fot. Olga Urban

Winna Góra – rozdział 25

W którym bezpardonowo podsłuchuje się cudze rozmowy.

Jakim planem? Halszka Nowicka wykręciła głowę tak, aby mieć ucho skierowane ku górze. Wyraźnie usłyszała słowa Marco de Brigarda, które mówił do Napoleona Ochockiego, „że wszystko zgodnie z planem”. Więcej nie słyszała i bała się, że nie usłyszy. Coraz bardziej nasilał się warkot traktorka do koszenia trawy.

 Michalski – pomyślała i prawie zazgrzytała zębami. – Musi akurat teraz?! – Wściekła się na niego, ale i uspokoiła, widząc, jak mężczyźni zamilkli, patrząc w kierunku nadciągającego dźwięku.

 – Ten cavaller chyba się nami interesuje – stwierdził podejrzliwie de Brigard.

 – E, to tylko ciekawski dziadek. Jak ja – wzruszył ramionami historyk. – Poczekajmy, aż przejedzie.

 Kochany Michalski – pomyślała Halszka.

 

Ta chwila dawała jej potrzebny czas, aby dobrze usadowić się przy oknie. Do tej pory stała na podłodze w przyziemiu pałacu. Widziała tylko nogawki spodni stojących za oknem mężczyzn i ledwo ich słyszała. A teraz miała czas, by przyciągnąć krzesło, które stało na korytarzu. Kosiarka na szczęście zagłuszyła szuranie. Zdążyła. Weszła na krzesło. Ucieszyła się. Teraz była znacznie wyżej i mogła bardziej uchylić okno. Przylgnęła do ościeży, przysłoniła się firanką i czekała. Niedługo.

 – Mnie ten malarz wydaje się podejrzany – pierwszy zaczął historyk.

 – No problema. On się zajął tą od wina. – De Brigard machnął ręką w kierunku parku. Halszka z zaciekawieniem wspięła się na palce i rzeczywiście zobaczyła Mariusza Wejmana ze szkicownikiem w ręku i idącą obok niego Izabellę Kowal.

 – Cóż – westchnął historyk. – Jak mawiał Napoleon: „Miłość to głupota robiona we dwoje”.

– Ja bym porobił głupoty, ale z tą drugą – skomentował Marco, śmiejąc się pod nosem.

 – Z którą? – zainteresował się Napoleon. Zainteresowała się też Halszka. – Panną Koralią?

Joanna Jodełka, fot. P. Kosicki

Joanna Jodełka, fot. P. Kosicki

 – Nie – oświadczył de Brigard, przegarniając włosy. – Wolę te skromnisie, jak mówiła babcia. Takie staroświeckie lubię. Bardziej niedostępne. Mujer no disponible – dodał, strzelając palcami w powietrzu. A Halszka prawie się zakrztusiła. Nie chciała o tym myśleć. Pocieszyła się tylko tym, że Marianka tego nie słyszy.

 – Tak. O gustach lepiej nie dyskutować – stwierdził Napoleon Ochocki, patrząc wyraźnie w kierunku parku. – Ale nie wydaje się panu dziwne, że ten malarz za nami chodzi? Najpierw był koło kamienia, potem przy alei grabowej. A teraz szuka pleneru dokładnie przy naszym wiązie. A przecież my to drzewo bierzemy teraz pod uwagę. – Halszka nadstawiła ucha.

 – Nie – skrzywił się de Brigard. – My patrzymy na stare drzewa, a on na ładne. Malownicze.

 – Rzeczywiście, ten wiąz okazale wygląda – pokiwał głową Napoleon.

 – I ma pełno lat.

 – Tak – zgodził się historyk. – Rośnie już ze trzy wieki. Zasadził go pewnie jeszcze jakiś biskup, bo to były dobra biskupie. Już od średniowiecza, dokładnie w…

 – Miałem biskupa w rodzinie – de Brigard szybko mu przerwał – i w życiu nie widziałem, żeby coś posadził – skwitował.

– Tak, ale prawdą historyczną i przyrodniczą jest to, że ten wiąz musiał mieć już z pięćdziesiąt lat, gdy przybył tu Dąbrowski. Już wtedy był dużym drzewem.

– I o to na chodzi! – Klasnął w ręce de Brigard. – To ono mogło być opisane w tym starym liście – stwierdził, a Halszka wytężyła słuch. Marianka też mówiła o jakimś liście. Obie nie mogły źle usłyszeć. Zastygła. – Będziemy dziś szukać właśnie tam – dodał Marco.

– Oby tylko nas ten malarz nie uprzedził. Kręci się tam i kręci teraz – denerwował się historyk.

– Bez paniki. – Machnął ręką de Brigard. – W nocy nie będzie malował.

– Mam nadzieję.

– A pani co tu robi? – usłyszała Halszka za plecami. Prawie podskoczyła na krześle. Potem ledwo utrzymała równowagę. W końcu obejrzała się i zobaczyła zdumioną minę ułana Zbyszka Wieczorka. Rzeczywiście musiała wyglądać dziwnie. Nie mogła powiedzieć, że myła szyby, bo nie miała w ręku ani kawałka szmaty. Nie potrafiła niczego wymyślić. Miała pustkę w głowie. Poczuła się jak dziecko przyłapane na gorącym uczynku.

– Chciała je pani zamknąć? – Z pomocą przyszedł jej sam ułan. Rzeczywiście klamka była dość wysoko. Pospiesznie kiwnęła głową. – Nie powinna pani z tą nogą tak się forsować. Pomogę pani – stwierdził i ruszył ochoczo w jej kierunku. Wiedziała, że gdy tylko podejdzie do okna, zobaczy dwie pary butów i zorientuje się, że podsłuchiwała.

– Nie! – wykrzyknęła. – Właśnie chciałam je otworzyć. A właśnie… nie chcę przeciążać nogi, a zobaczyłam buty pana Napoleona… Otworzyłam… – zaczęła się tłumaczyć… – I pomyślałam… pomyślałam… – powtórzyła, nie wiedząc, co chce powiedzieć. Spojrzała na historyka z Kolumbijczykiem. Co gorsza, do nich też dotarły odgłosy rozmowy dobiegające gdzieś z poziomu ziemi. Obaj nachylili się, z ciekawością zaglądając w okno. – Że… że książkę pożyczę! – prawie wykrzyknęła, widząc tomiszcze w ręku staruszka. – Panie Napoleonie, panie Napoleonie! – krzyknęła teraz w kierunku okna. – Wszędzie pana szukam… I zobaczyłam. Otworzyłam okno i chciałam zawołać. Tak, zawołać chciałam, bo noga… – Marco de Brigard nachylił się w jej kierunku.

– Czy ja mam przyjść ani z pomocą? – Zgiął się wpół i miał już nos prawie przy ziemi. – Widzę, że pani uwięziona? Jak księżniczka Verdezuela. Przepięknie. – Zaśmiał się. – Już widzę, jak rozpuszcza pani włosy… – Westchnął przeciągle.

– Co?! – zapytała z niedowierzaniem Halszka, odruchowo sprawdzając, czy ma mocno zapleciony warkocz na głowie.

– I ja panią stamtąd wyciągam. Ratuję znaczy – dodał, puszczając oko.

– Nie! – zaprotestowała podniesionym głosem. – Sama przyjdę.

– Jeszcze lepiej – skomentował to de Brigard.

– Do pana Napoleona przyjdę. Po książkę. Dla Marianki. Chciała poczytać – tłumaczyła się zawzięcie. – Już idę. Dokładnie tak. Już idę.

– Jaką? – zainteresował się historyk.

– Tą o generale.

– To ja pani ją przyniosę – zadeklarował się Kolumbijczyk, próbując wyciągnąć staruszkowi gruby tom z ręki. Ten jednak trzymał książkę mocno i robił dziwne miny do de Brigarda.

– To ja już wolę sama podejść – zadecydowała, schodząc z krzesła.

– Pomóc pani? – zapytał ułan, z ciekawością się jej przyglądając.

Halszka nie chciała od nikogo pomocy. Pragnęła jak najszybciej zabrać tę książkę i znaleźć się w swoim pokoju. I oczywiście nie przyznać się Mariance, w jakich okolicznościach ją pożyczyła. Sama przecież obsztorcowała ją za podsłuchiwanie. Po paru minutach była już na zewnątrz. Zbliżając się, zobaczyła, jak Napoleon Ochocki przetrząsa książkę prawie strona po stronie i daje Kolumbijczykowi wszystkie wylatujące z niej karteczki i fiszki. Ten skrupulatnie je zbierał i chował do kieszeni. Pokręciła głową i pomyślała, że jeśli Marianka liczyła, że znajdzie w tomie jakieś zapiski, to się grubo myliła.

 

Miała zamiar wziąć książkę i szybko uciec do siebie, ale po chwili zrozumiała, że się to nie uda. Dziadek Michalski dojrzał ją i wcisnął chyba gaz do oporu, bo traktorek prawie podskoczył w miejscu, skręcając w jej kierunku. Machał już z daleka. Bała się, że się zaraz wywróci albo ją staranuje.

 – Dziękuję. Oddam. Siostrzenica na pewno szybko przeczyta – tłumaczyła się, wyciągając z rąk historyka tomiszcze z generałem na okładce. Nie oddawał jej wcale chętnie.

 – Do kiedy? – zapytał lekko przerażony, wypuszczając je z rąk.

 – Do rana – odparła szybko Halszka.

De Brigard chciał coś jeszcze powiedzieć od siebie, ale zostawiła go z na wpół otwartymi ustami. – Przepraszam. Obowiązki – wyjaśniła, pokazując na nadjeżdżającą kosiarkę i machającego do niej Michalskiego.

 – Ale myślałem, że… – próbował Kolumbijczyk, robiąc z ust dziubek.

– Później – odparowała i uciekła za budynek. Tak żeby Michalski mógł podjechać i zatrzymać się z dala od nich.

– Miałem rację – zakomunikował dziadek, jak tylko zgasł silnik.

– Ciszej – odparła Halszka, rozglądając się na boki. Na szczęście historyk z Kolumbijczykiem poszli w drugą stronę. Ułan został w pałacu. A Wejman z Kowalową siedzieli pod wiązem w głębi parku. Dziadek wzruszył ramionami, rzeczywiście nikogo obok nich nie było. – Co się stało? – zapytała.

– Jak mówiłem, malarz z niego jak z koziej dupy trąba. Malować to nie potrafi. – Pokazał na Mariusza Wejmana, który właśnie w tym momencie spojrzał na nich z daleka. Halszka odwróciła głowę.

– Naprawdę? – jęknęła Halszka.

– Podjechałem tam – stwierdził Michalski, odkorkowując małą buteleczkę. Pociągnął łyka, oblizał usta i delektował się smakiem.

– I co? – zapytała, nie mogąc się doczekać.

– A! Chce pani – stwierdził, chcąc ją poczęstować konsumowanym trunkiem.

– Nie! Co było, jak pan pojechał?

– Pokręciłem się w kółko. Trochę w tę, trochę we w tę… – opowiadał, popijając.

– I co?

– I nakrzyczał na mnie, żebym tam im nie hałasował, ale co ja im tam hałasowałem. Zresztą słuchać nie musiał, skoro miał malować, a nie grać w orkiestrze.

– Aha – westchnęła Halszka znudzona.

– A ja tam mu przez ramię zajrzałem odpowiednio. Dwa pełne okrążenia zrobiłem – pochwalił się. – I wiem, co wiem! Malarz z niego cienki jak troki od kalesonów. Co on za bohomaz odmalował? Głowa boli od patrzenia. Dziecko w piaskownicy lepiej potrafi. Udaje tylko. Wiem, co mówię. A z tą babą… – Kiwnął ręką z buteleczką w kierunku Izabelli Kowal, tak zamaszyście, że się parę kropel ulało. – Ta nie najgorsza jeszcze. Wypić zdrowo a z umiarem umie. – Pokiwał z uznaniem. – Ale co on od niej chce? Nie wygląda mi na takiego, co go do starych bab ciągnie. Z miłości… – dodał.

 

Halszka przewróciła oczami. Dowiedziała się w sumie tylko tyle, że Michalski nie lubi sztuki nowoczesnej, czego się domyślała, i nie ufa potencjalnym gerontofiliom, o czym nie chciała myśleć.

– Dobrze. Dziękuję – rzuciła na odczepnego. – I niech pan skończy już kosić tę trawę. Niech pan idzie spać. To naprawdę hałasuje i nie jest potrzebne.

– Nie byłby tego taki pewien – prychnął Michalski. – A ten co? – zmienił temat, pokazując ułana wyprowadzającego klacz ze stajni. – Znowu po nocy chce konia targać?

Halszka wzruszyła ramionami. Popatrzyła jeszcze na malarza i żonę winiarza, a przede wszystkim na wiąz, który rozkładał gałęzie nad ich głowami. Wróciła do pokoju. Podała Mariance pożyczoną książkę. Smarkula czym prędzej ją przekartkowała.

 – Nie podkreśla – stwierdziła z zawodem w głosie.

 – To stara dobra szkoła, by nie bazgrać po książkach – Uświadomiła siostrzenicy. Marianka prychnęła tylko i się nie poddawała.

 

Halszka przyglądała się, jak trzęsie tomem na wszystkie strony, licząc na to, że coś z niego wypadnie. Nie zamierzała tego komentować. Ani mówić, że historyk już ją dokładnie przejrzał. Patrząc na nastolatkę, zaczęła się zastanawiać, czy aby jej samej nie udziela się powszechna podejrzliwość. Marianka obracała książką dalej. Nie przeczytała ani słowa, choć zapewniała, że to ją interesuje, za to zaczęła otwierać tomiszcze na różne sposoby i patrzeć na nie pod wieloma kątami. W końcu zaczęła otwierać na chybił trafił i oglądać brzegi kartek.

 – Tylko jej nie zniszcz, zanim przeczytasz. Powiedziałam, że do rana zdążysz – rzuciła Halszka w jej kierunku.

 – Jasne – odparła Marianka zajęta otwieraniem i zamykaniem tomu z generałem na okładce. W końcu zapiszczała z wrażenia. Poderwała się i zaczęła skakać po łóżka. Leżące obok niej dzieło podskakiwało razem z nią.

 – Mam! – wykrzyknęła na cały głos i sama sobie zakryła usta ręką, rozglądając się na boki.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj