fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – rozdział 15

W którym pojawia się pierwsza ofiara.

Halszka Nowicka zasnęła bez problemu. Była zmęczona i od wrażeń, i od kuśtykania z kulami po pałacowych schodach. Zaciskała zęby, mówiąc, że sobie świetnie daje radę i nie potrzebuje pomocy, choć idąc do pokoju, już na półpiętrze była cała mokra. Noga wyglądała dobrze, opuchlizna trochę zelżała, ale nie miała odwagi nią poruszyć, a już na pewno na nią stąpnąć. W nocy budziła się kilkakrotnie, właściwie za każdym razem, gdy przekręcała się na drugi bok. Przed świtem tak niefortunnie podwinęła stopą kołdrę, że obudziła się na dobre, sycząc z bólu. Potem długo wierciła się w łóżku. W końcu wstała i podeszła do stolika, żeby się napić. Usiadła na krześle, na drugim położyła obolałą kończynę, popijała wodę i bezmyślnie patrzyła się w okno.

 

Jeszcze wczoraj miała plan, że będzie czuwać w nocy i patrzeć, czy coś dzieje się w parku, ale szybko przetłumaczyła sobie, że to bez sensu. I to nie tylko dlatego, że była zmęczona, ale dlatego, że nie była pewna, czy coś w ogóle się dzieje, a jakby się działo, to co niby miałaby zrobić. Jedyne co, to poprosiła pod wieczór Mariankę, by zawołała Michalskiego. Ten przyszedł, wysłuchał prośby, by spróbował mieć oko na park. A potem ochoczo zapewnił, że on już będzie wiedział, co się tam wyprawia. Ma na to plan, którego szczegółów nie chciał zdradzić.

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

Joanna Jodełka, fot. P. Kosicki

Być może i coś robił, czuwał lub zamierzał czuwać, bo w jego pokoju nad stajnią świeciło się światło. Zasnął i zapomniał zgasić, tego była prawie pewna.

Siedziała, patrząc na blady świt, na poranną lekką mgłę snującą się między drzewami, słuchała przekrzykujących się ptaków i już prawie ziewała, przymykając powieki, gdy usłyszała skrzypienie otwieranych drzwi w korytarzu. Kto chodził o tej porze po piętrze? Wstała i dokuśtykała do drzwi od swojego pokoju. Przyłożyła ucho do dziurki od klucza. Ktoś schodził po schodach. Chwilę stała w lekkim odrętwieniu. Kroki cichły, oddalając się coraz bardziej. Przestała czekać. Rzuciła się w kierunku szafy. Narzuciła sweter na piżamę, chwyciła kule i wystawiła głowę na korytarz. Ktoś wychodził na zewnątrz? Klucze od głównych drzwi zostawiła w zamku od wewnątrz, czego domagała się Elżbieta Dębuś-Bajsert. Szczególnie na tym jej zależało, skoro kolejne niedopatrzenie polegało na tym, że wszyscy nie mają własnych kluczy do wejścia głównego, a jedynie do swoich pokoi. Podobno to było wbrew przepisom pożarowym.

„Droga ewakuacji nie powinna być odcięta i każdy w każdej chwili powinien móc wyjść” – argumentowała. Halszka nie znała tych przepisów, ale zostawienie klucza w drzwiach zupełnie jej nie przeszkadzało. Zresztą nie bała się złodziei, a zaskrońców. Jedyne, co mogło ją przerażać, to to, że ktoś zostawi uchylone drzwi i jakiś gad się wśliźnie przez szczelinę i trafi do jej pokoju, nim Michalski przerobi go na żmijówkę.

 

Teraz, o czwartej nad ranem, ktoś korzystał z tego, że przez nikogo niezauważony mógł opuścić pałac. Bardzo chciała wiedzieć, kto to jest. Podejrzewała malarza i chciała to sprawdzić. Zostawiła śpiącą w pokoju Mariankę i postukując kulami najciszej jak się da, ruszyła w dół. Już na półpiętrze zaczęła się zastanawiać. Co jej to da, skoro Mariusz Wejman powie, że szuka inspiracji w porannej rosie albo cokolwiek w tym stylu.

– Ale będę go miała na oku i on to będzie wiedział – tłumaczyła sobie, doczłapując się do samego dołu.   

Gdy była już przy wyjściu, usłyszała, że ktoś na piętrze chodzi po korytarzu. Nie było szans, by pognać z powrotem i sprawdzić, kto to. Już teraz ocierała pot z czoła. Postanowiła, zgodnie z pierwotnym planem, zobaczyć najpierw, co się dzieje na dole, a potem przyczaić się na górze. I tak wiedziała, że już nie zaśnie.

Nacisnęła klamkę. Miała rację, drzwi były otwarte. Ktoś już wcześniej przekręcił klucz, a na dodatek wyjął go z zamku. I był to nie lada kłopot. Posiadała zapasowy komplet, ale to nie znaczy, że ten mógł sobie, ot tak, zginąć. Miała  jednak nadzieję, że zaraz znajdzie go w kieszeni u tego kogoś, kto właśnie wyszedł, bez względu na to, jak będzie tłumaczył spacery o świcie.

Wyszła cicho i stojąc oparta o ścianę, rozglądała się dookoła. Było spokojnie, nie licząc klekotu jakichś przelatujących nad jej głową ptaków. Przez dłuższą chwilę nic ciekawego nie widziała, oprócz tego, że zgasło światło u Michalskiego, który być może przewracając się na drugi bok, zauważył, że się świeci całą noc. 

Już miała się wycofać, gdy zobaczyła kogoś przemykającego pomiędzy drzewami. Przez chwilę nie była pewna, kogo widzi, ale już na pierwszy rzut oka było jasne, że to nie malarz. To była kobieta. Szczupła. Mogła się spodziewać uprawiającej poranny jogging animatorki, ale ta była wyższa i smuklejsza. Wyglądająca jak ołówek. Nie widziała jej twarzy, ale miała już pewność, że to Elżbieta Dębuś-Bajsert. Ruszyła w jej kierunku. Była bardzo ciekawa, co ona robi tej porze w parku, albo chociaż jak się z tego czegoś wytłumaczy. Sama miała już gotową odpowiedź, że się wystraszyła potencjalnym intruzem na terenie obiektu i przyszła to sprawdzić. Dzielił je spory dystans. Dosyć powolnie go pokonywała, bo kule trochę grzęzły w ziemi. Musiała też przystawać, ponieważ kobieta z fundacji poruszała się prawie zygzakiem. Zupełnie tego nie rozumiała. Zdawało się jej to coraz bardziej dziwne. Tak czy inaczej kuśtykała za nią zaaferowana. Zbliżały się ku grabowej alei, do najgęściej zarośniętej części parku. Elżbieta Dębuś-Bajsert najwyraźniej się skradała. Halszka zaczęła mimowolnie ją naśladować. Chowała się za drzewami, pochylała, miała wrażenie, że poruszają się razem ruchem konika szachowego. W końcu pani z fundacji przykucnęła i Halszka zrobiła to samo, wyciągając przed siebie kulę. I wtedy nagle rozległ się metaliczny trzask. Coś wytrąciło Halszce z ręki kulę, puściła ją i zaskoczona upadła na ziemię, przewracając się na plecy. Coś zaszurało w krzakach. Zaczęła wrzeszczeć, usiłując podnieść się z ziemi. Piszcząc, rozglądała się wokół siebie i wypatrywała zaskrońca. Próbowała podeprzeć się rękami i dosięgnąć jedną z kul. W końcu dobiegła do niej Elżbieta Dębuś-Bajsert, a chwilę po niej Michalski.

– Co się pani stało?! Ktoś panią zaatakował? – dopytywała kobieta z fundacji. Halszka tylko przecząco machała głową. Nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa, ale powoli uspokajała się. Jeśli był tu wąż, to było już prawie pewne, że go spłoszyła. Krzyczała tak głośno, że nawet klacz zarżała w stajni.

 

Michalski stał nad nią i z dosyć dziwną miną drapał się po głowie. Spojrzał na kulę leżącą metr dalej w krzakach i wykonał ruch, jakby chciał ją zasłonić plecami. Elżbieta Dębuś-Bajsert, która musiała dojrzeć coś w zaroślach, a i pewnie w oczach Michalskiego, uprzedziła go. Kocim ruchem chwyciła końcówkę kuli, która trochę się haczyła o gałęzie. Chwilę się z nią szamotała, ale w końcu ją wyszarpnęła i pokazała reszcie, tryumfalnie podnosząc ją do góry. Do kuli było przytroczone jakieś żelastwo.

– Co to? – zdziwiła się Halszka, patrząc na zardzewiałą zębatą klamrę.

– Pan też nie wie? – Dębuś-Bajsert wrzasnęła w kierunku dziadka Michalskiego. – Proszę mi tu nie udawać! Tu już nie chodzi o przepisy bhp! – krzyczała, wymachując kulą przed nosem Halszki – tu już mamy do czynienia z kodeksem karnym! Tu dzieje się coś dziwnego – dodała, przecierając powieki.  

Halszka patrzyła oniemiałym wzrokiem na uczepiony do kuli potrzask.

– Co to jest? – próbowała zapytać Michalskiego, który aktualnie patrzył w niebo.

– To jest karalne! – przedstawicielka fundacji krzyczała dalej, trzęsąc głową. Mrużyła przy tym powieki tak mocno, że prawie nie było widać jej oczu. – Policja zajmie się wami wszystkimi. Ja jadę do Poznania. Nie zostanę tu ani chwili dłużej – stwierdziła i zaczęła nerwowo mrugać oczami.

Była wyjątkowo wzburzona. Halszka w sumie się jej nie dziwiła. Ona też nie mogła się doczekać, aż zostanie sama z Michalskim.

– Czy mogę prosić o moją kulę?

Elżbieta Debuś-Bajsert wyciągnęła rękę, by ją oddać Halszce, ale po chwili lekko cofnęła rękę.

– To jest dowód! – oświadczyła, machając potrzaskiem tuż przez nosem ciągle siedzącej na ziemi Halszki.

– Ale ja bez tego dowodu nie dojdę do pałacu – jęknęła.

– Ma pani drugą – powiedziała kobieta z fundacji, mrużąc oczy.

– Nie. Nie mam! – Faktycznie Halszka dopiero teraz zauważyła, że zniknęła również druga jej podpora.

Elżbieta Dębuś-Bajsert zaczęła się przyglądać kawałku żelaza uczepionemu do kuli, mrugając oczami jak ktoś, kto zapomniał okularów, a próbuje coś przeczytać. Poobracała kulę w rękach, chwilę się zastanowiła i rzuciła ją na ziemię.

– Rzeczywiście – oświadczyła, pocierając palcami skronie. Michalski w tym czasie chwycił kulę i chybko ściągnął potrzask. – Rzeczywiście, wilcze doły i czarcie zapadki – powtórzyła. – Mam już tyle argumentów, żeby przerwać ten grożący śmiercią eksperyment, że te kule mi nie są już potrzebne.

Halszka powoli podnosiła się z ziemi, otrzepując sweter i piżamę, a kobieta z fundacji perorowała dalej:

– Niech sobie państwo nie myślą, że tak to zostawię. Ja znam wszystkich. Ja bywam wszędzie! Ja znam marszałków, ja jeżdżę na aukcje… – oświadczyła, machając palcem przed nosem Michalskiego. – Ja się domyślam, co tu się dzieje! Do widzenia – powiedziała, mocno zaciskając powieki. – Nie ma czasu do stracenia, bo za chwilę coś albo ktoś zginie. – Odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.

– Co ona plecie. Uff…. Nareszcie sobie poszedł ten wstrętny babsztyl – dziadek Michalski odetchnął z ulgą. – Pojedzie sobie stąd, i dobrze – pokiwał głową i wyciągając buteleczkę z kieszeni, wziął solidnego łyka. – Święty spokój będzie.

– Nie byłabym tego taka pewna – westchnęła Halszka. – I co to jest? – zapytała zrezygnowanym tonem, pokazując na sidła. Nawet nie miała siły krzyczeć.

– A, to? – zapytał dziadek. Przytaknęła. – Stare takie. Sam się zdziwiłem, że działa.

– Ale to może zrobić krzywdę.

– Jaką tam krzywdę. Siniaki najwyżej. Całą noc nie śpię i pilnuję. Ale jakbym przysnął, to przecież usłyszę, że kto łazi po nocy…

– Mogłam w to wpaść.

– To po co łazi?

– Niech pan to zabierze. – Nie miała siły na dyskusję z Michalskim, który oglądał potrzask, jakby sprawdzał, czy mu kto go nie popsuł. – Później porozmawiamy – dodała zrezygnowana.

Gdy dochodzili do pałacu, Elżbieta Dębuś-Bajsert właśnie odpalała silnik swojego samochodu i ruszała z impetem. Halszka miała wrażenie, że prowadziła auto tak samo jak szła wcześniej, trochę zygzakiem. Uśmiechnęła się nawet krzywo z tego powodu. Chciała, żeby kobieta z fundacji dotarła do Poznania jak najpóźniej, a najlepiej wcale.

 

 

Po paru godzinach w pałacu pojawiło się dwóch policjantów z prośbą, by zidentyfikowała zwłoki.

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj