował i zanurzył prawie całą rękę w świeżo wykopanej ziemi. Łatwo ją rozgrzebał i z wyrazem zawodu na twarzy stwierdził, że w środku nic nie ma. – A jeszcze lepiej nie kopać dołków – dodał, przenosząc wzrok z dziury na Halszkę.

– Ja go nie wykopałam! – zaprotestowała.

– A czy ja coś mówiłem? – Żachnął się Michalski, idąc w kierunku traktorka. – Powiedzieć też Dzięglowej, niech nalewkę na żywokoście przyniesie. Na opuchlizny to dobre. Do picia za gorzkie – dodał już pod nosem.

– Zróbmy okład z lodu. Na początek – stwierdził Mariusz Wejman zasadniczym tonem. – Obkurczmy naczynia krwionośne, niech nie puchnie bardziej. Pomogę pani pójść.

– Mogę ją zanieść na rękach – zadeklarował się ułan. – Kiedyś z bombardierem Śmierzchalskim…

– Niech się pani na mnie wesprze – przerwał mu malarz, podając swoje ramię. Halszka spojrzała niepewnie.

– A może koniem?! Na oklep się ją przerzuci! – podsunęła Marianka.

Halszka już bez wahania chwyciła rękę malarza. Ostatnia rzecz, na jaką miała ochotę, to być niesioną przez dwudziestoparolatka przez cały park, a jeszcze bardziej wędrować na grzbiecie konia.

Wsparła się na Mariuszu Wejmanie i kuśtykając, ruszyli razem w kierunku pałacu. Marianka ruszyła za nimi wyjątkowo niepocieszona sytuacją.

– Na końskim grzbiecie powinna, w poprzek by się ją przełożyło i już – żaliła się ułanowi.

– Bombardier Śmierzchalski też tak jechał, jak za bardzo się rozgrzał trunkiem – podchwycił ułan. Halszka tylko przewróciła oczami.

Poruszali się na tyle wolno, że przykuli uwagę Koralii Brączkowskiej, która właśnie rozciągała mięśnie, opierając się wyprostowaną ręką o wielkiego kasztanowca. Animatorka spostrzegła ich, zrobiła kilka skłonów i raźno podbiegła w ich kierunku.

– Co się stało? – spytała szczerze zaniepokojona.

– Skręcona kostka – poinformował ją malarz.

– Ale jak? Jak to możliwe?

– Nierówne podłoże, jakiś dołek i wykrzywiłam nogę… – mówiła Halszka, nie przestając kuśtykać. Chciała jak najszybciej usiąść.

– Tutaj na te dołki to trzeba bardzo uważać – stwierdziła Koralia i potruchtała, wyprzedzając ich.

– Jest więcej takich dziur? – krzyknęła za nią Halszka. Animatorka odwróciła się i wzruszyła ramionami.

– Na pewno jedna – potwierdziła. – Ale ją w porę dojrzałam i przeskoczyłam. Refleks jest bardzo ważny w moim zawodzie, a ja nie chwaląc się, mam bardzo szybki refleks – oświadczyła z przekonaniem, truchtając energicznie w miejscu. Po czym ruszyła przed siebie, podskakując. Wraz z nią podskakiwały rude loki.

– Ale gdzie? – próbowała dopytać Halszka.

– A z drugiej strony pałacu – wykrzyknęła, pokazując ręką. – W pobliżu grabowej alei.

– Chodźmy zobaczyć… – zaproponowała Halszka, bo świtało jej w głowie, że właśnie tam wczoraj widziała migające światło.

– Ja pójdę – zaoferował się malarz. – Pani nie da rady dojść.

Niestety musiała mu przyznać rację. Pierwsze krople potu zaczęły spływa jej z nosa. Już dawno tak długo nie podskakiwała na jednej nodze.

 

Przemierzając bez zbędnych słów dystans spod stawu do pałacu, zastanawiała się, czy ktoś rzeczywiście nie wykopał dziury specjalnie, jak sugerował dziadek Michalski. Była w tym miejscu parę razy, nigdy wcześniej jej tam nie widziała. Ale równie dobrze mogła jej tam nie zauważyć, nie macała przecież ziemi rękami, nie kosiła też trawy.

Ale jeśli rzeczywiście ktoś chodził nocą po parku… Nie mogła przestać o tym myśleć.

– Trzeba za wszelką cenę pogadać z dziadkiem Michalskim – zadecydowała.

Na razie postanowiła usiąść na ławce przed pałacem. I posłać kogoś po kule, jeśli rzeczywiście Dzięglowa je ma. Pokazała ręką na ławkę. Malarz kiwnął głową i pomógł jej tam dokuśtykać.

– Rzeczywiście nie ma sensu, żeby pani skakała po schodach. Pójdę do kuchni, na pewno coś tam znajdę.

– Pani Krysia zamroziła truskawki, ale nie wiem, czy nie szkoda – stwierdziła Marianka, patrząc na stopę Halszki. Halszka spojrzała na nią z wyrzutem, nogą bolała ją coraz bardziej.

– No co?! – oburzyła się siostrzenica. – Przecież jadłaś?

– Coś przyniosę – machnął ręką malarz, mijając się w wejściu Marco Rafaelem de Gloria de Brigarda. Kolumbijczyk podszedł do ławki, przy której stali jeszcze ułan i Marianka. Dojrzał też skrzywioną Halszkę, spoglądającą na wyciągniętą przed siebie nogę.

Qué desastre! – wykrzyknął potomek generała. – Co się stało? – zapytał, padając przez Halszką na kolano. – Złamana?

– Nie. Skręcona chyba tylko – odpowiedziała Halszka niepewnym głosem, patrząc, jak bierze jej stopę w obie dłonie i bacznie się jej przygląda. Zaczęła się krępować, z jednego paznokcia złaził lakier, a między dużym palcem a kolejnym sterczało źdźbło trawy. Pięta zabrudziła się ziemią, de Brigard zaś dla odmiany miał wyjątkowo jasne spodnie i wyjątkowo zadbane dłonie.

– Ale jak stało się to? – nie poddawał się Kolumbijczyk i z troską w oczach gładził kostkę.

– W dołek wypadła, ale do wesela się zagoi, prawda – stwierdziła Marianka, patrząc na ułana. – Tym bardziej, że nie ma jeszcze narzeczonego – dodała od siebie.

– A ja myślałem, że się pani potłukła… spadając z nieba – oświadczył, patrząc Halszce w oczy. – Como un ángel.

 

Halszka była pewna, że zrobiła się cała czerwona. Spojrzała na Mariankę, a ta wybałuszyła oczy i była tak zaskoczona, że nie wiedziała, co powiedzieć. Ciotka nie miała zamiaru dać jej więcej czasu do namysłu.

– Marianka, ty wiesz, gdzie mieszka pani Dzięglowa? – Siostrzenica kiwnęła głową. – Czy ma pan może jakiś środek lokomocji? – zapytała, próbując uwolnić swoją stopę z rąk Kolumbijczyka.

– Środek lokomocji? – Nie zrozumiał.

– Ja mam konia – zaoferował się ułan. – Galopem będę w tę i z powrotem.

– Coś na kołach – szybko sprecyzowała Halszka, patrząc na Marco. – Jakieś auto? Samochód? – Nie chciała zostać z nim sama, z tym swoim odrapanym paznokciem, i oczywiście nie chciała też, by Marianka galopowała na wiernej klaczy pod dom pani Dzięglowej.

– Podobno pani kucharka ma kule i trzeba by było po nie pojechać – zaproponowała.

– Mam vehículo! – wykrzyknał ochoczo Marco, patrząc jej prosto w oczy.

– Kule – westchnęła głośno Marianka, kręcąc z niedowierzaniem głową. - Takie do podpierania się.

- Właśnie - potwierdziła szybko Halszka. - Marianka panu pokaże, gdzie mieszka pani Dzięglowa.

– Ale ja wolę konno! – wrzasnęła Marianka za jej plecami.

– Nie ma problemu, maravillosa, mam dwa kaski – sprecyzował Kolumbijczyk. – Tam stoi moja motocicleta. – Pokazał na stary, odrapany terenowy samochód malarza, który zasłaniał znaczną cześć parkingu. – Nie widać. Stoi za tym gratem.

– Motocykl? – zapytała Marianka z wyraźnym zaciekawieniem. Marco przytaknął. – To chyba rzeczywiście będzie szybciej niż konno – stwierdziła, skubiąc kolczyka w nosie.

– To idę po kluczyki – oświadczył Kolumbijczyk, kierując się w stronę pałacu. – Proszę nie odchodzić. Por favor – zwrócił się już do Halszki, która spuściła wzrok.

– O co mu chodziło z tym niebem? – zapytała Marianka.

– Nie wiem – szybko odparła Halszka. – Mam tylko nadzieję, że nie będzie jechał zbyt szybko. Może to niezbyt szybki motor?

– Nie wiem, nie widziałem – ułan podkręcił wąsa, zadzierając przy tym nosa. – Nie interesują mnie konie mechaniczne – dodał z wyższością w głosie.

– Zobaczę! – wykrzyknęła Marianka i rzuciła się w kierunku samochodu malarza. Biegła tak szybko, że o mały włos nie zderzyła się z wjeżdżającym właśnie kabrioletem. Prawie wpadła na maskę. Ale nie było żadnego niebezpieczeństwa. Auto jechało niezwykle wolno.

– Mówiłam, żebyś tak nie szarżował – stwierdziła Izabella, wzruszając ramionami, gdy zajechali w pobliże ławeczki. Roman Kowal zwolnił i zaparkował. Wysiadł z samochodu, by otworzyć drzwi Izabelli. Gdy ona wyszła, przeciągając się, z tylnego siedzenia wyciągnął wiklinowy kosz piknikowy. Postawił go na ziemi, a zaraz potem sięgnął do bagażnika i wyjął całkiem sporą łopatę.

Po chwili pojawił się Michalski na traktorze i patrząc na postawioną na sztorc łopatę, chwycił się za siwą brodę i pokiwał głową z niedowierzaniem.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj