fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – rozdział 7

W którym niespodziewanie pojawia się Kolumbijczyk.

Halszka Nowicka patrzyła na Napoleona Ochockiego i miała wrażenie, że tańczy on wokół nowego gościa, który przybył do pałacu w Winnej Górze. To pojawiał się z jego prawej, to z lewej strony. Raz z przodu, raz od tyłu. To składał dłonie jak do modlitwy, to rozkładał na boki.

– Państwo nie mają pojęcia, jaka to dla mnie wielka chwila. Wielka – podkreślał rozentuzjazmowany historyk, patrząc po wszystkich.

 

Halszka nie dziwiła się zbytnio. Jej samej zabrakło słów na widok ostatniego uczestnika konkursu. A Dzięglowa wachlowała się ścierką i wyglądała, jakby zaraz miała zemdleć. Teraz zaś pojawiła się na zebraniu w sali balowej w ledwo otrzepanym z mąki fartuchu, mimo że miała masę rzeczy do zrobienia.

Tylko Napoleon wiedział o jego przyjeździe i rwał się do tego, by go oficjalnie przedstawić, reszta patrzyła na egzotycznego gościa zdziwiona.

– Cieszę się, że doczekałem tej chwili, ach! Takiego dnia… – chwytał się za serce Napoleon Ochocki. – Takiego zaszczytu! Ach, jaki jestem szczęśliwy! – westchnął raz jeszcze i opuścił głowę, patrząc w dół. – Gdy już myślałem, że nic dobrego mnie w życiu nie spotka… Przepraszam – tłumaczył się, przełykając ślinę i ocierając palcami kąciki oczu. – To ze wzruszenia! Wzruszenia, że mogę państwu przedstawić prawdziwego potomka naszego wielkiego męża stanu! Twórcy Legionów Polskich we Włoszech! Inicjatora powstania wielkopolskiego w tysiąc osiemset szóstym roku. Naczelnego dowódcy wojsk polskich! Generała jazdy armii Królestwa Polskiego… – wymieniał niezwykle podniosłym tonem do momentu, w którym mężczyzna nie położył mu ręki na ramieniu i poklepał z wyjątkowo pobłażliwym uśmiechem.

Wszyscy teraz patrzyli na nowo przybyłego gościa, próbując dojrzeć w nim potomka Dąbrowskiego. Nie było to łatwe.

Na dużym portrecie, który znajdował się w sali balowej, był pokaźnej tuszy generał o różowej, pucułowatej twarzy. A przed nimi stał wyjątkowo przystojny, smagły, wysoki, szczupły trzydziestoparolatek. Z gęstwiną lekko falujących, czarnych włosów, starannie przyciętą szpiczastą bródką, cieniutkim wąsem i przebijającym się cieniem zarostu na kwadratowej szczęce.

 

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

Joanna Jodełka, fot. P. Kasicki

Uśmiechał się, pokazując dwa rzędy równiutkich białych zębów i mrużył przy tym niezwykle niebieskie oczy. Na sobie miał ciemnoróżową, lnianą koszulę, niedopiętą od góry na co najmniej dwa guziki. Białe spodnie kończyły się na kostce i czarne mokasyny nałożone były na gołe stopy. Miał dosyć rozbawiony i przepraszający wyraz twarzy.

Buenos días. Dzień dobry państwu.

– Wiem, wiem, mógłbym tak w nieskończoność – zreflektował się Napoleon Ochocki przepraszającym tonem. – Cóż, będzie jeszcze czas. Jednym zdaniem więc, mam zaszczyt przedstawić państwu prawdziwego potomka Jana Henryka Dąbrowskiego – Napoleon Ochocki dokończył, wyciągając otwartą dłoń w jego kierunku. – Przed państwem Marco Rafael de Gloria de Brigard z Kolumbii.

 

Przed dłuższą chwilę nikt nic nie powiedział. Animatorka tylko jęknęła, nerwowo mierzwiąc rękami rude loki. Ułan się skulił, próbując rozprasować ręką pognieciony podkoszulek i przygładzić sterczącego, płowego wąsa. Malarz zerkał, jakby oceniał jego profil. Winiarz patrzył z ciekawością, a jego żona z kieliszkiem w ręku spoglądała spod przymkniętych powiek. Marianka skubała kolczyk w nosie. A Dzięglowa prawie nie mogła złapać tchu.

– O Jezuńciu! Jak mi ulżyło – wykrzyknęła w końcu kucharka, przerywając ciszę. Opadła całym swym ciałem na krzesło, aż to zatrzeszczało. Wszyscy spojrzeli w jej kierunku.

– Ale, że co? – wybałuszyła oczy Marianka.

– Bo ja myślałam, że to Diego de la Tarde.

– Kto? – wyrwało się z kilku ust jednocześnie.

– Diego de la Tarde, chirurg z „Płomieni miłości” – ledwo z siebie wydusiła Dzięglowa i odetchnęła z wyraźną ulgą. – Wtedy to bym tu trupem padła. Na pewno. – Wachlowała się ręką. – Spytaj go – szarpnęła Mariankę za rękaw – czy coś zje. Może głodny?

Gracias. Chętnie później – odpowiedział jej potomek generała.

– Przetłumacz mu, że mam świeżutki placek. Wczoraj co prawda robiłam, ale dziś nawet lepszy jest.

– Ale ja nie mówię po hiszpańsku – żachnęła się Marianka.

– No powiedz mu! – nie poddawała się kucharka, ciągnąc nastolatkę.

– Ależ nasz gość mówi po polsku. Jest co prawda szóstym pokoleniem z rzędu… – wykrzyknął historyk.

– Usiądźmy – zaproponowała Halszka.

– Niech pan tam siada – wtrącił się Napoleon Ochocki, pokazując puste krzesło na szczycie stołu. Wszyscy powoli zajmowali miejsca przy stole. Siadali. Wszyscy oprócz Napoleona Ochockiego.

– Winny jestem wyjaśnienie. Kilka słów wstępu – tłumaczył, gestykulując z przejęciem. – Muszą państwo wiedzieć, że Maria Luiza, córka Jana Michała Dąbrowskiego, syna generała Dąbrowskiego z pierwszego małżeństwa, czyli wnuczka naszego generała, wyszła za mąż za Francuza Juana de Brigard. Mieli syna, który nazywał się Juan Bautista de Brigard y Dombrowski…

– Jak ja uwielbiam drzewa genealogiczne – westchnęła głośno Koralia Brączkowska, szybko przysuwając swoje krzesło obok nowego gościa. – Takie drzewo ma niezwykłą wartość – mówiła wolno, patrząc mu w oczy, rękami pokazywała coś, co mogłoby być koroną drzewa. – Pozwala badać więzi rodzinne – oświadczyła, dla odmiany splatając palce u rąk. – To bardzo ciężka, ale satysfakcjonująca praca – dodała, podciągając opadającą z lekka bluzeczkę. – Jeśli potrzebuje pan pomocy, wystarczy jedno słowo…

– Chętnie pani takie drzewo wyrysuję – rzucił od niechcenia malarz Mariusz Wejman. – Przepraszam, ale ustalmy konkrety. Chętnie się z potomkiem zapoznam, ale teraz idę do pracy, mam świetne światło o tej porze – powiedział do Halszki, która do tej pory trzymała się z boku.

– To na pewno niezwykle ciekawe, takie drzewo – wyrwał się Roman Kowal. – Na przykład moja żona po kądzieli… – dodał, ale szybko przestał, powstrzymany machnięciem ręki przez żonę Izabellę, która popatrzyła na niego z politowaniem.

– Właśnie, przejdźmy do konkretów – podchwyciła zasadniczym tonem Elżbieta Dębuś-Bajsert. Przebrana była w inną, nie mniej elegancką koszulę w orientalne wzory. – To fascynujące spotkanie i chętnie w wolnym czasie dowiem się czegoś więcej o panu Marco, ale to później. Mój czas jest bardzo cenny – dodała, stukając palcami w leżącą przed nią na stole żółtą teczkę.

– Jak pani może… W takim miejscu nie rozumieć znaczenia. Podniosłości… – zmarszczył czoło Napoleon Ochocki.

– Może jednak kilka słów. – Halszka zreflektowała się, że zaraz tu się pokłócą. – Najpierw porządkowe sprawy.

– A jeździ pan konno? – wtrącił ułan Zbyszko Wieczorek, siadając naprzeciwko latynoskiego gościa. – Koń, rozumie pan? – zapytał, podskakując na krześle i pociągając za niewidzialną uzdę.

– Reprezentowałem Kolumbię na igrzyskach olimpijskich. Jeździectwo – odpowiedział uprzejmie Marco Rafael de Gloria de Brigard.

– Czyli jeździ – stwierdził nieśmiało Zbyszko Wieczorek, patrząc po wszystkich dookoła.

– Kochanie, przypomnij mi. Zdaje się, że nie piłam żadnego kolumbijskiego wina – zaczęła głośno zastanawiać się Izabella Kowal, patrząc na swój pusty kieliszek. – Czy należycie do producentów…

Si. Mamy wino – potwierdził Marco Rafael de Gloria de Brigard – ale Kolumbia raczej słynie z rumu. Znana na całym świecie marka Dictador. Doskonały rum.

– Czy to nie niezwykły zbieg okoliczności? – podchwycił Napoleon Ochocki nad wyraz uradowany. – Rum był jedynym trunkiem, który popijał twój słynny przodek. Dodam, że niczego innego nie pijał. Podobno rozgrzewał się rumem, gdy podążał wraz z Wielką Armią przez ruskie bezdroża… Wiadomo ze wspomnień jego adiutanta, że przemierzając bezkresne połacie śniegu…

– Powiedziałbym, że Kolumbia słynie raczej z innego specyfiku – stwierdził malarz Mariusz Wejman. – I do śniegu rzeczywiście mu bliżej.

– Śniegu? – wzruszyła ramionami Dzięglowa, spoglądając na Mariankę.

Claro que si. Tak – potwierdził z uśmiechem Marco Rafael de Gloria de Brigard. – Z kokainy jesteśmy prawie tak popularni jak Polska z pięknoty swoich kobiet – oświadczył uprzejmie. Później spojrzał na wszystkie panie po kolei: na Koralię Brączkowską, która z wrażenia potrząsnęła wszystkimi lokami na głowie, potem na Izabellę Kowal, która uniosła kieliszek w geście toastu, choć zrobiło się jej przykro, że jest pusty, następnie na Elżbietę Dębuś-Bajsert, która się wyprostowała, kręcąc z zadowoleniem głową. W dalszej kolejności na panią Dzięglową, która się spłoniła, Mariankę, która się skrzywiła i Halszkę. Z tym, że na Halszkę spoglądał znacznie dłużej i znacznie bardziej powłóczystym spojrzeniem. Trwało to tyle, że Halszka obejrzała się za siebie, by sprawdzić, czy ktoś za nią nie stoi. Speszyła się. Po czym strzeliła w ucho chichoczącą siostrzenicę, która zaczęła robić głupie miny. Marco de Brigard uśmiechnął się szeroko, a do zdziwionej Marianny puścił oko.

– Trudno się z panem nie zgodzić – pierwszy zareagował Roman Kowal. – Ale czas nagli…

– Kochanie, nie bądź taki zasadniczy – westchnęła wyraźnie zadowolona Izabella. – Mnie się wydaje, że za takie oświadczenie naszego cudzoziemskiego gościa należy się co najmniej dziękczynny toast.

– Ależ dziubku… – próbował zaprotestować Roman Kowal.

– Chyba że ktoś ma odmienne zdanie co do urody obecnych tu pań – Izabella Kowal zapytała jakby wszystkich, ale wymownie spojrzała na męża.

– Pinot grigio będzie w sam raz – stwierdził Roman Kowal, już wstając.

– Nie sposób się z tobą nie zgodzić – uśmiechnęła się żona.

– To ja zaraz przyniosę. Może ktoś kieliszki…

– Ja jestem samochodem – zaczęła Elżbieta Dębuś-Bajsert. – I mnie się wydaje…

– No to jeden kieliszek mniej – szybko skwitowała Izabella.

Roman Kowal wyszedł, a Marianka policzyła wszystkich palcem, łącznie z sobą, i pobiegła po szkło do kuchni.

Nim nastolatka wróciła, przybiegł lekko zdyszany Roman Kowal.

– Przepraszam, przebiegłem najszybciej jak się da! Pani Koralio, to chyba pani pokój i wydaje mi się, że ktoś się do niego włamał! Drzwi są otwarte na oścież! A w środku… To trzeba zobaczyć!

 

Koralia Brączkowska zerwała się na równe nogi. Za nią Halszka, ułan i historyk. Malarz wstał ostatni, z lekka się ociągając.

Elżbieta Dębuś-Bajsert rzuciła się w kierunku drzwi dopiero po chwili, jakby coś sobie przypomniała.

– Przecież ja też mam cenne rzeczy! – wykrzyknęła i stukając szpilkami, pobiegła za resztą.

Izabella przewróciła oczami i przełknęła ślinę, ze smutkiem patrząc w pusty kieliszek.

Po chwili kilka osób tłoczyło się w niewielkim pokoju Koralii Brączkowskiej.

 

Widok był rzeczywiście co najmniej niepokojący. Wszędzie leżały porozrzucane ubrania. Piętrzyły się na biurku, na krześle, stoliku. Zwisały z lampki i ciągnęły po podłodze. Te większe, z rękawami, układały się fantazyjnie formy, te drobne, jak skarpetki i majtki, leżały w różnych kątach. Na łóżku była piętrowa kosmetyczka, a wokół niej mnóstwo porozrzucanych kosmetyków. Porozrzucanych tak, jakby ktoś ją odwrócił do góry nogami i wytrzepał. Kilka kredek poturlało się na podłogę.

Wszyscy, którzy dotarli do pokoju Koralii patrzyli bez słowa.

– U mnie wszystko w porządku – obwieściła Elżbieta Dębuś-Bajsert, która ostatnia znalazła się w pokoju animatorki. I przepchnęła się na sam środek. – Ale tu ewidentnie ktoś się włamał! – stwierdziła, rozglądając się po pokoju. – Spodziewałam się tego. To oczywiste – dodała, krzywiąc się z niesmakiem. – Nie może być tak, że przestępcy są wśród nas!

Halszka rozejrzała się. Kucharki nie było. Razem z Marianką i Izabellą zostały na dole.

– Kradzież! Przecież to wszystkich może nas tu spotkać! Widzą państwo te zamki. Jednym kluczem to wszystko można otworzyć. I taki jest efekt! – kontynuowała wzburzona. – Ja chyba muszę zareagować i to zgłosić. Jak najszybciej.

– Czy coś pani zginęło? – dopytywał ułan Koralię, ignorując tyradę pani Elżbiety. Animatorka rozejrzała się i nieznacznie wzruszyła ramionami.

– Nikt nie uszkodził zamka – stwierdził malarz, oglądając zamknięcie w drzwiach i dziurkę od klucza. – Może to okno? – głośno myśląc, ruszył w jego kierunku.

– Nie. Nie. – Koralia pokręciła energicznie głową. – Nie – zaprzeczyła raz jeszcze. – Spieszyłam się trochę rano… – stwierdziła, pocierając ręką nos. – Chyba nie domknęłam drzwi i pewnie przeciąg je otworzył. Tak, to na pewno przeciąg – tłumaczyła się.

– Jest zamknięte – stwierdził obojętnym głosem Mariusz Wejman, rozglądając się po pokoju. Odchylił jeszcze zasłonkę, by zobaczyć drugie skrzydło, i zdziwił się, bo zasłonka zahaczyła o przedmiot stojący na podłodze.

– Ale co robi tu ten obraz? – zdziwił się, wyciągając płótno przedstawiające ślub generała Jana Henryka Dąbrowskiego z Barbarą Chłapowską.

– Spadł – próbowała się tłumaczyć animatorka.

– Spadł? – zdziwił się malarz i odwrócił płótno, ciągnąc za zaczep. Ten trzymał się mocno.

– Zdjęłam właściwie. Potrzebowałam haczyka.

Halszka odruchowo odwróciła się, by zerknąć na miejsce, gdzie wcześniej był zawieszony. Zdążyła zobaczyć zwisający z haczyka biustonosz i koszulkę do biegania, nim Koralia przysłoniła to miejsce drzwiami.

Nie podoba mi się ten obraz - stwierdziła Elżbieta Dębuś - Bajsert patrząc od dłuższego czasu ze zniesmaczoną miną. - Nie podoba mi się to – skrzywiła się jeszcze bardziej wskazując sterczącym palcem stojące na ziemi płótno

– Dziękuję państwu. – Animatorka rozłożyła szeroko ręce, nerwowo potrząsając głową. – Zdaje się, że nic się nie stało – mówiła, starając się całą sobą wypchnąć wszystkich z pokoju. Była przy tym czerwona jak burak i próbowała ukryć twarz, opuszczając głowę i zasłaniając się lokami. Powoli wszyscy zaczęli wychodzili.

 

Halszka prawie ostatnia i to oddychając z ulgą. Jeśli to nie było włamanie, to zamierzała na przyszłość pochwalić Mariankę, którą obsztorcowała za jedną dziesiątą tego, co tu zobaczyła. Było to wręcz niewiarygodne. Jak można w jeden dzień zrobić taki bałagan?

Chciała jeszcze raz spojrzeć i gdy była przy drzwiach, odwróciła i zobaczyła nieruchomego Napoleona Ochockiego, który wpatrywał się w obraz i kręcił z niedowierzaniem głową.

– Boże! To może być prawda! Prawda – powtórzył, patrząc oniemiałym wzrokiem na płótno. – To jest ona!

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj