fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – rozdział 16

W którym pojawiają się komisarz i bombardier.

Halszka Nowicka dotarła do swojego pokoju śmiertelnie zmęczona. Jeszcze nie było piątej. Opadła na łóżko jak kłoda. Zasnęła prawie natychmiast, ale też prawie natychmiast się obudziła, bo śniło się jej, że zaplątuje się we wnyki i obłażą ją pełzające dookoła zaskrońce. Nie zmrużyła już oka. W głowie analizowała to, co się stało i jakie mogą być tego konsekwencje.

 

Kłusownictwo jest nielegalne, to oczywiste, ale co zrobić z łapkami rozstawionymi w parku? Dziadek Michalski utrzymywał, że nic złego nie zrobił i on się władzy nie boi. Na pytanie Halszki, co z tymi potrzaskiem, wnykami, czy jak to zwać, roześmiał się.

– Nie myślałem, że pani taka niemyśląca! To żadne wnyki, to łapka na krety! A krety w ogródku mogę łapać!

– Ale tu nie ma kretów – próbowała protestować.

– Bo kretów nie łapię, tylko ludzi – stwierdził Michalski, wzruszając ramionami.

– Jak ludzi?

– Tych, co chodzą i kopią jak krety – wyjaśnił z zadowoleniem, sięgając ręką do kieszeni. – Nie będę przecież pilnował całą noc. Porozstawiałem wszędzie i pomyślałem, że ktoś się złapie. I to znowu pani – stwierdził i podrapał się po głowie. – Tu się zdziwiłem.

– Jak wszędzie?! – Halszka przeraziła się już nie na żarty.

– No bo na krety miałem tylko trzy. Dwie na kuny, ale to musiałem obudowę zdjąć – wyliczał na palcach – i nie wiem, jak zadziała. Na myszy z dziesięć. Pomyślałem, że jak kto wdepnie, to zakrzyczy…

Halszka kazała mu natychmiast wszystkie zabrać z powrotem. Co do jednej. Była pewna, że Elżbieta Dębuś-Bajsert poinformuje każdego, kto tylko przyjdzie jej do głowy, i na pewno nie powie, że porozstawiano łapki na gryzonie.

Długo też nie musiała czekać, bo po śniadaniu Marianka przybiegła podekscytowana, oznajmiając, że przyjechała policja i chce z nią rozmawiać. Stoją przed pałacem. Natychmiast poderwała się i ruszyła w kierunku wyjścia, nie życząc sobie niczyjej pomocy. Wolała się z nimi spotkać sama, przede wszystkim dlatego, by tymczasowi mieszkańcy nie słyszeli, o czym rozmawia. Pułapki w parku to na pewno byłby fascynujący temat dla wszystkich.

 

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kasicki

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

Drepcząc, z niedowierzaniem kręciła głową. Zdawała sobie sprawę, że Elżbieta Dębuś-Bajsert musi być skuteczna. Wyglądała na taką osobę, która nie odpuszcza i doprowadza wszystko, co zaczęła, do końca, a gróźb nie rzuca na wiatr, ale je realizuje… Jednak nie myślała, że stanie się to tak szybko. Jęknęła po cichu, idąc na spotkanie z policjantami.

– Komisarz Bobko i młodszy aspirant Śmierzchalski – oznajmił jeden z policjantów, wychodząc jej naprzeciw.

– Halszka Nowicka – odpowiedziała, przyglądając się stojącej przed nią parze. Stanowili niezwykły duet. Komisarz Bobko był niskim, korpulentnym mężczyzną w średnim wieku, z brzuszkiem, który wyglądał tak, jakby ukradł ze sklepu piłkę do kosza i próbował ją ukryć pod ledwo dopinającym się mundurem.

 

Zadzierał przy tym wysoko brodę, a właściwie całą głowę, ponieważ broda ledwo co wystawała z pucułowatej twarzy. Stał o dwa kroki przed swoim kolegą, który zachowywał się tak, jakby próbował się za nim schować. Było to kuriozalne, bo niewykonalne. Młodszy aspirant był może i młodszy, ale za to dwa razy większy. I to wzdłuż i wszerz. Był wysoki i szeroki w barach. Bardziej pasował na wykidajłę w portowych barach niż na policjanta z małej miejscowości.

– Śmierzchalski? Bombardier Śmierzchalski? – zapytała, bo nie była pewna, czy dobrze usłyszała nazwisko. Policjant spuścił głowę. Wtedy w oknie nad stajnią zobaczyła wystającą siwą czuprynę dziadka Michalskiego. – Zdaje się, że przebywający tu ułan mówił o panu…

– Bombardier to po pracy – odpowiedział za niego prężący klatę komisarz Bobko. – A teraz to my jesteśmy tu służbowo.

– Ach tak, rozumiem –starała się mieć jak najbardziej uprzejmy ton. – To może przejdźmy tam – pokazała znajdującą się nieopodal ławkę, która stała tak, że dziadek Michalski nie mógł już wyglądać z zaciekawieniem.

– Tam? – zdziwił się komisarz.

– Tak. Chętnie rozprostowałabym nogę. – Wskazała zabandażowaną kostkę. – Czy to jakiś problem?

– Oczywiście, że nie – odparł szybko komisarz Bobko i dał się zaprowadzić, podążając za kuśtykającą Halszką.

 

Po chwili oboje usiedli na ławce. Komisarz rozsiadł się wygodnie, jednoznacznie dając do zrozumienia, że nie ma tu miejsca dla młodszego aspirata. Bombardier Śmierzchalski stanął z pobliżu i z kamienną miną rzucał na nich cień niczym sporych rozmiarów parasol. Halszka Nowicka spojrzała na niego i nie mogła przestać patrzeć, zastanawiając się, jak komukolwiek udało się przerzucić go przez grzbiet konia. Próbowała to sobie wyobrazić, ale szybko przerwał jej rozmyślania komisarz Bobko, głośno chrząkając.

– Może zacznę tak, bez wstępnych ceregieli. To poważna i wyjątkowo nieprzyjemna sprawa…

– Może powiedzmy incydent – próbowała nadać rozmowie lżejszy bieg.

– Dla kogo incydent, dla tego incydent – oświadczył zasadniczym tonem komisarz Bobko. – Dla niektórych to śmierć, może nawet tragiczna. – Nie podejrzewałaby policjanta o taką wrażliwość na los zwierząt, ale z tym nigdy nie wiadomo.

– To się już więcej nie powtórzy… – usiłowała się bronić.

– A dlaczego miałoby się powtórzyć? – przerwał jej komisarz Bobko. – Ma pani jakieś podejrzenia co do osób trzecich?

– Nie! Oczywiście, że nie – zaczęła rozpaczliwie się tłumaczyć. – To tylko jedna osoba…

– Jaka osoba?

– Właściwie wypadek. To na skutek tego – pokazała na nogę – taka niewinna zemsta…

– Zemsta? – zapytał komisarz Bobko, patrząc jej głęboko w oczy i przybliżając twarz w jej kierunku. Halszka odruchowo zaczęła odchylać się do tyłu.

– Za dołki. To po to, żeby nikomu innemu nic już się nie stało – brnęła dalej, opierając się o krawędź ławki. – To tylko niegroźna pułapka. Oczywiście dla niektórych groźna – wyjaśniała policjantowi, nie wiedząc, gdzie ma podziać oczy. Komisarz napierał i wpatrywał się w nią uparcie, coraz bardziej mrużąc oczy. – Ja o niczym nie wiedziałam – jęknęła na koniec prawie płaczliwym już głosem.

– A nie mówiłem! – komisarz Bobko nagle poderwał się z ławki i zaczął triumfalnie wymachiwać palcem w górze, a było to dokładnie gdzieś pod szyją bombardiera Śmierzchalskiego. – A nie mówiłem! – powtórzył. – To mi nie wygląda na zwykły wypadek! To jest znacznie bardziej podejrzane! Może nawet mamy tu morderstwo! – wykrzykiwał. Halszka przyglądała mu się przez chwilę, a potem zobaczyła wystającą zza rogu pałacu siwą głowę dziadka Michalskiego. – A nie mówiłem! – powtórzył Bobko jeszcze raz, a wpatrzony w niego aspirant bombardier tylko przytaknął.

– Jakie morderstwo? – zapytała Halszka, odzyskując głos. Siedziała na ławce już sama i nikt jej nie naciskał. Miała wrażenie, że komisarz reaguje zbyt mocno. Postanowiła odzyskać kontrolę w tej rozmowie i zakończyć ją, zanim wtrąci się Michalski. – Bez przesady… westchnęła przesadnie głośno i lekceważąco machnęła ręką kilka razy, próbując dać znak dziadkowi, by się schował. Zrozumiał. – Niektóre szkodniki trzeba usuwać – wymyślała na poczekaniu – szczególnie jak nikt ich nie lubi i przeszkadzają…

– Nie lubiła pani denatki? – zapytał komisarz Bobko, kierując palec tym razem w nos Halszki.

– Jakiej denatki!? – wykrzyknęła Halszka, zastanawiając się, o czym bredzi ten policjant. Z wrażenia próbowała wstać, podpierając się kulę. Komisarz wyjął notes i przekartkował go.

– Niejakiej Elżbiety Dębuś-Bajser – odczytał, patrząc na nią z góry. Halszka opadła z powrotem na ławkę. – Według sekretarki z fundacji, jechała właśnie z pałacu do Poznania. Podobno miała wiele do przekazania. Bardzo się spieszyła, co by wiele wyjaśniało. Choć nie wszystko – dodał, przyglądając się jej uważnie.

– Ale co się stało?

– Myślałem, że pani już wie – zdziwił się. – To się wydarzyło parę kilometrów stąd.

– Ale co się wydarzyło? – zapytała przerażona.

– Samochód pani Elżbiety Dębuś… – zajrzał do notesu – Bajsert – przeczytał – zjechał z drogi i wjechał w drzewo.

– Wypadek?!

– Niby tak, ale według świadków auto jechało zygzakiem, i to w wyjątkowo podejrzany sposób. Sekcja wykaże, czy denatka była pod wpływem alkoholu. Wie coś pani o tym? – Halszka nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Zaprzeczyła tylko, kręcąc głową. – Kto ją tu widział ostatni raz?

– Chyba ja? – Złapała się za głowę.

– I ja – odezwał się dziadek Michalski zza rogu, wystarczająco głośno, by policjanci obejrzeli się za siebie. Podchodził do ławeczki, chowając do kieszeni małą buteleczkę. Jeszcze oblizywał usta. Halszka jęknęła. Tylko jego tu brakowało.

– Już stąd jechała, jakby była pijana – stwierdził, kiwając głową z powagą.

– I pan jej nie zatrzymał? – zapytał komisarz Bobko.

– A co ja miałem babę zatrzymywać. – Wzruszył ramionami. – Jeszcze by mnie rozjechała, narwana jakaś była. Panie, jak baba się uprze, to nic jej nie zatrzyma…

– Ja z panią Elżbietą Dębuś-Bajsert jeszcze nad ranem rozmawiałam i nie była pijana… – wtrąciła się Halszka, mrugając do Michalskiego, by już nic więcej nie mówił.

– A właśnie, tak dziwnie mrugała, jak pani teraz. Albo jednym okiem, albo drugim. Jakby jej co tam wlazło. Zezowała i bzdury takie wygadywała, że szkoda gadać – stwierdził, mierzwiąc siwą czuprynę.

– Może była zaspana – syknęła Halszka w kierunku Michalskiego.

– Jakby chciało się jej spać, to nie łaziłaby nad ranem po parku. Jak jakiś szpieg. Skoro świt – dodał.

– Może lubiła poranne spacery jak pani Koralia. – Halszka pokazała na Koralię Brączkowską, która akurat pojawiła się w sąsiedniej alei. Animatorka przez chwilę biegła w miejscu, podciągając kolana pod brodę. Raz jedno, raz drugie. Dojrzała ich i radośnie pomachała ręką, szeroko się uśmiechając. Komisarz Bobko otworzył usta z wrażenia, a aspirat cały obrócił się w jej kierunku. Animatorka wróciła do gimnastyki i zaczęła robić głębokie skłony.

– E… tam – machnął ręką dziadek Michalski. – Niemożliwe. Przecież ona nie miała takich warunków do biegania.

– Bez znaczenia. – Halszka próbowała wrócić do rozmowy, zanim animatorce przyjdzie do głowy podbiec do nich. – Nie była pijana, jak stąd odjeżdżała – stwierdziła, choć nie mogła zaprzeczyć, że kobieta z fundacji dziwnie zaciskała powieki i trochę niezbornie ruszała, prowadząc samochód. Ale nie chciała teraz o tym mówić. Chciała przede wszystkim się uspokoić.

– To, czy była, to się sprawdzi. Sekcja zwłok wykaże. A teraz chcielibyśmy zobaczyć jej pokój – zażądał komisarz Bobko. – Można? Czy już pani zdążyła wysprzątać? – zapytał, patrząc podejrzanie na Halszkę. – I zatrzeć ślady…

 

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj