fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – rozdział 27

W którym mowa o butach Napoleona.

Halszka Nowicka straciła poczucie czasu. Siedziała na łóżku z książką, którą pożyczyła od historyka Napoleona Ochockiego i nie potrafiła się od niej oderwać.

 

Otworzyła oczy z wrażenia, będąc na dwieście czterdziestej ósmej stronie. Przeczytała jeden akapit parę razy, a potem ledwie oddychając, cofnęła się o kilka stron wcześniej. Chciała trochę lepiej zrozumieć to, co czyta. Był tam obszerny fragment dotyczący Barbary Chłapowskiej. Niesamowita kobieta, nic dziwnego, że Napoleon się nią zachwycał. I ten kiedyś, i ten teraz. Odrzuciła wielu zalotników z dobrą pozycją, którzy bardziej pasowali do niej wiekiem. A wybrała starszego generała, ale za to takiego, który w chwale wjechał do Poznania. Musiał jej zaimponować. Autor nie omieszkał wspomnieć, że kobiety Dąbrowskiego uwielbiały, mimo tuszy i niedbałości o wygląd. Ale Barbara też była wyjątkowa. Jej brat napisał w liście, że „jego siostra nową zabawę sobie wykoncypowała i hrabia Raczyński uczy ją strzelać. I strzela z krócicy, z dwururki i z gewehru”. Podobno trafia, a brat się stwierdza, że należy „to do dziwów wieku, w którym żyją”…

Zaciekawiło ją to. Ale nim usadowiła się wygodniej na łóżku, wyjrzała jeszcze przez okno. Zobaczyła Michalskiego jeżdżącego traktorkiem do koszenia trawy po parku i biegającą wokół niego Mariankę. Uspokoiła się. Przynajmniej wiedziała, gdzie jest siostrzenica. Cofnęła się do fragmentu listu niejakiej pani Nakwaskiej, która opisywała żonę generała, zaznaczając, że Barbara jest zewnętrznie, „jak przystało na białogłowę piękna i delikatna. Charakteru jednakże iście męskiego, bo energiczna, zawiaduje dużym winnogórskim majątkiem, a poza tym posiada umiejętność zarządzania ludźmi”. Jak się okazało parę stron dalej, to wszystko przydało się, gdy pognała na Białoruś tam, gdzie generał stacjonował zimą z wojskiem. Było to dosyć nierozsądne, bo niespodziewanie wojna rozgorzała tam na dobre, Rosjanie zwycięsko nacierali. Generałowa uciekała w zaprzęgu ścigana przez Kozaków i podobno się ostrzeliwała. Celnie chyba, bo nie tylko wydostała się z zasadzki, ale po licznych perturbacjach dotarła do męża. W samą porę. Znalazła go rozgorączkowanego w jakiejś wiejskiej izbie. Dąbrowski stoczył bitwę, został ranny, stracił dwa palce i był postrzelony brzuch. Wsadziła go do powozu i galopem pognała do Wilna, gdzie go właściwie opatrzono. Potem przez Warszawę dowiozła do Winnej Góry. A później to już małżonkowie ruszyli razem za Napoleonem. Postanowili być z nim na dobre i na złe. I tu zaczęło się najciekawsze.

 

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

Opuścili Winną Górę, „najpierw zająwszy się swoim majątkiem”. A było dużo do ukrycia. W pałacu Dąbrowski zgromadził swoją kolekcję historycznej białej broni. Takie cenne egzemplarze jak szabla Sobieskiego, buława Czarnieckiego, proporce tureckie spod Wiednia. Mapy, grafiki, portrety słynnych wodzów. Barbara napisała w liście do matki: „co najważniejsze zabezpieczyłam, resztę powierzam boskiej opiece i ludzkiej uczciwości”. Chyba niezbyt dobrze jej się to udało, bo Rosjanie pałac splądrowali i wywieźli wszystko do Rosji. Co ciekawe, większość przedmiotów wróciła do Polski po I wojnie światowej. Autor biografii napisał o obszernym biurku Dąbrowskiego, w którym był mały schowek na szczególne pamiątki. Miały się tam znaleźć ordery, zegarek, który dostał w prezencie od Napoleona i… brylantowa agrafa.

Halszka Nowicka po raz kolejny przeczytała akapit z dwieście czterdziestej ósmej strony, który mówił o tym, że czternastego lutego 1813 roku małżonkowie ruszyli w kierunku miejsca, które wkrótce miało stać się widownią największej w dziejach XIX Europy „bitwy narodów”. Jednak nim to uczynili, zakopali w winnogórskm parku co cenniejsze pamiątki.

– Zakopali w parku – westchnęła głośno i wyjrzała przez okno. Michalskiego nie było widać. Jeździł zapewne po drugiej stronie, szukając dziur w ziemi.

– I mógł mieć rację. – Pokiwała do siebie głową. Pałac remontowano wiele razy, na koniec przebudowano zupełnie. Ale ponaddwustuletnie drzewa w parku muszą pamiętać tamte czasy. Powoli to wszystko, co od paru dni działo się dookoła niej, zaczęło wyglądać zupełnie inaczej. Jeszcze nie wiedziała jak, ale układało się w kompletnie inną historię.

A ta Debuś-Bajsert?! Od początku podejrzewała wszystkich… Coś się jej nie podobało i ktoś wyraźnie jej nie pasował. I chyba nie chodziło tylko o projekt? Zamierzała przecież sprawdzić i agrafę. Pisała o dziesięciu brylantach i jednym dużym. Pisała też o butach Napoleona. Ale o żadnych butach nie pisał autor biografii… Zresztą buty nie mogły być tak cenne, żeby je ukrywać! Myślała o tych butach, gdy rozległo się pukanie do drzwi.

– Proszę – powiedziała, wstając z łóżka. W drzwiach ukazała się głowa ułana.

– Przepraszam, mogę? – zapytał, wsuwając ramię. Halszka kiwnęła głową, a gdy tylko wszedł, odruchowo spojrzała na jego buty. Zbyszko Wieczorek był w zwyczajnym dresie, ale buty miał od munduru. Czarne, krótkie, skórzane oficerki.

– Czy to buty Napoleona? – wypaliła, patrząc na kamasze upaprane strzępami świeżo ściętej trawy.

Zbyszko Wieczorek zatrzymał się w pół kroku i spojrzał najpierw na swoje buty, potem na nią.

– Nie sądzę. Te są moje – odpowiedział, patrząc na nią niepewnym wzrokiem.

– A nie wie pan, kto nosi buty Napoleona? – zapytała Halszka bez pardonu, przypominając sobie zapisane przez Dębuś-Bajsert słowa. I tak nie wiedziała, o co chodzi, a ułan nie mógł patrzeć już na nią bardziej zdziwionym wzrokiem. Ku jej zaskoczeniu Zbyszko uśmiechnął się i potarł wąsa.

– Nie wiem. Ale jest ktoś taki, kto może nosić, pewnie kiedy zechce.

– Kto?! – prawie krzyknęła.

– Ten, kto je kupił na aukcji – odparł ułan.

– Jakiej aukcji?

– W Paryżu. Sprzedano je za ponad sto siedemnaście tysięcy euro – oświadczył, a Halszka zrobiła wielkie oczy. – Tak, tak. – Pokiwał głową ułan. – Na świecie jest wielu wielbicieli Napoleona.

– Buty? Za pół miliona?!

– Tak – potwierdził Zbyszko Wieczorek. – Rozmiar czterdzieści, ze skórzaną cholewką do kolan. Wyższe od moich. Takie do jazdy konnej – tłumaczył. – Chciałbym takie mieć – westchnął i zamyślił się.

– To dużo pieniędzy – podsumowała Halszka, odgarniając włosy z czoła. Miała wrażenie, że cała się spociła z emocji. Nigdy nie była wścibska, ale teraz postanowiła wypytać o wszystko. O jakieś buty chodziło kobiecie z fundacji, pisała też o brylantach, a przecież te mogły być zakopane w parku. Nie chciało się jej w to wierzyć, ale nie mogła zaprzeczyć, że dzieje się coś dziwnego, a Elżbieta Dębuś-Bajsert nie żyje.

– Tak, bardzo dużo – odpowiedział ułan.

– A pan nie mógł kupić? Ktoś mówił… – chrząknęła – że odziedziczył pan majątek po dziadku jubilerze.

– Ta kobieta od fundacji to mówiła – sprecyzował, patrząc na nią podejrzliwie – ale miała nie do końca sprawdzone informacje. – Opuścił głowę. – Dziadek, żeby mnie postraszyć, stwierdził, że przepisuje cały majątek jakiemuś krewnemu, którego na oczy nie widziałem.

– A to przykro.

– Chciał, abym się zajął czymś konkretnym i przestał się zachowywać jak chłopiec. Powiedział, że jak zmądrzeję, to on zmieni zdanie, ale nie zdążyłem zmądrzeć, nim umarł. Mam więc zwykłe buty z wyprzedaży teatralnej – zakończył, rozkładając ręce na boki.

– Ach tak – westchnęła Halszka przesadnie głośno. Nie za wiele się dowiedziała oprócz tego, że wnuk lekkoduch chyba niczego nie odziedziczył.

– Nie będę przeszkadzał. Chciałem się tylko zapytać, jak się czuje pani Koralia, pukałem do niej, ale nie otworzyła.

– Pewnie śpi – skwitowała Halszka. – Ale był u niej ten lekarz i powiedział, że dobrze.

– Dentysta – poprawił ją ułan.

– Może i dentysta, ale na szczęście umie robić zastrzyki – stwierdziła i momentalnie stanęła jej przed oczami postać Romana Kowala w słomkowym kapeluszu ze wstążką w kolorach francuskiej flagi. Przecież on był w Paryżu. Ale za chwilę sama stuknęła się w głowę. Tysiące osób było w Paryżu. Ale on kupował jakieś antyki… Przypomniała się jej jakaś wymiana zdań z Izabellą Kowal. Tak. Tylko to nie on ma pieniądze, to też dosyć wyraźnie wynikało z rozmowy z małżonką.

– To ja już pójdę – wybił ją z rozmyślań Zbyszko Wieczorek. Halszka znowu spojrzała na jego buty.

– Był pan w parku?

– Tak. Pan Michalski ciągle kosi. – Popatrzył na kawałki trawy, które przykleiły mu się do butów. – Obiecuję, będę staranniej je otrzepywał – dodał mocno przepraszającym tonem i chwycił za klamkę.

– A teraz też pan idzie do parku? – dopytywała się, sama nie wiedząc dlaczego.

– Tak. Do stajni jeszcze… – odparł ułan, przyglądając się jej badawczo. – A w czymś mogę pomóc?

– Tak. Niech pan zawoła Mariankę. Już późno – wytłumaczyła się, a Zbyszko kiwnął głową i wyszedł.

Ku jej zaskoczeniu siostrzenica przyszła już po chwili. Chyba zmarzła, bo ciągle nadąsana wskoczyła pod koc, udając, że idzie spać.

– Powiedz mi – zaczęła Halszka, siadając obok niej na łóżku – co mówił ten historyk z de Brigardem o tym liście. Czego się dowiedziałaś?

– Że nieładnie jest podsłuchiwać – burknęła, ale spojrzała z zainteresowaniem.

– Przeczytałam ten fragment – poinformowała ją – i możesz mieć rację. Coś tu dziwnego się dzieje – dodała szeptem. Marianka usiadła na łóżku rozanielona.

– A nie mówiłam! A nie mówiłam!

– Właśnie, powtórz mi, co mówiłaś. Tylko ciszej – zaproponowała, przysiadając się do niej bliżej.

– Coś tu się święci. Masakra jakaś. Michalski też tak uważa. Mówi, że każdy jeden coś tu knuje.

Halszka tylko pokiwała głową ze zrozumieniem i przyłożyła palec do ust, bo rozemocjonowana siostrzenica nie umiała mówić cicho.

– Co mówi?

– To co wiadomo. Malarz nie jest malarzem, bo nie pije. Według niego. Według mnie to nie umie, już ja lepiej potrafię. – Ciotka jej przytaknęła. – Ktoś tu kopie dziury – dodała nastolatka i z tym też nie można było się nie zgodzić. Halszka poruszała swoją stopą, która ciągle jeszcze ją pobolewała. – Ten Kowal na pewno ma łopatę. I nie wiadomo po co, bo Michalski mówi, że tu w okolicy nikt wina nie pije. Tylko nalewki, a te ze wszystkiego co już rośnie można zrobić. Nie mówiąc już o bimbrze… ale o tym nie chciał mi nic powiedzieć.

 

Mówi też, że ta Dębusiowa, to pijana może i nie była, ale ledwo co szła i pewnie ledwo co widziała. Ja tam nie wiem, bo spałam. I jeszcze, że w napoleonce to orzechów nie ma. I na co by Dzięglowej orzechy były, skoro ona w ogródku wszystko inne ma, a laskowe dopiero będą – wyrzucała z siebie prawie jednym tchem. Halszka tylko pokiwała głową, zgadzając się w sumie ze wszystkim.

– A ten list?

– A o tym mu nie mówiłam. Żeby nie było, że podsłuchuję – dodała.

– To mi jeszcze powtórz.

– Mówili, że mają ten list.

– Jaki list?

– Już mnie pytałaś. Ale skąd mam wiedzieć jaki, skoro go nie widziałam. Masakra jakaś, wszystko trzeba ci dwa razy powtarzać.

– Ciszej – uspokoiła ją Halszka.

– Jakiejś prababki, co według niego mają szukać.

– Co szukać?

– Jezu! – Marianka stuknęła się w głowę. – Tych brylantów. Co je ten generał z żoną zakopał. Mówiłaś, że czytałaś. Przecież tam jest, że zakopali. Myślisz, że tego ten historyk nie wie? Przecież zna tę książkę na pamięć. – Pokazała palcem biografię Dąbrowskiego. Halszka znowu kiwnęła głową.

– Idź się myć – zarządziła.

– Masakra jakaś! – wykrzyknęła Marianka i cała przykryła się kocem.

Jej ciotka też miała ochotę nakryć się i przeczekać, aż wszyscy wyjadą. Ale nie mogła. Wstała i patrzyła przez okno na penetrujący park traktorek do koszenia trawy.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj